środa, 7 maja 2014

Pierwszy bieg - Hitchcock się chowa...

Wczoraj był TEN dzień! Z samego rana postanowiłem wreszcie, że pierwszy raz od maratonu pójdę pobiegać! Założę buty, spodnie, odpowiednie majtki i... ogień!!! Koniec z łydkowym terrorem, nie dam się więcej tłamsić, idę biegać. A dziś? No a dziś to już sam nie wiem...
Początek tej historii (tzw. trzęsienie ziemi) znajdziecie TUTAJ

Środa, ósma pięćdziesiąt cztery rano. Otwieram oczy i w myślach układam plan na najbliższe godziny. Do jedenastej luz, potem trzeba jechać po dziecko do dziadków, podwieźć do szkoły, znów luz... Może coś popiszę? 

Nagle przypominam sobie, że dzień wcześniej przyszedł mi do głowy kontrolny trucht wokół Strzelnicy. Przechylam głowę i przez opuszczone rolety widzę, że świeci słońce. Szkoda, przemyka mi przez głowę. W deszcz łatwiej byłoby mi się wymigać.

Mija z pięć minut, a ja wciąż leżę. Sam przed sobą udaję zmęczenie i niemal udaje mi się znów zasnąć. Niemal, bo w głowie mętlik: iść, nie iść. Przecież łydka już nie boli przy każdym kroku. Ile można czekać? Trzy i pół tygodnia wystarczy. Z drugiej jednak strony coś tam w środku wciąż o sobie przypomina. Jakby takie tępe kłucie przy piszczelu pojawia się za każdym razem jak oprę na tej nodze cały ciężar ciała. To może jeszcze poczekać? Do końca tygodnia i wtedy sprawdzę...

W końcu się decyduję. Idę! Wstaję kilka minut po dziewiątej i zasuwam do kuchni. Ciach, pół cytryny wyciśnięte, chlup, trzy łyżki octu jabłkowego wlane, bul bul bul, woda dodana. Trzy łyki i cudowny napój poranny polecany przez samego Richa Rolla już w żołądku.

Teraz ubranie. Na stópki skarpetki z Lidla, na tyłek majtki z Decathlonu, na grzbiet koszulka z maratońskiego pakietu i... o kurde, spodnie jeszcze! Długie, luźne. Też z Decathlonu, czyli Francji. A zamiast wisienki Riboki. Jeszcze tylko Garmin na łapę i jestem gotów. Jest dziewiąta dwadzieścia jeden.

Przed klatką stoję i czekam na satelity. Kręcę z nudów nóżkami, podskakuję, coś tam ściemniam przed sąsiadami, żeby nie myśleli, że do pracy się tak głupio ubrałem. Coś pika. Patrzę, a tu Garmin pyta mnie, czy od ostatniego razu przebyłem setki kilometrów. Nie. A czy dziś jest 7 maja 2014? Tak. Mija kilkanaście sekund i kolejne piknięcie. Jest fix! Ruszam spięty, bo zaraz się wszystko okaże.

Ach to napięcie. Jestem jak ten słynny cień noża na prysznicowej zasłonce. Dźgnie, czy nie dźgnie? Boli, czy nie boli?

Niestety, już od pierwszych kroków utwierdzam się w przekonaniu, że łydka nie jest wyleczona do końca. Pomimo usilnych starań aby lądować jak najbardziej na śródstopiu, to i tak czuję za każdym razem to coś w środku.

Mimo wszystko biegnę. Delikatnie, wolno, wręcz majestatycznie mijam przechodniów na Wiejskiej, potem - przy skrzyżowaniu z Łaską - skręcam w lewo i obiegam Strzelnicę. Wracam. 3600 metrów za mną, a to coś w łydce wciąż drzemie. Śpi sobie spokojnie i choć machnęło parę razy ogonem, to raczej do przebudzenia jeszcze daleko. Czyli nie jest źle, ale czy tak krótki dystans może mi dać jakąś odpowiedź? Zobaczymy w piątek, rzucę się na dychę...   

0 komentarze:

Prześlij komentarz

 

Ultra Dystans Copyright © 2011 -- Template created by O Pregador -- Powered by Blogger