niedziela, 2 marca 2014

Puchar Maratonu DOZ 2014 - 25-tka moja!

Spokojnie, kochani. To, że "moja" nie znaczy, że wygrałem, albo że pobiłem rekord świata. Na szczęście nic z tych rzeczy, bo nie jestem jeszcze mentalnie gotów na te wszystkie wywiady, wizyty w zakładach pracy i napalone kobiety... "Moja", bo dziś było zuuupełnie inaczej niż WTEDY.
Na dobre cofam wszystko, co kiedyś powiedziałem o bieganiu w stadzie. Nie jest to, jak mi się jeszcze do niedawna wydawało, bezsensowne, żenujące czy kłopotliwe. Nie jest to też oczywiście jedyna wyznawana przeze mnie od dziś forma biegania. Nadal to co najlepsze na treningu spotyka mnie gdzieś po godzinie samotności, ale bieg w grupie też jest spoko. I to zarówno na treningu, jak i na zawodach.

Ukończyłem dziś mój drugi bieg "zawodowy", czyli piątą i ostatnią edycję tegorocznego Pucharu Łódź Maratonu DOZ 2014. Dwadzieścia pięć kilometrów po arturówkowym Lesie Łagiewnickim. Ani śladu śniegu - który miesiąc temu leżał tu całkiem grubą (jak na tę zimę) warstwą - i błota, którego obawiali się biegnący tu rok temu biegacze. Zamiast tego: niemal dwie i pół godziny ciągłego! biegu, coś około litra endorfin, trzy gorące herbaty z cukrem i uczucie niesamowitego szczęścia!

2:22:20 to mój czas z dzisiejszych zawodów. Tylko o 10 minut gorzej od tego sprzed miesiąca, ale przecież dystans był o całą piątkę dłuższy! Dzisiaj miałem średnie tempo 5:42 na kilometr, a wtedy 6:38! Kosmiczna wręcz różnica, której bez miesiąca treningów na pewno bym nie osiągnął.

Tak rozkładały się dziś międzyczasy poszczególnych pętli:

5km- 00:29:20
10km- 00:57:30
15km- 01:25:33
20km- 01:53:46 

I ta końcówka! Ten finisz, którego nie zapomnę. Ta niewyobrażalnie uzależniająca mieszanka zmęczenia, wkurwienia i niesamowitego szczęścia. Jeszcze mi nogi drżą, a już bym wylazł z domu pobiegać. 

O biegu

Ponieważ doskonale znam swoje miejsce w biegowym szeregu, to i tym razem nie pchałem się na starcie do przodu. Nie musiałem też ciągle podskakiwać, żeby utrzymać ciepełko po rozgrzewce, bo tym razem jakoś mocno się do tego nie przyłożyłem. Ot, spokojny kilometr z Tomkiem Osmulskim i paroma osobami jeszcze, dwie krótkie przebieżki i trochę rozciągania. Cała rozgrzewka, którą uznałem za wystarczającą. Nie startuję przecież w sprincie, żeby ociekać potem już na starcie:)

Od początku biegłem spokojnie i starannie według planu, zakładającego... spokój i opanowanie:) Żadnych podrygów i wyrywów. Żadnego gonienia lepszych i szybszych, choćby mieli po sto lat i zasuwali w klapkach. Swoje tempo, swój rytm. Krok za krokiem, zakręt za zakrętem. I tak przez cztery pętle. A potem się zobaczy. 

No i się zobaczyło... gdy mijałem po raz czwarty stolik z napojami miałem na zegarze dziewiętnaście minut mniej niż cztery tygodnie wstecz! Ale dostałem kopa w żagle. Ruszyłem spod wodopoju, jakbym właśnie zaczynał, a nie zmierzał ku końcowi. Niestety, już po dwustu, może trzystu metrach zwolniłem i wróciłem do towarzyszącego mi od początku rytmu. Dlaczego niestety? Ano dlatego, że mam teraz poczucie niedosytu. I żalu do samego siebie, że nie poszedłem na całość. Że nie rzuciłem się do przodu i nie próbowałem urwać choćby minuty z czasu, który już i tak wypracowałem. Przecież wiedziałem, że bieg ukończę. Mogłem nawet wyliczyć końcowy czas, gdybym się postarał, bo każde okrążenie robiłem niemal w tym samym tempie (no, i gdyby mi się chciało wyciągać tę pieprzoną Nokię z nerki:). Czemu więc do mety dobiegłem nie na wpół żywy tylko uśmiechnięty? Bo stchórzyłem. Bo nie chciałem zaryzykować utraty sił, która zmusiłaby mnie do przejścia w marsz. Bo bałem się, że minie mnie ktoś, kogo już wyprzedziłem. Że w myślach nazwie mnie cieniasem, który nie wie jak rozłożyć siły...

Z podziękowaniami dla Anny Zakrzewskiej:)

Szkoda. Mogłem urwać ze dwie minuty, gdybym tylko... a w dupe z tym gdybaniem! Gdyby, gdyby... było, minęło! Trzeba się cieszyć z wyniku, z poprawionego czasu, z kolejnej lekcji biegania. Przecież to dopiero drugi mój start. DRUGI w życiu, a w tym wcieleniu biegam raptem od czterech miesięcy. 
Jeszcze mi się znudzą takie biegi... 

Przede mną kolejny sprawdzian - półmaraton. Już 23 marca, czyli raptem za trzy tygodnie. U mnie w mieście. Zawody organizowane przez moją szwagierkę i Łukasza. Znajomi. Tym muszę się teraz zająć, bo choć dzisiejszy czas daje mi spokojną głowę co do złamania dwójki to jednak wszystko może się wydarzyć.

Co zmieniłem

przez miniony miesiąc? Przede wszystkim dietę. Mięso rządzi! I ryż dziki z warzywami, bo jakoś do makaronu jako codziennego źródła węgli nie mogę się przekonać. Ogólnie jem zdecydowanie więcej niż w styczniu, choć wciąż staram się, by było zdrowo. Zero białego chleba, bigmaków i jak najmniej słodkiego. Warzywka jak najbardziej, choć kiepsko mi wychodzi regularność. 

Miałem też dziś ze sobą mój plecaczek z bukłakiem, który załadowałem wodą z miodem i odrobiną soli. I dwa żele. Nie wiem dokładnie dlaczego, ale lubię to uczucie "opasania", jakie mam po zapięciu wszystkich sprzączek plecaka. Może wydaje mi się, że wyglądam poważniej? Bardziej zawodowo? Nie wiem, w sumie to niewielu było takich jak ja "zawodowców", więc to chyba rzeczywiście wyłącznie moje wrażenie. Ale regularne popijanie zdecydowanie mi pomogło, więc mam gdzieś kąśliwe spojrzenia i ciągły chlupot za plecami.

No dobra, wystarczy tych sekretów, bo jeszcze któryś z Was mnie dogoni:) Idę odpoczywać, przecież jutro nikt za mnie nie wstanie...

0 komentarze:

Prześlij komentarz

 

Ultra Dystans Copyright © 2011 -- Template created by O Pregador -- Powered by Blogger