niedziela, 2 lutego 2014

Puchar Maratonu DOZ 2014 - kolejna lekcja biegania

Nie łudziłem się, że wygram. No dobra, po środowym treningu nie wiedziałem nawet czy dobiegnę do mety... Ale udało się. I po dwudziestym kilometrze nie byłem nawet ostatni!
Mało tego, w kategorii OPEN zająłem wysokie, 189 miejsce (na 205 biegnących osób:). Czyli wyprzedziłem aż szesnastu biegaczy! Szacun i czapki z głów normalnie...

Ale dobrze, skończmy już o mnie, skupmy się raczej na samym biegu...

Zaraz, zaraz, przecież nie podałem najważniejszej informacji! Czas. Czas, Panie biegaczu! Najważniejszy element przecież! Od tego trzeba zacząć fujaro! Nie liczy się to, czy skończyłeś, liczy się czas. No to ile? Ile? Życiówka chociaż...?

Tak, tak, życiówka drogi Czytelniku. Od dziś mogę walić w CV taką oto formułkę:

- ukończony bieg na dwadzieścia kilometrów w czasie 02:12:32

 A oto, jak do tego fenomenu doszło:

Puchar Łódź Maratonu DOZ to cykl pięciu zawodów rozgrywanych co miesiąc na terenie lasu Łagiewnickiego, w części nazywanej powszechnie Arturówkiem. Dystans każdej imprezy zwiększa się o pięć kilometrów (jedna pętla leśnymi ścieżkami) - 11 listopada 2013 była pierwsza piątka. Całość stanowi całkiem atrakcyjne uzupełnienie treningów przygotowujących do startu w kwietniowym maratonie.

Na moich pierwszych zawodach biegowych nie mogło oczywiście zabraknąć szaleńczego dopingu ze strony najbliższych, więc zabrałem ze sobą M. i O., których potem zobaczyłem tylko raz, po pierwszej pętli:) W Arturówku byliśmy o 8.30, w sam raz żeby się zapisać, odebrać numer i powalczyć z jego przypinaniem (muszę kupić sobie pas startowy - nie zdecydowałem się na przekłuwanie agrafkami mojej wypasionej kurtki najka i w ostatniej chwili zmieniałem kolejność warstw odzieżowych). No i się rozgrzać! 

Ledwo doszedłem do siebie (tak, tak, znów mnie podkusiło i rozgrzewałem się z grupą Joanny:), a już rozległo się donośne odliczanie i wystrzał. Ruszyliśmy...

Muszę w tym miejscu przyznać, że zaczynam powoli zmieniać zdanie na temat biegania grupowego. Nie, że marzę już wyłącznie o bieganiu łokieć w łokieć z innymi homo erecticusami, ale jest w tym coś wciągającego. Ta atmosfera tuż przed i zaraz po starcie, te pierwsze kroki, nabieranie tempa, obserwacja innych biegaczy... Coś w tym jest.

Dzięki środowemu treningowi wiedziałem, że jeśli chcę w ogóle dobiec do mety, to muszę zacząć wolno. Nawet bardzo wolno. Problem w tym, że nie wiedziałem, co to "wolno" oznacza w moim przypadku. I oczywiście pobiegłem za szybko. Pierwszą piątkę zrobiłem w 29 minut i 8 sekund. Drugą w 31:22. Trzecią w 32:55. Mijając stolik z napojami wiedziałem już, że będzie ciężko, choć pewność, że jednak uda mi się skończyć dodawała nieco wiatru w skrzydła. 

Nieco było jednak zbyt słabe. Pokonanie czwartej i ostatniej pętli zajęło mi już niemal 38 minut. Trochę szedłem, biegłem, znów szedłem... Na szczęście nikt mnie już nie dublował, co na trzecim okrążeniu było strasznie frustrujące. A już numer, jaki mi wywinął jakiś siwowłosy struś pędziwiatr, rzucając we mnie kawałkiem czekolady, był naprawdę świński!:)

Ale dobiegłem! I to jest najważniejsze. Mimo śniegu, mimo lekkiego mrozu - co tej zimy może przecież zniechęcić do wyjścia, w końcu jest chyba najcieplejsza odkąd pamiętam - zebrałem się i wystartowałem. 

I za miesiąc też w Arturówku pobiegnę! I macie moje słowo, że będę dużo lepiej przygotowany! 

Bo motywacji na szczęście mi nie brak!


A ten kolo z numerem 466 to Jacek, mój przyjaciel od zawsze. Chciałbym go w tym miejscu przeprosić za chamski numer z namawianiem do startu, wiedząc, że jest jeszcze gorzej ode mnie przygotowany. Ale też skończył!

----------------------------------------------------
Dodano: 11.02.2014

Wiem już, co było powodem takiego wyniku. Niczym Sherlock Holmes rozwiązałem zagadkę utraty sił po piętnastym kilometrze... Rośliny! Przecież ja przez ostatnie dni żarłem głównie resztki z sokowirówki. Same zmielone warzywa, owoce, czasem jakiś banan w całości. Może to i zdrowe jest, ale polatać, to się na takim paliwie nie polata. Nie ma siły, jak chcę kręcić coraz lepsze czasy to muszę jeść! I jem. Głównie tatara z Lidla, bo coś mi się wydaje, że żelaza to ja też nie mam za dużo. Ale to nie ten dział jest, żeby o diecie pisać. Zapraszam TUTAJ.


0 komentarze:

Prześlij komentarz

 

Ultra Dystans Copyright © 2011 -- Template created by O Pregador -- Powered by Blogger