środa, 9 kwietnia 2014

Ostatni trening i koniec diety białkowej

Co mnie podkusiło, żeby tę ostatnią środę przez maratonem zakończyć treningiem zbiorowym?! Czyżby brak węglowodanów w diecie aż tak bardzo wpływał na procesy myślowe? Co ja sobie wyobrażałem? Że w skupieniu i ciszy, pogrążeni w oparach koncentracji, przebiegniemy równym tempem osiem kilometrów, po których nastąpią serie sprintów, porządne rozciąganie, takie bez ciągłego gadania gdzieś w tle, chichotów durnych, czy błyskających fleszy komórkowych aparatów?

Te i inne jeszcze pytania zadawałem sobie jakąś godzinę temu, wracając samochodem po treningu Ambitnych. Teraz już mi trochę przeszło, ale i tak napiszę co myślę, bo obiecałem to sobie w duchu jeszcze podczas truchtania tuż za Tomkiem Osmulskim. A obietnic se danych staram się ostatnio dotrzymywać... :)

A więc... dzisiejszy wieczór pokazał, że bardzo dobrze zrobiłem, nie wpisując w tym roku na swoją listę celów czegoś w rodzaju "pokocham wszystkich ludzi i będę się do nich przyjaźnie uśmiechał, chodził na spotkania potreningowe i gadał głupoty przez pół wieczoru". Za nic w świecie nie udałoby mi się tego odhaczyć! Prędzej chyba zacznę chodzić na lekcje baletu niż zapałam miłością do bliźnich wszelakich...

Ostatni trening

Według planu z TEGO wpisu powinienem dziś zrobić dwanaście kilometrów w tempie ok. 5:00. Po wczorajszym truchcie na siedem wiedziałem już, że to mrzonka. Niemal kompletny brak węglowodanów w diecie - a więc i glikogenu w mięśniach i wątrobie - niemal mnie usypia. Po trzecim kilometrze (truchtu!) czułem się wczoraj tak, jak czuć się musi zdalnie sterowany samochodzik z niemal całkowicie rozładowanymi bateriami. Dzieciak z pilotem ciśnie guzik gazu, a samochodzik ledwo się toczy... 

Siedziałem więc wypruty z sił przed kompem, gdy na fejsie pojawił się wpis Tomka Osmulskiego, że ostatni trening Ambitnych odbędzie się w środę, że pobiegamy 6-8km, potem kilka rytmów i rozciąganie. Super!, pomyślałem radośnie i szkoda, że mnie w tej chwili nie strzelił jakiś piorun, albo chociaż nie dopadła sraczka dwudniowa od tych jajek i twarogu... niemal wszystko byłoby lepsze niż decyzja przeze mnie podjęta:)

Od razu wyjaśniam: ja nawet lubię większość Ambitnych, naprawdę! Nawet te dziołchy, co pstrykają co chwilę słitfotki (a dziś skuszone podszeptami jakiegoś demona próbowały nawet zmusić mnie do pozowania:). Problem w tym chyba, że zupełnie inaczej podchodzę do "treningu" i startu niż reszta grupy. Oni pewnie biegają dla przyjemności, ja startuję w maratonie (tym, następnym, i jeszcze w następnym) dla walki. Walki z samym sobą, z moim leniwym umysłem przede wszystkim, który zamierzam w tym roku złamać, upokorzyć, rzucić na kolana i wdeptać w ziemię mokrą od przelanego w tej walce potu.

A nawet od krwi utoczonej z nabrzmiałych żył, jak będzie się stawiał...

Ale wracając do treningu: ruszyliśmy kilka minut po 19 spod Fali. Spokojny bieg, trucht, lekka mżawka, zachodzące słońce, gwar rozmów, cichnący nieco z każdym kilometrem. Biegowa sielanka niemal, którą musiał zepsuć jakiś osobnik bliżej mi nie znany. Ten, jak się okazało gdzieś w połowie dreptania, błazen, postanowił nagle zostać duszą naszego towarzystwa. Gdzie tam! Duszą całego parku na Zdrowiu! I zaczął w pewnym momencie - wykorzystując absencję Tomka na czele grupy - krzyczeć głośno do innych biegaczy (głównie kobiet) trenujących w parku, zachęcając ich do przyłączenia się do nas, a gdy wszyscy po kolei olewali pana-wodzireja, komentował to oczywiście, tłumacząc, że mają słuchawki, albo się wstydzą. 

