środa, 22 stycznia 2014

Jak napisać książkę - cd, albo dlaczego Stephen King zabiłby mnie bez wahania

Parę dni temu (i w TYM miejscu) napisałem coś, co dziś wydaje mi się być rozpaczliwym krzykiem beztalencia. Takim użalaniem się najgorszego rodzaju, czyli publicznym.

Patrzcie proszę, jaki jestem biedny.. chlip... chcę pisać, ale nie mam czasu... chlip chlip... rączki mi powykręcało... chlip... mamusia mnie nie kocha...



Tego typu pierdoły. Na szczęście ten żałosny epizod przyniósł pozytywne coś niecoś, bo dzięki niemu przypomniało mi się, że przecież fragment mojej książki ukazał się w druku! I że ten druk to ja mam gdzieś na półce, wiszącej na moją głową w pokoju.

Oto on, druk od strony okładki:


A to fragment spisu treści, z zaznaczonym interesującym nas obiektem:


I co, łyso? :) Tylko spokojnie z tą zazdrością, bo teraz zapraszam do przeczytania fragmentu z fragmentu, który zamieszczono w powyższym druku:

Genesis. Księga Pierwsza

Trzeci

Gdy 17 października rano - niestety już do końca życia nie będę w stanie zapomnieć tej daty, czasem myślę, że umierając na raka, alzheimera albo coś jeszcze gorszego, gdy zapadnę już w przedśmiertelną śpiączkę, a lekarz zacznie zastanawiać się, czy może mnie już odłączyć i sprzedać informacje o moim nieuchronnym zgonie, nawet w tej chwili, jestem tego pewien, na dźwięk słowa siedemnasty zerwałbym się z łóżka z cichym jękiem bólu i przerażenia - mniej więcej o godzinie ósmej pięć przekraczałem próg komisariatu policji przy ulicy Żeromskiego, nie przypuszczałem, że po dwudziestu trzech latach służby, służby, która mogłaby służyć za podręcznikowy schemat pracy policjanta w średnim co do wielkości mieście, wydarzy się coś, co nie tylko zmieni całe moje życie - nawet to sprzed siedemnastego  ponieważ wstrząs, który tego dnia przeżyłem bezlitośnie i nagle, bez najmniejszego uprzedzenia zmiażdżył różowe okulary, przez które patrzyłem na otaczającą mnie rzeczywistość i zostawił po sobie jedynie wyolbrzymiony i wypaczony obraz teraźniejszości, zmieniający każdy dzień w koszmar - ale i pozbawi mnie jakichkolwiek złudzeń co do istnienia Boga.

Wszyscy cali? A to tylko pierwsze zdanie jest! 

Przyznam bez bicia, że sam swoją szczękę zbierałem z podłogi jakieś pięć minut. O niebiosa! Cóżem takiego uczynił, że żaden piorun nie powstrzymał mnie przed tą grafomańską żenadą tysiąclecia! Tym bełkotem przeokrutnym... niechaj mnie rozdziobią kruki i gołębie, jeżeli kiedykolwiek jeszcze z palców mych spłynie na cokolwiek myśl podobnie ubrana! Hańba mi, hańba! Ja pisarzem? Dobre sobie! Do taczki i kielni lepiej by się przyuczać było, niźli pióro chwytać i papier marnować. Przepraszam Cię, drzewo boś gałąź swą nadaremno pod siekierą ugięło...

Idę do łazienki wsadzić głowę pod lodowatą wodę. Może przejdzie mi to uniesienie i jakoś dojdę do siebie. Może nawet pomyślę jeszcze kiedyś o pisaniu? Przecież to moja pierwsza książka była, tłumaczę sobie, na dodatek dziesięć lat temu pisana! Co ja wtedy mogłem wiedzieć o pisaniu!? Dziś to co innego... Starszy jestem, dojrzalszy... Tak, chyba jeszcze dziś zacznę coś pisać!

Niemal całkiem już uspokojony, otwieram kabinę prysznica i już mam odkręcić wodę, gdy coś zimnego wbija mi się w plecy. I jeszcze raz, i jeszcze... Chyba za piątym razem czuję wyraźnie, że to coś trafia w jedno z żeber. Pudło, myślę sobie, ale gdy otwieram usta, żeby się roześmiać, na brodę leci mi coś lepkiego. Unoszę dłoń i dotykam twarzy. Krew. Ale skąd...?, przemyka mi w głowie. Nagle ktoś mocnym szarpnięciem odwraca mnie i zdziwiony widzę przed sobą znajomą twarz w okularach. O w mordę, co on tu robi?, zastanawiam się przez sekundę tylko, bo Stephen King unosi pięść zaciśniętą na kuchennym nożu i jednym ruchem podrzyna mi gardło. Upadam na kolana. Ktoś przygasza światło, ktoś inny szepce mi do ucha, żebym zamknął oczy i zasnął. Nie, nie chcę spać, w mojej łazience jest King, Stephen King wy łajzy! Jak mam iść spać? Muszę go zapytać o tajemnicę pisania, o to, jak osiągnąć sukces, jak być jak on! Próbuję coś powiedzieć, ale zielone kafelki na ścianach odbijają tylko od siebie cichy bulgot. Dlaczego Stephen, dlaczego? I wtedy on wyciąga zza paska Literaturę wobec nowej rzeczywistości, rzuca ją w kałużę krwi pode mną i wściekle syczy, pryskając mi kropelkami śliny w oczy: That's why, you stupid fucker...


0 komentarze:

Prześlij komentarz

 

Ultra Dystans Copyright © 2011 -- Template created by O Pregador -- Powered by Blogger