poniedziałek, 14 kwietnia 2014

03:48:19!, czyli Łódź Maraton DOZ 2014 - relacja

Jest poniedziałek rano, za oknem dominuje wilgoć z szarością, a ja nie mogę przestać się uśmiechać i podśpiewywać jakieś głupie piosenki. 03:48:19! Udało się, złamałem czwórkę... Tym samym mój pierwszy maraton przeszedł do historii. Niczym bitwa pod Waterloo, tyle że nie mnie przypadła tym razem rola małego kaprala...


Pobudka, kupka i batonik

Wstałem kilka minut przed alarmem, który miał obudzić mnie o szóstej dwadzieścia. To dziś, pomyślałem i zamiast porannej kontemplacji sufitu pognałem do kuchni na śniadanko. Dwa szybkie cięcia nożem przez jasne bułki, cztery łyżki miodu i jeden banan później było po wszystkim, mogłem więc przejść do realizacji punktu pierwszego. Kupka. Dwa podejścia - z kawą pomiędzy - i już mogłem postawić pierwszego ptaszka! Zaczęło się dobrze, przemknęło mi przez głowę, oby tak dalej...

Z Pabianic wyruszyliśmy dwoma samochodami o 7:40. Ja, M. i nasze kochane dziecko w jednym (choć przy pierwszej okazji przesiadło się do cioci), a w drugim Maciek, Łukasz (też biegacze) i wspomniana ciocia, w roli koordynatora działań kibolskich. W pobliże Atlas Areny dojechaliśmy kilka minut po ósmej. Znając teren wcisnęliśmy się w Karolewską, licząc na to, że znajdziemy jeszcze gdzieś kawałek wolnego miejsca. Niestety, sława parkingu przed UM Łódź Polesie sięga daleko w Polskę: cały teren wypełniony już był samochodami i biegaczami, których dodatkowo otaczały rodzinne grupy wsparcia. Trudno, zawracamy...

Trzej amigos...

Wolne miejsce znajdujemy na szczęście kilkadziesiąt metrów dalej. Spokojna (jak sądzę) na co dzień uliczka Norwida, wita nas kawałkiem wolnej zieleni, którą błyskawicznie bierzemy w posiadanie. Punkt drugi dnia -  parking - odhaczony! Coś za łatwo nam idzie, czarna myśl przemknęła mi gdzieś pod czaszką, ale odgoniłem ją wyciągniętym z kieszeni batonem. Ach ta słodycz...

Start i pierwsze metry

Ósma dziesięć, wchodzimy na teren Atlas Areny. To mój pierwszy maraton, chłonę więc wszystko jak gąbka. Rozglądam się, obserwuję, słucham. A jest na co: wszędzie ludzie w obcisłych koszulkach, kalesonach i ze sterczącymi sutkami. Głowa i uszy latają mi na wszystkie strony, próbując ogarnąć jakoś i przyswoić ten otaczający mnie nastrój wielkiego święta. Żeby trochę ochłonąć postanawiam przejść się do toalety, ale tu atmosfera przedstartowa jest jeszcze gęstsza! To pewnie przez te wykafelkowane ściany, dumam przy pisuarze, podczas gdy dwóch panów za mną toczy dysputę na temat chwilowego zablokowania stolca i sposobów na jego natychmiastowego uwolnienie...

Ósma czterdzieści pięć, niczym trzej muszkieterowie dołączamy do tłumu prącego w stronę startu. Od Atlas Areny mamy do przejścia jakieś pięćset metrów przez park, który pewnie zacznie od jutra schnąć powoli w tym miejscu, gdyż tyle moczu oddanego na pojedyncze drzewo nie przetrzyma chyba żadna ze znanych mi roślin. Mimo wszystko jest fajnie, nawet to grupowe sikanie ma dziś w sobie jakiś taki czar...

Ósma pięćdziesiąt pięć, stoimy już w boksach. Wokół nas kilka tysięcy biegaczy, przed nami scena i linia startu. O matko, myślę sobie, to już za chwilę... Przebijamy jeszcze z Maćkiem piątki - Łukasz już wcześniej postanowił oddzielić się i samotnie walczyć z balonikiem na 3:45 - i nagle tłum zaczyna odliczanie. Powoli, wśród krzyków i braw, ruszamy. Najpierw małymi kroczkami, powoli, ostrożnie, by już po minucie mniej więcej minąć start i w coraz szybszym tempie pokonać pierwsze metry...

