środa, 23 kwietnia 2014

Bieganie z książką, czyli audiobook na treningu

Człowiek jest jak śliwka, musi dojrzeć... taki sucharek przyszedł mi do głowy, gdy dziś rano zamyśliłem się nad tym, że jeszcze do niedawna nie wyobrażałem sobie biegania bez książki. Takiej w wersji audio oczywiście, choć bieg z papierowym Panem Tadeuszem - czytanym na głos - mógłby być hitem. Kto wie, może nawet Red Bull wziąłby go pod swoje skrzydła?
Pamiętam doskonale pierwsze pokonanie granicy 21 kilometrów na treningu. Było to w lipcu ubiegłego roku, nad Bałtykiem. Jakoś tak pośrodku kolejnego zrywu biegowego, zakończonego niemal równo z wakajcami:) Wystartowałem z Mrzeżyna w stronę Kołobrzegu, z nawrotem jakieś dwa kilometry za Dźwirzynem. Było wczesne popołudnie, słoneczko. Śliczna trasa... a ja biegłem zasłuchany w "Głowę Minotaura" Marka Krajewskiego, czytaną przez Marcina Popczyńskiego.

Czas miałem wtedy coś koło dwóch godzin i piętnastu minut i nie wyobrażałem sobie, że mógłbym biegać inaczej. Nawet w deszcz nie wychodziłem pobiegać, bo przecież mój budżetowy smartfonik nie miał w opcji wodoodpornej obudowy. A jak tu biegać bez książki?

Gdy pięć miesięcy temu zaczynałem na nowo - i mam nadzieję, że już na dobre - biegać, też zabierałem ze sobą smartfona z załadowaną do playlisty książką. I też było fajnie (Jo Nesbo chyba już zawsze będzie mi się kojarzył z wieczornym okrążaniem pobliskiego parku).

Dziś jestem już dojrzały. Biegam bez zatkanych słuchawkami uszu i bez smartfona. Jest ze mną tylko Garmin, którego cokilometrowe piknięcia są jedynym sztucznym produkowanym przeze mnie dźwiękiem. Cała reszta to oddech i miarowe uderzanie stóp o podłoże. Tak jak kiedyś słuchałem audiobooków, tak teraz słucham swojego ciała. Biegnąc rejestruję pracę swoich nóg, ułożenie stopy, ugięcie kolan. Co chwilę kontroluję ręce - czy łokcie wciąż "uderzają" w powietrze tuż za mną? Czy nie zaciskam pięści? Czy mam rozluźnione barki? 

No i myślę. Przy dłuższych biegach - tak było na łódzkim maratonie - planuję kolejny odcinek. Coś na zasadzie: "no dobra, to teraz do tamtej latarni, za nią powinien być jakiś zakręt", albo "na końcu tej ulicy jest z górki, zostało jeszcze pięć kilometrów". Przy krótszych skupiam się na sobie. Na oddechu, na tym, co dzieje się w mojej głowie. Wizualizuję najbliższą przyszłość: koniec biegu, czas na zegarku, ciepły prysznic po rozciąganiu. 

Nie biegam już z książką. Nie, że nie dałbym rady, ale odkryłem już tak wielką przyjemność z biegania bez słuchawek, że zwyczajnie byłoby to bieganie pozbawionego całego uroku...

PS. tak, biegałem przez chwilę z muzyką zamiast audiobooka. Miałem nawet niemal ukończoną playlistę na maraton, brakowało tylko hiperultraenergetycznych kawałków do wstawienia w kluczowych momentach, której ostatecznie nie użyłem, bo bieganie bez kabli wygrało. I szczerze polecam taką wersję każdemu. 

Ciało to najlepsza orkiestra!

Cześć:)

0 komentarze:

Prześlij komentarz

 

Ultra Dystans Copyright © 2011 -- Template created by O Pregador -- Powered by Blogger