wtorek, 25 marca 2014

IV Pabianicki Półmaraton ZHP - okiem prawiczka

Uwaga: będzie w tym wpisie wszystko. I filozofia, i relacja z trasy, i trochę humoru. Kto wie, może nawet jakaś porada dla półmaratońskich dziewic i dziewiczków się trafi? W końcu skoro Natalia S. jest gwiazdą, to i ja mogę być autorytetem, nie? Kto głupiemu zabroni?

Tracenie dziewictwa
Pierwszy raz to poważna sprawa. Pierwszy raz jest tylko jeden i każdy następny pierwszym już nie będzie. Pierwszy raz powinno się zaplanować i starannie do niego przygotować. Żyć nim odpowiednio wcześniej. Myśleć o nim. Przeżywać wewnętrznie i omawiać, jeśli ma się odpowiednią osobę, która zrozumie ten szczególny stan i przedpierwszorazowe napięcie...

I tak też się stało. Meditatum, paratus, feci (czyli po naszemu zaplanowałem, przygotowałem, zrobiłem).

Tyle w temacie filozofii.

Jak by nie patrzeć, życiówka murowana

Trudno jest raczej, będąc półmaratońskim prawiczkiem, nie zrobić życiówki. Chyba tylko kontuzja lub skrajna głupota (np. start z marszu, czyli po tygodniu przygotowań:) może spowodować, że się pierwszego startu w życiu nie ukończy. Mnie się udało. Dwadzieścia jeden kilometrów i niecałe dziewięćdziesiąt osiem metrów pokonałem w sto siedem minut i dwadzieścia osiem sekund. Podobno nienajgorzej, jak na cztery i pół miesiąca biegania. Dla mnie za wolno i przyrzekłem już sobie, że więcej się to nie powtórzy. Prędzej sobie nogę złamię o jakieś drzewo, niż przebiegnę metę z gorszym wynikiem... :)

No dobra, niech będzie, bo jeszcze ktoś mnie widział na mecie:

w niedzielę nie posiadałem się ze szczęścia! 

Skakałem za metą jak mickiewiczowska Zosia w ogródku i mam tylko nadzieję, że żaden napalony Tadeusz nie obserwował mnie gdzieś z ukosa:)

Przygotowania

Feralna niedziela sprzed tygodnia spowodowała, że do swojego debiutu podchodziłem bardzo ostrożnie. A nawet - niczym legendarna Anna Patrycy - z pewną taką nieśmiałością... co spowodowało, że działałem według planu, podręcznikowo wręcz. Treningi raptem trzy: poniedziałek, środa i piątek. Rozbieganie, sprawność, bieg regeneracyjny. Reszta to odpoczynek siłowy. Siłowy, bo na siłę musiałem powstrzymywać się od dłuższego i częstszego pobiegania:) 

Dieta. Bez eksperymentów. Banany, ryż, soczewica, jabłka, indyk, jajka i woda. No i orzechy. W różnych proporcjach, porcjach i o różnej porze. Nieco zmian w sobotę, kiedy to dołożyłem trochę makaronu czterojajecznego. 

Niedziela rano: gdzieś po ósmej biała bułka, miód, banan i trochę nutelli. Plus woda. 

Start

Cały tydzień słoneczko, a w dniu imprezy deszczowo. I jakieś dziesięć stopni na plusie, ale bez wiatru. Według mądrzejszych ode mnie biegaczy wymarzona pogoda na początek sezonu. Według organizatorów pewnie już nie tak bardzo. Ja wiem, że półmaraton to impreza dla biegaczy, ale miarą sukcesu takich imprez jest także ilość kibiców, a tych mogło być zdecydowanie więcej...

Pakiet startowy miałem już w sobotę (dziękuję kochana szwagierko!), a w nim znalazłem ręcznik, długopis, swój diabelski numer, jakieś próbki kremów, kilka ulotek, batonik (zwykły, nie sportowy) i jakiś niebieski napój (podobno izotoniczny). Jako debiutant się nie wypowiadam, ale mogę przecież napisać, że ci sami mądrzejsi ode mnie biegacze niemal zgodnie uważali tę "żywność" za najzupełniej zbędną. Coś w tym jest, bo i ja wolałbym jakieś orzeszki i zwykłą wodę. Albo rodzynki chociaż, że o żelu energetycznym się nawet nie zająknę...

Na teren MOSIR-u dotarliśmy z M. parę minut przed dziesiątą. Wszędzie pełno biegaczy! Część już przebrana, część jeszcze po cywilnemu. Godzina do startu, kolejka po numery wciąż długa, muzyczka. Piknik normalnie i święto sportu w jednym! Gdyby nie ta pogoda...

Byłem już przebrany, więc po rozpoznaniu startu zacząłem sobie truchtać i machać rączkami. Co kilka kroków skłonik, jakiś wypad na którąś z nóżek... wszystko delikatnie, z uśmiechem i wśród coraz większego grona kolegów i koleżanek. Nie mogłem się już doczekać startu.