Muszę przyznać, że pomimo mojej odporności na grupowo-masowe atrakcje nawet mnie udzieliło się trochę tego podniecenia towarzyszącego początkowi maratonu. I nawet pomachałem komuś na pierwszym zakręcie! A niech tam, skoro wszyscy wokół się cieszą...

Jaka Łódź jest, wszyscy wiedzą

Łódź jest ładno-brzydka i dokładnie taka też była trasa. I nie o widoki mi chodzi, bo w każdym mieście trafi się przecież jakaś obskurna kamienica, ale o organizację, dzięki której kilka razy czułem się tak, jakbym biegł ulicą w normalny dzień, na dodatek pracujący.

Ale od początku: pierwsze kilometry byłem jak zaczarowany. Jeden zakręt, drugi, trzeci... Wokół sami biegacze... Nawet przez chwilę żałowałem, że znam tę część Łodzi i że za rogiem nie czeka mnie żadna niespodzianka. I ta cisza... Biegniemy przecież przez wielkie miasto, a wokół mnie słychać tylko setki stóp uderzających o asfalt. Dopiero przed bramą Cmentarza Prawosławnego na Ogrodowej jakaś starsza pani przerywa ten zaczarowany krąg, krzycząc coś do koleżanki zablokowanej z wózkiem z kwiatami po drugiej stronie.

Srebrzyńska z Ogrodową to pierwszy dłuższy i prosty odcinek. Po lewej mijamy Manufakturę, za którą przypomina nam o sobie miasto. Przed nami pierwsze punkty "dopingu zorganizowanego", miejski hałas i coraz więcej ludzi wzdłuż trasy. Panie i Panowie, maraton czas zacząć...



Centrum Łodzi zostawiamy za sobą na 10 kilometrze, skręcając z ulicy Jaracza w Kopcińskiego. Oczywiście już wcześniej mijaliśmy policyjne blokady i stojące za nimi samochody, ale nic nie mogło przygotować nas na to, co działo się przez następne trzy kilometry. Wszędzie wokół korki. Chodniki wokół przejść dla pieszych wypełnione. Autobusy, tiry, tramwaje, osobówki. Ludzie krzyczący coś do bezradnych chwilami policjantów. Smród spalin...

Przez jakieś dziesięć minut zupełnie zapomniałem, że startuję właśnie w swoim pierwszym maratonie. Zamiast uniesienia i radości, czułem się tak, jakby specjalnie dla mojego kaprysu zamknięto główną ulicę miasta w godzinach szczytu. Naprawdę, ludzką złość dało się odczuć niemal tak samo jak spaliny, których w pewnym momencie na Strykowskiej było chyba więcej niż w powietrzu niż tlenu.

Nigdy jeszcze nie zetknąłem się z taką niechęcią do mojego biegania...

Rezerwat i strzał w kolano

Na szczęście po dość długim podbiegu skręciliśmy ze Strykowskiej w spokojną już uliczkę Wycieczkową, na której czekały kolejne punkty z napojami i uśmiechnięte już na szczęście ludzkie twarze. Przydały się, bo przed nami rozpoczął się właśnie najtrudniejszy odcinek o roboczym kryptonimie "Łagiewniki". Piękna, długa i pofalowana droga wiodąca przez Las Łagiewnicki... Biegnąc w dół widziało się kolejną "górkę", a na niej dziesiątki ludzkich sylwetek przebierających śmiesznie nogami. I to powietrze! Po smrodach Strykowskiej można się było niemal zachłysnąć:)

Obiegnięcie Lasu Łagiewnickiego dodało nam dziesięć kilometrów na liczniku, z czego połowę spokojnie zaliczyć można do kategorii "podbieg". Do miasta wróciliśmy więc na 23 słupku, gdzie niemal dokładnie pod uroczym wiaduktem czekała mnie wspaniała niespodzianka w postaci rodzinnego punktu kibicowania! Ma się to wsparcie:)

Niesiony jeszcze krzykami M. zacząłem szybką analizę mojej sytuacji. Połówka już za mną, fizycznie czuję się chwilami jakbym dopiero zaczął, psychicznie trochę słabiej, ale nawet przez myśl mi nie przeszło, żeby zwalniać. Od początku maratonu tylko raz miałem średnie tempo wyższe niż 5:30 i to na pierwszym kilometrze (pewnie przez wolne startowanie) i zamierzałem tę tradycję podtrzymać do samego końca. Wiedziałem też, że przede mną kilkadziesiąt ostatnich metrów przewyższeń, że muszę dotrwać do Alei Włókniarzy, bo stamtąd to już prosto i pochyło... Jakiż byłem naiwny...

