czwartek, 15 maja 2014

O tym, jak niemal zostałem instruktorem joggingu

Jakieś dwa tygodnie temu nowy pomysł strzelił mi do głowy: treningi biegowe przygotowujące do piątego pabianickiego półmaratonu. Ze mną w roli instruktora! Pomysł się orgom spodobał, więc pozostała kwestia papierka. Znalazłem kurs, zapisałem się i już miałem wpłacić 6 stówek, gdy... opadły mnie wątpliwości. Poprosiłem więc o poradę mądrzejszych ode mnie.

Uspokajam od razu wszystkich zaskoczonych i zażenowanych: bez obaw, nie odkleiło mi się aż tak bardzo, żeby już uważać się za wystarczająco doświadczonego biegacza do zostania czyimś trenerem. Kiedyś, za jakieś kilka maratonów, ultramaratonów i tysiące wybieganych kilosów to proszę bardzo, ale teraz chodzi tylko i wyłącznie o promocję półmaratonu i biegania w naszym mieście. Ot, takie tam cotygodniowe spotkania w większej grupie, zabawa, trening, ciasteczka dietetyczne, słit focie w plenerze...

Co ja wypisuję!!?! Zabawa? Ciasteczka?? SŁIT FOCIE?!!! Kompletnie mnie porąbało... owszem, chcę się zmienić, chcę nadać memu życiu sens poprzez działanie i robienie fajnych rzeczy, ale czy nie przesadzam? Czy nie powinienem raczej trenować skrycie i potajemnie, by potem ujawnić się i zmiażdżyć konkurencję?

O matko...

Wróćmy do tematu: skoro instruktor, to chyba papier jakiś, nie?, pomyślałem i zacząłem szukać w necie informacji. A tam burza. Bo z jednej strony zawód uwolniony, a z drugiej grzmią, że bez papiera nie podchodź. Co więc robić? Szukać dalej, rzekłem, przyznam bowiem szczerze, że napaliłem się okrutnie na zdobycie legitymacji instruktora i na siłę chciałem znaleźć konkretny powód by ten kurs zaliczyć. Przecież to tak dobrze w CV wygląda. I na ogłoszeniu o treningach bardziej wiarygodnie będzie... ludzie patrzą na papierki, co nie?

Nawet zapisałem się już na konkretny termin w jednej z placówek takie kursy oferujących. I materiały do ściągnięcia oraz przyswojenia dostałem. I nocleg mnie już darmowy oferowano... został jedynie przelew, dwa zjazdy weekendowe i bum! Legitka w kieszeni.

Ale wciąż szukałem. Na blogach, stronach www, forach. Napisałem też do organizatora kursu:

I na koniec sprawa otrzymania tzw. papierka. Czytam i czytam na temat uwolnienia zawodu "trener/instruktor" i coraz bardziej zastanawiam się, czy w ogóle ma sens robienie takiego kursu. Planuję w niedalekiej przyszłości zorganizowanie przy klubie fitness treningów biegowych, oraz organizację zawodów (półmaraton, bieg ultra). Problem w tym, że według informacji nie muszę mieć do tego żadnych uprawnień... będę wdzięczny za wytłumaczenie tej sprawy

od którego dostałem taką odpowiedź (pisownia oryginalna, niestety):

Jesli chodzi o pytanie na temat uwolnienia zawodu instruktora rekreacji ruchowej na który jest Pan zapisany zmiana ustawy nastąpiła w 2010 r, zmieniła jedynie instytuje wystwijacą dokumenty i zasady na ajkich instytucja szkoleniowa może według polskiego prawa wprowadzać taki kurs na polski rynek.

 Numer zawodu zapisanego w ministerstwie pracy i polityki społecznej jak i ustawowy wzór dokumentów które kursant ma otrzymać po zakończniu zajeć jest ten sam co przed zminą ustwy.

 Zaznczam że dokumenty są niezbędne do prowadznia zajęć ruchowo fizycznych z grupą osób. Nie posiadanie uprawnień instruktorskich wiąże się z łamaniem polskiego prawa i naraża ''instruktora'' na konsekwecje karno prawne.

W praktyce zaznaczam że wsztko jest ok do puty nikomu się nic nie stnie bądz nikt Pana nie posądzi o prowadznie zajęć bez posiadania upranień instruktorskich.

