czwartek, 10 kwietnia 2014

Bez tytułu...

Kiepski dzień... W pracy po raz kolejny nerwy, choć miałem się już nie przejmować, olewać, nie martwić. Z każdym razem coraz bardziej dociera do mnie myśl, że to chyba kolejna ślepa uliczka, z której nie mam odwagi się wycofać...
Kilkadziesiąt spakowanych książek i szybko do domu, wyciągnąć się, poczytać książkę, zasnąć na godzinę przynajmniej... Przez chwilę było naprawdę fajnie, idę w stronę klatki, a z okna wita mnie uśmiechnięta M. Ciesz się tym, myślę sobie, ale dłużej jak dziesięć minut nie daję rady...

M. wychodzi do pracy, syn ma dziś luz po teście, marnuje więc życie oglądając jakieś bzdury na youtubie, a ja czytam chwilę Inferno i zasypiam.

Dwie godziny drzemki i budzę się z ciężką głową. Jem razowy chleb z masłem, przegryzam bananem i nie wytrzymuję ciśnienia: jak narkoman jakiś trzęsę się nad słoikiem z nutellą. Trzy, cztery, pięć łyżeczek... Resztką woli odstawiam słoik do lodówki. Zmarzniętą i twardą trudniej nabierać, mniej się zjada.

O. wciąż wpatrzony w ekran laptopa. Stoję w drzwiach i przepraszam go w myślach za to, że jestem takim gównianym ojcem. Wracam do książki. Pół godziny, kawa z mlekiem, komputer, facebook. Nie jestem tylko gównianym ojcem, ale też i gównianym człowiekiem, bo znów zamiast pisać książkę zmarnowałem jakieś dwie godziny na przeglądaniu czyichś postów i głupich dyskusji...

Czy nie lepiej byłoby się poddać? Przestać oszukiwać? Zatonąć w mule, zamiast uporczywie taplać się tuż pod powierzchnią?

Przecież nad i tak nie mam szansy się dostać...

Ale mam dziś chęć połknąć Kefrenex, choćby i cały. W dupę z tym wszystkim, jutro bym się M. tłumaczył...

0 komentarze:

Prześlij komentarz

 

Ultra Dystans Copyright © 2011 -- Template created by O Pregador -- Powered by Blogger