wtorek, 27 maja 2014

Górski trening w centrum Polski

Ogólnie rzecz ujmując, to słaby ze mnie ranny ptaszek. Mimo wielkich planów (opisanych TUTAJ) moja średnia pobudkowa wciąż waha się w okolicach godziny 9. Na szczęście zdarzają się chlubne wyjątki. Jak dziś na przykład, gdy z łóżka zerwałem się już o 7.20, by niemal równo o ósmej wybiec na... no właśnie, na pierwszy górski trening w moim życiu biegacza!

O tym, że pobiegam dziś w "górach" dowiedziałem się wczoraj. A właściwie wpadłem, szykując skarpety do wieczornego pobiegania. Rany, pomyślałem w pewnej chwili zaskoczony własną błyskotliwością, przecież kilka kilometrów ode mnie jest góra! A nawet kilka górek,  które połączone drogą stanowią tor motocrossowy. A ja wciąż zbieram się na te podbiegi do Łodzi...

Szybko zaczerpnąłem informacji (choć wstęp jest wolny, to jednak tor jest własnością prywatną) czy można i już po chwili rolowałem skarpety z powrotem. Skoro O. idzie do szkoły dopiero na 10.45, to ja wstaję rano i wyrywam w góry! Jak Kilian co najmniej, albo chociaż Krupicka Tomek, choć na pewno bez gołej klaty... Hej przygodo! :)

Zew gór okazał się tak silny, że wstałem pół godziny przed alarmem. Czad! Na spokojnie więc usiadłem w kuchni i zjadłem dwa banany plus dwa wafle ryżowe z miodem. I kawa. Słabiutka taka, z jednej łyżeczki tylko, ale zawsze. Dziś mogę! Góry w końcu, panie, góry!

Jakieś dwadzieścia minut po ósmej - i prawie trzy kilometry od domu - zrozumiałem, że "góry" są trochę dalej niż mi się wydawało:) Fakt, dawno tam nie byłem (biegać nigdy) i wydawało mi się, że to właśnie te trzy tysiące metrów będzie, podczas gdy do toru dotarłem po kolejnym tysiącu i jeszcze pięciuset zrobionych w porannym słońcu.

No i się zaczęło. I... trwało całe dwadzieścia minut! Dżizas, już wiem, że moje bieganie z oponą po parku to spacerek był. Popierdółka jakaś normalnie. Ale super! Wyśmienicie i rewelacyjnie! No dobra... czadowo!1

Naprawdę zaczynam już rozumieć to wszystko, o czym pisze Kilian Jornet w swojej książce. Albo Richard Askwith w "Stopach w chmurach", które właśnie czytam (recenzja TUTAJ). Asfalt? Szybkość? Spoko, ale chyba nie na dłuższą metę... Siła i wytrzymałość. Wzgórza i doliny. Ja i przyroda... ech, już zaczynam myśleć o jakimś biegu w szkockich górach...:) A przecież wspiąłem się raptem z dwieście metrów! (łącznie, sumując wszystkie podbiegi).

Ale co się dziwić. To był niesamowity poranek i niezwykły trening. I choć w sumie cały trening wyszedł mi dwanaście kilometrów, z czego dziesięć po płaskim, a tylko dwa po torze, to z całą pewnością będę tam zaglądał częściej2. I polecam każdemu. Góry rządzą!

Pabianickie Kilimandżaro w pełnej krasie:)





 
Przypisy:
1 - wybaczcie, proszę słowo "czad", którego nadużywam. Jest mi wstyd, bo przecież język polski jest przebogaty, zasobny i niewyczerpalny, a ja jakieś slangowo-podwórkowe wyrażenia promuję... jeszcze trochę i jak Wiśniewski kiedyś "zajebisty" używać zacznę, tfu! na psa urok i garść soli przez lewe ramię...

2 - treningowo przynajmniej dwa razy w tygodniu, oficjalnie już za niecałe dwa tygodnie, 7 czerwca, podczas zawodów "Dycha na piątkę", organizowanych przez Koronę Pabianice - cel: czas poniżej godziny!

0 komentarze:

Prześlij komentarz

 

Ultra Dystans Copyright © 2011 -- Template created by O Pregador -- Powered by Blogger