środa, 1 stycznia 2014

Pierwszy post, czyli początek wszystkiego

Ciekawe ile milionów ludzi robiło tak przede mną - pierwszy dzień nowego roku i pierwszy wpis na blogu. Oczywiście z listą celów do zrealizowania...


Bleeee, nawet mnie się w tej chwili cofa wczorajszo-dzisiejszy, niestrawiony jeszcze szampan i wierzcie mi, nie będę miał do nikogo pretensji jeśli teraz właśnie puści pawia i zamknie przeglądarkę...

Wy możecie, ale ja nie. Jakoś więc przełykam tę koszmarną breję i piszę dalej. Bo jak nie dziś to kiedy? Od najbliższego poniedziałku? Za tydzień? A jak coś tam wypadnie, to przecież świat będzie jeszcze jakiś czas trwał, więc jeszcze zdążę... O nie, nie tym razem! Ten rok będzie inny od wielu poprzednich. Mam już dość trwania w jednym miejscu i gnicia w tym gównie, w które sam się wpakowałem. Co z tego, że sięga mi ledwie do pasa? W zupełności wystarczy, żeby człowieka zamienić w nic niewartą szmatę.

Że za ostro? Za surowo? Wierzcie mi, cackać i głaskać samego siebie już próbowałem. Zero efektów. Niby coś tam zaczynałem, pisałem jak natchniony Mickiewicz nawet, a po kilku dniach znów gówno. Tyle, że ciut głębsze.

Co bym więc chciał w 2014 roku zrobić i osiągnąć?

1. Przede wszystkim otrząsnąć się i zacząć działać dłużej niż przez tydzień.

2. Skończyć książkę. Choćby wyszła zła, ale niech będzie. Cała. I moja.

3. Biegać. Coraz szybciej i dalej. Bez kontuzji rzecz jasna.

4. Stać się lepszym ojcem i pomóc synowi. W nauce, w życiu, w dorastaniu.

5. Prowadzić bloga. Kto wie, może kiedyś pomoże mi spłacać długi? Albo się komuś na coś przyda? Przeczyta ktoś coś fajnego i samemu zacznie robić fajne rzeczy?


Ta da! Oto jest. Moja noworoczna lista postanowień. Obym tylko wytrzymał dłużej niż dwanaście miesięcy temu...


Dodano: 4.01.2014

Zapomniałem zupełnie o sprawie mego wykształcenia. Od ponad dwóch lat wisi nade mną widmo nieobronionego egzaminu na tytuł licencjata w kategorii: dziennikarz prasy, radia i telewizji. Wszystko (i wszyscy) czeka już tylko na mnie. Praca napisana i złożona, wszystkie przedmioty zaliczone, indeks wraz z kompletem papierów złożony...

Nie stawiłem się już chyba na trzech wyznaczonych mi terminach. Z głupoty, ze strachu? Nie wiem. Przez tysiąc złotych do zapłaty za drugi termin obrony? Brak notatek? Pewnie wszystko po trochu...

Może kiedyś napiszę, jak do tego doszło - przy okazji powstał by wpis o kondycji mediów okiem początkującego dziennikarza - przecież zaczynałem studia jako prymus dosłownie. Ze wszystkiego piątki, szóstki nawet, projekty i egzaminy zaliczane w pierwszych terminach. A potem... potem wszystko się zesrało i z trudem udało mi się jakoś uzupełnić indeks, że o mękach przy pisaniu pracy nie wspomnę. A pisałem o swoim portalu!!!

Dobra, w sumie chodzi mi w tym dopisku o to, że do listy powyżej zapomniałem dodać jednego punktu. Oto on:

6. Obronić licencjat. - zrobione!


0 komentarze:

Prześlij komentarz

 

Ultra Dystans Copyright © 2011 -- Template created by O Pregador -- Powered by Blogger