poniedziałek, 3 lutego 2014

Pierwszy prawdziwy trening w moim życiu!

Muszę to w końcu z siebie wyrzucić: od minionej środy już nic nie jest, i na pewno nie będzie, takie samo! Szczególnie jeśli chodzi o moje bieganie, które - jak pokazał pierwszy trening z drużyną DOZ i pierwszy start w zawodach - należałoby raczej określić mianem nader spontanicznego ruchu na świeżym powietrzu...
Naprawdę! To zadziwiające, jak bardzo możemy sami się utwierdzać w błędnym przekonaniu. Do tej pory myślałem, że kto jak kto, ale ja widzę rzeczy wyłącznie takimi, jakimi są. O naiwności...

Ale do rzeczy. W minioną środę pojechałem do Łodzi, żeby wziąć udział w zbiorowym i otwartym treningu biegowym o kryptonimie "Drużyna DOZ". 

Drużyna DOZ to robocza nazwa treningów odbywających się dwa razy w tygodniu (środa, niedziela) od października 2013 i trwających do kwietnia 2014. Rzecz zorganizowana jest przez ludzi odpowiedzialnych za maraton w Łodzi, biegacze dzielą się na trzy grupy zaawansowania, z których każdą prowadzi inny trener. U początkujących jest to Tomasz Osmulski (strony na wikipedii brak, ale wg bazy danych na bieganie.pl jest to mężczyzna urodzony w 1982 roku i będący zawodnikiem RKS-u Łódź), u średniozaawansowanych Joanna Gront-Chmiel (mistrzyni Polski w maratonie z 1996 roku), a u zaawansowanych Jacek Chmiel (mąż Joanny, a przy okazji ojciec jej sukcesów:).

Jako że wszystko to, co "zbiorowe i otwarte" jakoś z automatu wywołuje u mnie gęsią skórkę, tak i tym razem po wejściu do Atlas Areny czułem się nieswojo, a nawet niezręcznie. W sumie trudno o inną reakcję, gdy nagle włazi się pomieszczenia z dobrze ponad setką znających się ludzi. Całe stado uśmiechniętych i podekscytowanych nadchodzącym treningiem biegaczy! Nie mogłem w to uwierzyć. Aż tylu ich? I wszyscy biegają? Ta laska w pełnym makijażu i świecących nowych bruksach też? I ten koleś w obcisłych geterkach naciągniętych pod same pachy również? Czułem się, jak przysłowiowa małpa w salonie (jest takie przysłowie w ogóle?), stojąc tak z ponurą miną, zarośniętą gębą i nigdy niepranych ribokach.

Dobrze, że był ze mną Łukasz Ścibut, miałem więc do kogo otworzyć usta i nie musiałem stać pod ścianą jak ostatni kołek.
Łukasz Ścibut - harcerz z Pabianic, którego życie już nabrało sensu, bo wymyślił i współzorganizował Pabianicki Półmaraton ZHP, w ktorego czwartej już edycji pobiegnę za dwa miesiące. To on powiedział mi o Drużynie DOZ, za co jestem mu dozgonnie wdzięczny.

Za namową wyżej opisanego osobnika podłączyłem się do grupy średniej. "Spoko, dasz radę", zmotywował mnie jeszcze ten krótko ostrzyżony łobuz, gdy miałem chwilę wahania i zastanawiałem się, czy aby nie za wysoko mierzę. Ale skoro sam Organizator mnie tak podjudza... O naiwności...

Dość napisać, że nie dotrwałem nawet do połowy treningu. I tak sukces, bo już po samej rozgrzewce Joanny Gront-Chmiel dyszałem jak parowóz i gdybym tylko miał pulsometr to piszczałby na cały regulator, że mam zawał! Po rozgrzewce!!! Nic dziwnego, bo zanim w ogóle zaczęliśmy się rozgrzewać (skłony, podskoki, przytupy i wymachy) przebiegliśmy coś około trzech kilosów. I to w tempie, przy którym już po kilometrze zaczynało mi świtać we łbie, że chyba źle trafiłem...

A potem nastał trening zasadniczy. Dziesięć razy jeden w tempie 5:20. Biegnę. Udaje mi się dotrzymać grupie kroku przez pierwszy kilometr. Wszyscy truchczą sobie i gadają, a ja staram się nie porzygać. Drugi kilometr kończę przedostatni. Znów z żołądkiem pod samym gardłem. Jeszcze osiem?! Dobra poddaję się. Trzeci kilometr zaczynam z grupą, ale gdzieś w połowie zostaję już porządnie z tyłu. Skręcam i ścinam pętlę (na Zdrowiu w Łodzi można biegać i biegać i biegać i chyba by się ścieżki nie zdublowało) tak, że niemal się wyrównujemy. Niemal, bo Joanna z resztą gnają już czwarty tysiąc...

Patrzę za nimi przez chwilę, potem zmuszam się do jeszcze jednego kółka wokół parku (ale już we własnym tempie) i wracam ze skulonym ogonem pod Arenę. Ale lekcja biegania, a raczej trenowania, myślałem idąc wolno i czując nagle, że wracają mi siły. Ba, nawet ochota zaczęła się gdzieś tam przebijać przez właśnie powstałą warstwę przygnębienia.

Ale na trening już nie wróciłem. Za dużo miałem do przemyślenia, bo oto nagle mój - kilkumiesięczny co prawda, ale zawsze - biegowy świat przewraca się do góry nogami. Ludzie dwa razy więksi w pasie ode mnie zapieprzają kilometry, a ja zdycham. Ci sami ludzie najpierw biegną dwa, trzy kilometry i dopiero zaczynają się rozgrzewać. Ja, robię jakiś dziwny zestaw ćwiczeń w domu i właściwie już na schodach jestem na treningu. I biegnę. Bez większego ładu, bez żadnego składu. Tempo? A po co? Interwały? A cóż to takiego?

Cud, że żyję normalnie!:)

O matko, ale jestem zadowolony, że do tej Łodzi pojechałem. Już nie mogę się doczekać środy... 

0 komentarze:

Prześlij komentarz

 

Ultra Dystans Copyright © 2011 -- Template created by O Pregador -- Powered by Blogger