Decyzja należy oczywiście do każdego kursanta co z sprawą zrobi lecz według mojej subiektywnej oceny nie narażał bym się za kilka set zł na niepotrzbne konsekwencje związane z brakiem uprawnień zawodowych.

Pomijając pisownię (z trudem niemałym) znów dostałem gwoździa w czoło. To jak, jest karane czy nie?! Uwolnione czy tylko zmieniona "instytuja wystwijacą"?

Ale zaraz zaraz, pogłówkowałem, przecież pisał to, ktoś, kto zarobi jeśli przyjadę, tak? To co ma napisać? Że, a niech to, jest Pan z tych inteligentniejszych, faktycznie wg prawa kursu takiego nie potrzeba? No raczej nie.

Więc postanowiłem napisać do kogoś stojącego po mojej stronie barykady. Sportowca. Biegacza. I zawodnika najlepiej, co by w temacie był bardziej. I napisałem. Do Marcina Nagórka, którego tak oto opisują na stronach Magazynu Bieganie, gdzie pisuje i zamieszcza:

 Biegać zaczął jeszcze w XX wieku. Startuje zarówno w mistrzostwach Polski wyczynowców, jak i amatorskich biegach ulicznych, notując życiówki na dystansach od 100m do maratonu. Marcin od lat współpracuje z "Magazynem Bieganie", pisząc o treningu. Jest autorem najstarszego aktywnego bloga biegowego (www.nagor.pl) w Polskim internecie, aktualizowanego od stycznia 2006 roku. Jako trener osobisty współpracuje z biegaczami z poziomu zarówno początkującego, jak i z wyczynowcami.

Porządny facet. Odpisał:

 Hej Piotrek,
No właśnie w mojej opinii robienie tego nie ma sensu. Nie traktuj tego jako opinii prawnej, bo nie jestem prawnikiem, ale znam parę amatorskich klubów biegowych i organizatorów imprez, i żaden z nich nie ma papierów instruktora. Nawet treningi w grupach typu BBL prowadzą również ludzie bez papierów. Do niedawna kurs był potrzebny, żeby trenowac ludzi w zakładach budżetowych, typu szkoły czy kluby. Teraz nawet to nie jest potrzebne. Chociaż np. PZLA kombinuje jak może i oni wymagają papierów od trenerów kadry, poza tym licencjonują kursy, prawdopodobnie odpłatnie.
Przy wszelkiego rodzaju imprezach robisz precyzyjny regulamin, w którym opisujesz, kto jest organizatorem, kim jest oraz że odpowiedzialność zdrowotna leży po stronie uczestnika. Uczestnictwo w zajęciach oznacza akceptację regulaminu. Dokładnie tak to się robi w biegach ulicznych. Wtedy uczestnik ma świadomość, na co się pisze.
Ja sam myślałem o kursie, ale zrezygnowałem. Jeśli czytałeś co nieco o treningu, choćby Danielsa, to już wiesz 5x więcej niż dowiesz się na kursie. Przede wszystkim to jest kurs instruktora lekkiej atletyki, a nie biegania. To oznacza, że 80% zajęć to są skoki, rzuty, sprinty. Bieganie długodystansowe jest tam ledwo poruszone. Nie wiem jak teraz, ale do niedawna kurs ogólny, wymagany, oraz szczegółowy z dyscypliny kosztował ok. 1500 zł. Jeśli nie masz zamiaru być trenerm kadry lub po prostu podbudowywać wiarygodności w czyichś oczach papierem, według mnie kompletnie się nie opłaca.
Pozdrawiam,
Marcin

Kochane chłopisko oszczędziło mi tym samym dalszego szukania i zaciągania kolejnej pożyczki, bo zrezygnowałem z kursu, nie wpłaciłem, nie pojechałem... Za to czytam. I oglądam masę filmów i filmików w necie. Podglądam Jorneta w górach, Krupickę w lesie i jakiegoś Kenijczyka w Londynie. Słowem uczę się w domu. 

 O samym bieganiu nie wspominając rzecz jasna! 

Co prawda ciężko mi na duszy, bo zostanę bez papiera i elegenckiego wpisu w CV, ale co tam... może kiedyś, jak znów wymóg taki wprowadzą. A jak mnie ktoś zapyta o legitymację, to powiem, że... mam, szkolną, ale zostawiłem w domu:)

3 komentarze:

Prześlij komentarz

 

Ultra Dystans Copyright © 2011 -- Template created by O Pregador -- Powered by Blogger