Tak jak Strykowską można by określić mianem wschodniej obwodnicy Łodzi, tak Aleja Włókniarzy to jej zachodni odpowiednik. Znów więc biegliśmy obserwowani przez setki rwących włosy z głowy kierowców, z których niewątpliwie niejeden wyobrażał sobie, że strzela do nas jak do kaczek:)

Ale prawdziwy strzał w kolano zafundowali mi organizatorzy na 31 kilometrze, w miejscu startu, które teraz zmieniło się w początek ponad pięciokilometrowego nawrotu... Mało nie stanąłem w miejscu, gdy nagle - mając za sobą solidnie przepracowanych trzydzieści kilosów - zobaczyłem biegnących drugim pasem tych, którzy są przede mną o niemal pół godziny. Miażdżące uczucie i prawdziwa próba siły woli dla początkujących maratończyków...

Tuż za mną widać cień uroczego wiaduktu...

Sam nie wiem, gratulować pomysłu czy raczej przeklinać organizatorów, choć z każdą minutą oddalającą mnie od tamtej chwili skłaniam się jednak ku przekonaniu, że coś pozytywnego w tym punkcie było...

Finisz

Dla mnie prawdziwa walka rozpoczęła się na wspomnianym powyżej nawrocie. Co prawda tempa wciąż nie zwalniałem, trasa była już płaska, a nawet nieco opadająca, dystans coraz mniejszy, a jednak czułem się jakoś tak... nieswojo. Dopiero wyjście z ostatniej pętli zrobionej wokół kolejnego parku (Na Zdrowiu jak głosi potoczna nazwa) dało mi tak długo wyczekiwany wiatr w żagle. Miałem przed sobą tylko kilometr i wiedziałem już dwie rzeczy: będzie poniżej 4h i ani razu się nie zatrzymałem! Ruszyłem do przodu... (międzyczasy pokazują zresztą wyraźnie, jak kosmicznego wręcz przyśpieszenia dostałem: na 36km byłem na miejscu 799, na 41,2km byłem na 740, a skończyłem na 729!)

Od strony technicznej, sama końcówka maratonu również zasługuje na pochwałę i kolejny plusik w kajecie. Mnie akurat podobały się te zakrętasy, a już sam zbieg w dół i finisz w ciemnej, rozświetlonej tylko paroma halogenami oraz zegarem z czasem, hali to prawdziwa wisienka na przysłowiowym torcie. No i ten wynik... :)

Podsumowanie

Łódź Maraton DOZ (czy DOZ Maraton Łódź?, a może Łódź DOZ Maraton?) był moim pierwszym, nie mam więc żadnego porównania, a cała poniższa lista to wyłącznie moje odczucia. A więc:

PLUSY
- pakiet startowy (głównie za koszulkę techniczną z długim rękawem, choć takim sobie nadrukiem)
- zróżnicowana trasa (ja tam lubię sobie popodbiegać)
- punkty z napojami (ani razu nie zdążyłem poczuć pragnienia)
- kosmiczny finisz

MINUSY
- pasta party (na swój makaron czekałem ponad pół godziny i tylko dlatego, że miałem z kim pogadać)
- ponury, niemal złowrogi nastrój na Strykowskiej
- kosmiczny finisz (jak już ochłonąłem po sprincie i utwierdziłem się w przekonaniu, że kolana mam mimo wszystko całe, to z trudem w ciemnościach i zaduchu odnalazłem rodzinę, której za Chiny Ludowe nie udało się zobaczyć jak wbiegam:)



0 komentarze:

Prześlij komentarz

 

Ultra Dystans Copyright © 2011 -- Template created by O Pregador -- Powered by Blogger