czwartek, 15 maja 2014

Kontuzja po maratonie - time to go pro! :)

O problemie z łydką już pisałem. O tym, że odpuszczę bieganie celem jej uleczenia też. Tak samo jak o odnowieniu znajomości z siłownią i nowej przyjaźni z gumami. Dziś będzie o czymś nowym. Mianowicie o lekarzu. I fizjoterapeucie. I czy w ogóle warto sypać na to kasą...

W miniony poniedziałek minęło dokładnie pięć tygodni od startu w łódzkim maratonie. Pięć tygodni bez treningu! Rozumiecie, pięć! A ta pieprzona łydka wciąż boli... Tydzień temu miałem już nadzieję, że jest w porządku i we wtorek poszedłem potruchtać (OPIS). Po truchtaniu było w miarę, ale czwartkowa dycha nie pozostawiła mi żadnych złudzeń. Cokolwiek sobie tam pod piszczelem wypracowałem, nadal jest i tylko czeka, żebym zaczął biegać...

Sami widzicie, musiałem się poddać. "Chyba jednak pójdę do jakiegoś speca", oznajmiłem M. zrezygnowany, otrzymując na szczęście jej błogosławieństwo wraz z czekiem na okrągłą sumkę. Teraz pozostało mi już tylko "speca" znaleźć. 

Kto, jak nie biegający od siedemnastu lat halowy wicemistrz Polski na 1500 m może wiedzieć lepiej, gdzie iść z kontuzją? Pewnie nikt, pomyślałem i zapytałem Tomka Osmulskiego. Bum!, mam telefon. Miły głos w słuchawce umawia się ze mną na poniedziałek. Za ile, pytam przytomnie? Pierwsza wizyta sto złotych, co na szczęście nie przekracza czekowego budżetu.

Poniedziałek. Jadę. Pan (młodszy ode mnie Pan:) okazuje się być fizjoterapeutą. Oj, niedobrze... Po krótkiej grze wstępnej (co boli, gdzie boli, od kiedy boli, po czym boli) ląduję na stole do masażu, klnąc w duchu na własną głupotę. Oto zaraz wyrzucę stówkę na masażyk, mając w domu fizjoterapeutkę. Wyśmienicie. Zamiast zacząć od USG jakiegoś, czy rezonansu, to ja się będę oklepywał i ugniatał. 

A jak to jakiś uraz mechaniczny? Naderwanie albo krwiak, czy inny stan zapalny? Nie znam się w sumie, ale w takiej sytuacji fizjoterapia ręczna chyba nie jest najlepszym pomysłem...

Kilka minut później moją głowę zaprząta coś innego. To, co wyrabia z moją nogą i kręgosłupem ten facet w niczym nie przypomina klasycznego masażu, znanego mi z zamierzchłych czasów, kiedy to M. była mniej zajęta i wracała do domu w miarę niezmęczona. Chwilami ból jest nie do opisania! Co najciekawsze, nie pochodzi on wyłącznie z bolącego mnie miejsca:)

Wychodzę gdzieś po godzinie. Biedniejszy o darowaną stówkę i trochę zły, bo z... tak, z wciąż bolącą łydką. I umówionym kolejnym zabiegiem w środę! Ale tym razem już za 70zł:) Ale ok, nawet ja wiem, że tylko u dentysty może się poprawić po jednej wizycie.

Jeszcze wieczorem (tego samego dnia i po "delikatnej" sugestii ze strony M.) postanawiam jednak iść do lekarza. Mam szczęście, udaje mi się bowiem umówić już na środę rano. Jak coś wyjdzie panu doktorowi, to z czystym sumieniem będę mógł odwołać fizjo.

Niestety, w środę nic panu doktorowi nie wychodzi. Choć nie, wyszło mu fajne powiedzenie: wie pan, w pana wieku to każdemu po rezonansie kręgosłupa coś tam znajdą... (to w nawiązaniu do mojego badania sprzed dwóch lat, wykazującego trzy przepukliny w samym tylko odcinku lędźwiowym!) Normalnie MISZCZ! Jak Korwin Mikke niemal! I tylko za 130 zł (na szczęście z wliczonym USG)!

Wieczorem znów kładę się na znajomym stole i wciskam twarz w za mały otwór, dzięki czemu łzy mogą sobie kapać na podłogę, zamiast rozlewać się po skaju. Boli tym bardziej, że nie mogę się rozluźnić w obawie przed puszczeniem bąka. Notuję w pamięci, żeby w dzień fizjoterapii nie jeść już cieciorki:)

Znów godzinka i znów wychodzę z... tak, tak, z bolącą łydką. No może trochę mniej, jest nadzieja. Już w samochodzie przychodzi mi do głowy, że może mnie facet chwilowo znieczulił tylko? Może jakiś nerw przerwał? Wtykam palec pod piszczel... o k%$@wa!, cieszę się jak dziecko. Boli! Nie przerwał nic, juhu!

W piątek znów jadę. Jeszcze mi z czeku trochę zostało, więc jak szaleć, to szaleć. A nuż pomoże?

0 komentarze:

Prześlij komentarz

 

Ultra Dystans Copyright © 2011 -- Template created by O Pregador -- Powered by Blogger