Szkoda, że facet nie widział obrazów w mojej głowie, na których obdzieranie go żywcem ze skóry było tylko rozgrzewką...:)

Po truchcie (6km) Tomek zarządził rozgrzewkę, dziołchy z aparatami zarządziły sesję zdjęciową, potem było kilka przebieżek, po których cały w skowronkach udałem się do samochodu, żeby w milczeniu kontemplować udany trening oraz ukoić zmęczone zakończenia nerwowe białkowym szejkiem. A cała grupa polazła na Falę, gdzie połączyli stoły i biesiadowali do zamknięcia, zastanawiając się - wnioskuję z podsłuchanych podczas "treningu" rozmów - czy mogą już zjeść ciastko, czy lepiej poczekać...

End of story!

Koniec z białkiem

Właśnie kończy się środa, a tym samym dobiega koniec trzydniowego braku węglowodanów w mojej diecie. Trzy dni to krótki okres czasu (gdy pierwszy raz zastosowałem tę dietę, utrzymywałem ją przed dwa tygodnie), ale nie gdy się biega. Każdy bowiem dodatkowy - i dłuższy niż kilka minut - wysiłek powoduje nagłe uczucie osłabienia i chęć zjedzenia czegoś słodkiego. I jeszcze ta dziwna i pojawiająca się znikąd "ciepłota mózgu", jak nazywam to dziwne wrażenie jakby ktoś podgrzewał mi głowę w mikrofali. Trwa to kilka, kilkanaście sekund, mija, po chwili znów się pojawia, i tak przez góra dwie, trzy minuty, głównie wieczorami.

No i ten brak sił...

Szkoda, że tego gligokenu nie da się jakoś zmierzyć. Jak na przykład ciał ketonowych, których poziom mierzyłem podczas wspomnianych już wcześniejszych eksperymentów z low carb diet. Wiedziałbym, czy "wypłukałem" go już do końca - jakby trzy dni bez węglowodanów i bieg na trzydziestkę było za mało:) i z czystym sumieniem mogę od jutra żreć ryż i makaron, czy też jeszcze z jeden dzień wytrzymać na jajach. 

Ciekawe w sumie jak to działa. Będzie się teraz ryżyk z makaronem rozkładał na cząsteczki, z których zrobi się glikogen, by następnie układać się grzecznie w wątróbce i mięśniach cząstka koło cząsteczki, aż na przykład w takim bicepsie będzie tłoczno jak w porannym tramwaju? A jak podniosę coś kilka razy, to biceps-motorniczy każe kilku z nim wysiąść?

Tak, chyba naprawdę brak węgli działa na mnie niezbyt korzystnie:) Jeżeli ktoś dotarł do tego miejsca, to gratuluję! Ja robię kawkę i idę do wyra poczytać Inferno Browna, które ku memu zdziwieniu nie jest wcale takie złe, jak to niektórzy malują...

Dobranoc.

--------------------------------------------------------------
dodano: 10.04.2014, godz.:10:30

objedzony bananami z miodem i tabliczką gorzkiej czekolady zasiadłem właśnie i poczytałem trochę o glikogenie. Polecam na przykład ten wykładzik niejakiego Doktora Michalaka:

http://www.drmichalak.pl/data/studenci/bioch6.htm

dodano: 12.04.2014, godz.:09:12

jest sobota, od czwartku jestem na diecie "normalnej", zdarzyło mi się nawet zjeść trochę chleba:) Objawy odstawienia węgli oczywiście minęły, zaczęły się za to inne, bo czuję "kręcenie" w brzuchu. Raczej nie rozwolnienie, a gazy - efekt bogatego w błonnik amarantusa i chrupiącej gryki z melasą jak mniemam. Dziś już tylko makaron i jakieś białka

0 komentarze:

Prześlij komentarz

 

Ultra Dystans Copyright © 2011 -- Template created by O Pregador -- Powered by Blogger