Moja M. prowadziła oficjalną rozgrzewkę. W minionych latach robiła to na scenie, tym razem postawiła na integrację (w końcu sama też w końcu biegła!) i pojawiła się na murawie. Poskakaliśmy więc wszyscy, po czym organizatorzy kazali nam prędko ustawić się przed startem i... czekać. Całe dwanaście chyba minut stania w miejscu to nie najlepszy pomysł, przynajmniej mnie dłużyło się to strasznie. Pięć w zupełności powinno wystarczyć każdemu na tę ostatnią chwilę koncentracji przed biegiem.


screen z Garmin Connect

Trasa

W końcu ruszyliśmy! I od razu za szybko, bo planowałem około 5:30 pierwszą dychę, a po drugim kilometrze Garminek pokazywał mi czas nieco powyżej dziesięciu minut. Musiałem M. prawie trzymać za rękę, żeby biec w ustalonym tempie, ale nie dziwię się - gdyby nie obawa przed wpadką, sam dałbym się ponieść uniesieniu i mijającym nas wciąż biegaczom.

Sytuacja z wyprzedzaniem unormowała się dopiero w okolicach piątego kilometra. Odtąd biegliśmy już wyluzowani: za nami są tylko słabsi!:) A może jesteśmy na końcu?, przyszło mi do głowy i obejrzałem się szybko. Uff... końca stawki nie było widać, a mnie uśmiechł wrócił na ryło.

Pierwszy punkt odżywiania, biorę samą wodę. Mam za sobą dwa żele, nie nastawiałem się na podjadanie bananów czy chrupanie czekolady.

A potem Sereczyn i kilometr lasem. Pięknie, cicho, spokojnie... i nagle dobiega mnie KLAP KLAP KLAP gdzieś zza moich pleców. Nie odwracam się, ale to coś jest coraz bliżej, zbliża się nieuchronnie, by w końcu wyprzedzić mnie i przybrać postać biegacza Tomka (Tomek przeczytałem na koszulce). KLAP KLAP KLAP, zdumiony patrzę na technikę Tomka, której uczył się chyba w Klasztorze Shaolin na zajęciach z rozbijania asfaltu bosą stopą. Jak ci ludzie biegają...

Oderwałem się od M. na jedenastym kilometrze. Na dziesiątce wcisnąłem w siebie żel i popiłem wodą. Czułem moc i nie chciałem już czekać. Nogi same rwały się do przodu i choć mózg próbował jeszcze coś tam mi wciskać, że to dopiero połowa, że jeszcze dziesięć kilosów plus ten groźny podbieg na wiadukcie, to zacząłem przyśpieszać, mijając kolejnych biegaczy i wybierając kolejne "ofiary" do połknięcia. Zdaje się, że gdzieś o takiej "technice" walki z końcówką biegu przeczytałem i muszę przyznać, że sprawdza się rewelacyjnie. Dwunasty kilometr to co prawda nie jest końcówka półmaratonu, ale stosowałem ją do samej mety i daję słowo: minimum trzy razy uchroniła mnie przed zwolnieniem tempa.

Prawdziwy kryzys i zarazem sprawdzian miałem na trzy kilometry przed metą. Bychlew, prosta droga, lekkie wzniesienie, sznur biegaczy aż po horyzont... Za mną siedem tysięcy metrów przyśpieszania i nagła ochota na przejście w trucht. Uczucie nie do opisania. Jakbym podzielił się na dwóch ludzi, z których jeden zawiaduje nogami, a drugi głową. Jakie to szczęście, że myślenie nigdy nie było moją mocną stroną... :) Mijam wzniesienie i wciąż wyprzedzam. Z każdym kolejnym pokonanym biegaczem kryzys oddala się, a ja nabieram sił.

Na ostatnich dwóch kilometrach nie spojrzałem nawet na zegarek. Nic już nie mogło powstrzymać mnie od złamania dwóch godzin, a to w tym dniu było najważniejsze!

Podsumowanie

Bardzo dobry bieg, zarówno w moim, jak i organizatorów wykonaniu. Świetna trasa, którą mam nadzieję, uda się powtórzyć w przyszłym roku, choć skrycie podzielam marzenia druhny komendant o biegu ulicami miasta. Kto wie, może uda się przekonać miejscowych malkontentów, że przyblokowanie miasta raz do roku wyjdzie nam wszystkim na dobre?

Czy mam sobie coś do zarzucenia? Nic, nawet jeśli dziś wydaje mi się, że mogłem jednak biec szybciej od początku. Przecież udało mi się utrzymać planu! Za samo to należał mi się medal.

Do zobaczenia w przyszłym roku!


0 komentarze:

Prześlij komentarz

 

Ultra Dystans Copyright © 2011 -- Template created by O Pregador -- Powered by Blogger