poniedziałek, 31 marca 2014

Trening przed maratonem - ostatnie dwa tygodnie

Gdy w listopadzie minionego roku zaczynałem regularnie biegać, nie miałem żadnego planu. Po prostu ubierałem się, wychodziłem na dwór i biegłem. Podczas wcześniejszych epizodów biegowych było podobnie. Zero planów, zero treningów. Po prostu bieganie. Interesował mnie jedynie czas i przebiegnięte kilometry, które mierzyłem przy pomocy smartfona i jakiejś tam aplikacji. Mało tego, podczas biegu "czytałem" książki w audiobookach, ciesząc się, że oto robię dwie przyjemne rzeczy na raz!


Stare dzieje... :) Luz, blues i zero zmartwień (tych biegowych rzecz jasna:) 

Dziś jestem już innym człowiekiem. Zamiast cieszyć się życiem to nic, tylko myślę o kolejnym wyniku, starcie, treningu. Pobiec w tempie maratonu, czy lepiej zrobić interwały? Założyć opaski uciskowe, czy nie zakładać? Riboki czy najki? To czy tamto? Wolniej czy szybciej? Rano czy wieczorem? Jem za mało, czy może za dużo? Już zidiociałem do reszty, czy też odkryłem w końcu sport, którego poważne uprawianie sprawia mi przyjemność...? 

Ale przecież nie o tym chciałem dziś pisać. Takie rozważania to temat na inną okazję, a dziś miało być o wczorajszym treningu i planach na najbliższe dwa tygodnie przed maratonem. A więc...

Słowem wstępu

Przede mną mój pierwszy maraton. Za 13 dni stanę w Łodzi na starcie i wyruszę po złote runo (właściwie to po pierwszy złoty włosek). Może i nie tak zupełnie na oślep, ale po raz kolejny przekonuję się, że ciężko wychodzi mi robienie czegokolwiek z ołówkiem i kartką. Jakby nie patrzeć na moje dotychczasowe życie, planowanie wychodzi mi nieźle, ale z realizacją to już mam solidne problemy... 

Bez wątpienia dużo dało mi bieganie z Tomkiem Osmulskim i - rzadziej, bo siły nie te jeszcze były w lutym - Joanną Chmiel (trenerami na treningach DOZ-u), u których to po raz pierwszy zobaczyłem, że "trening biegowy" to zupełnie coś innego niż "bieganie". Dzień do nocy! I fajnie, bo bez tych kilku ostatnich tygodni wciąż pewnie byłbym w biegowej dupie. A tak jestem już gdzieś w połowie okrężnicy. Do mózgu wciąż daleka droga... :)

Ostatnie dwa tygodnie

Do rzeczy: wczoraj nabiegałem 31 kilometrów. Założenie przed było takie, że robię długie wybieganie w tempie około startowym. Niestety, mój Garminek rozładował się na 27 kilometrze (ach, to formatowanie baterii:), nie znam więc dokładnego czasu całego treningu. W chwili rozładowania miałem 27,09 km w czasie 2:28:28, średnie tempo 5:29. Jestem niemal pewien, że tempo utrzymałem do końca, więc wyszłoby, że 31 km przebiegłem w czasie około dwóch godzin i pięćdziesięciu minut.

Czy dam radę złamać cztery godziny? Oby... Teoretycznie szanse są, choć do pełnego dystansu brakło mi wczoraj jeszcze 11 kilosów. Baardzo dużo, biorąc pod uwagę ostatnie kilometry wczorajszego treningu. Ale przynajmniej wiem już, że jeżeli nie dopadnie mnie coś niespodziewanego, to sam dystans maratonu przebiegnę. A to, co w głowie jest podobno nawet ważniejsze od tego, co w nogach... :) 

Co jeszcze wczoraj wybiegałem? A taką oto mądrość: mam zdecydowanie za mało kilometrów w nogach. Znaczy na tym wewnętrznym liczniku, który każdy biegacz ma zamontowany zamiast móżdżku:) Za mało w ogóle (od listopada) i za mało w rozbiciu na pojedyncze tygodnie. Oczywiście mogę się mylić, ale skoro oddech i tętno miałem do samego końca spokojne, tempo stałe, a nogi od 24 kilometra robiły się coraz cięższe, to o czym to świadczy? Moim zdaniem o niedostatecznym wybieganiu.

Wiem, wiem. Za dużo bym chciał od razu - w końcu "trenuję bieganie" od kilku miesięcy - ale żałuję, że wcześniej nie zacząłem robić długich wybiegań. I co z tego, że żaden z programów przygotowawczych do maratonu nie zakłada więcej niż raz, dwa razy przekroczenie trzydziestki przed startem? Pisałem już przecie, że problem mam z trzymaniem się podręczników, nie? 

Poza tym, 42 kilometry - choćby i co miesiąc - to nie jest mój Mount Everest, ale jeszcze nie będę zdradzał Wam moich marzeń...

Po chwilowym namyśle przy porannej jajecznicy z bananami, tak widzę moje najbliższe dwa tygodnie:

kliknij, żeby powiększyć
LEGENDA:

kolor czerwony - bieg w tempie około startowym (średnio 5:30 na całym dystansie)
kolor biały - odpoczynek
kolor niebieski - bieg regeneracyjny (tempo 6:00), delikatnie, wolno, z uśmiechem na twarzy
kolor żółty - IBT, czyli Intensywny Bieg Tempowy (tempo 5:00 i mniej na całym dystansie)
kolor zielony - WIELKI SPRAWDZIAN :)

Wiem, że ta sobota 5 kwietnia trochę się nie zgadza z ogólnie przyjętymi metodami, ale po wczorajszym po prostu muszę jeszcze raz przebiec taki dystans. Do maratonu mam potem siedem dni, nikt mi nie wmówi, że mięśnie nie zdążą się zregenerować. I tak daję im cztery dni odpoczynku i mam nadzieję, że się tego pomysłu utrzymam:)

Po maratonie mam zamiar całkowicie zmienić swoje podejście do biegania. Koniec z bieganiem dla przyjemności, czas pomyśleć o przyjemności z wygrywania! Z sobą samym rzecz jasna, bo Mistrzem Polski w maratonie zostanę chyba dopiero wśród pięćdziesięciolatków:) O żesz... a miałem nie zdradzać marzeń...

I tak pierwszą rzeczą jaką zrobię po łódzkim starcie będzie plan zawodów do końca tego roku. I planowanych czasów. A potem ułożę pod to plan treningów. I się zobaczy...

-------------------------------------------------------------
Dopisano: niedziela, 6 kwietnia: nieco zmodyfikowałem plan i zamiast sobotniego wybiegania było niedzielne. Szczegóły i przyczyny znajdziesz (tutaj)

0 komentarze:

Prześlij komentarz

 

Ultra Dystans Copyright © 2011 -- Template created by O Pregador -- Powered by Blogger