środa, 21 maja 2014

Próg mleczanowy - test z pulsometrem

Arghhhh! BuuuAAA! Yeahhh!... i kilka innych jeszcze mniej przekładalnych na język pisany okrzyków chodzę i wydaję z siebie jak jakiś pierwotny łowca po zabiciu mamuta. Dlaczego? Ano dlatego, że czuję się podobnie1, choć zamiast tony mięcha mam tonę satysfakcji. I jeszcze sporą kupę zwykłej radochy z niesamowitego początku dnia!

Co za dzień, a właściwie to co za poranek! Wróciłem właśnie z treningu, morda mi się jarzy, pogwizduję, śpiewam... czuję się bosko! Ach, te endorfiny... choć to nie tylko one, bo odkąd wstałem mam dziś dobry humor.

Powoli, drobnymi krokami próbuję się przestawić z "nocnego marka" na "porannego ptaszka" (więcej o tym pomyśle znajdziecie TUTAJ). Nie piję już tyle kawy wieczorem, przed snem wychylam kubek przefiltrowanej wody z cytryną i jabłkowym octem2, zasypiam przed pierwszą. I najważniejsze: wstaję z budzikiem! Wiem, że bez niego spałbym do oporu. A tak, dzwoni i wstaję. I zaczynam działać.

Dobra, koniec tego piania o niczym:) Konkrety.

Poranek

W ramach wczorajszego postanowienia o wyglądzie końcówki tego półrocza, zacząłem dziś dzień o 8:30 od trzech kromek chleba ryżowego z miodem. Wyjątkowo zamiast kubka z wodą, octem jabłkowym i cytryną (tak, tak, to samo co przed zaśnięciem), bo w planach miałem poranny test na próg mleczanowy.

Godzinę później pożegnałem syna przed wejściem na lekcję angielskiego i zacząłem rozgrzewkę. Jakieś dwieście metrów do parku Wolności, potem kółeczko alejkami, trochę wymachów, skrętów, krążeń ramionami... No dobra, trening czas zacząć.

Wg planu miałem robić kółka po parku, jednak w ostatniej chwili stwierdziłem, że chyba wolę biegać w miarę prosto. Ruszyłem więc wzdłuż drogi w stronę Dobronia. Tempo Garminek pokazuje 5:10, chyba za szybko myślę, ale czuję się dobrze więc daję. Dokładnie po dziesięciu minutach wciskam przycisk "lap" i pruję dalej. Pruję, pruję... jeszcze jakieś dwie minuty i już wiem, że zacząłem za ostro. A przestrzegał Joe, żeby zacząć powoli, przestrzegał.

Po dwudziestu minutach od startu chcę przestać. Nogi mam jak z waty, słońce - do którego nie jestem przyzwyczajony - wali prosto w twarz, płuca... no właśnie, płuca jakoś dają radę. I serce też. Dość częste zerkanie na wskazanie pulsometru pokazuje, że od jakiegoś czasu tętno mam to samo: 164bpm. Tylko siły brak...

Ostatnia minuta ciągnie się w nieskończoność. Już nawet nie patrzę przed siebie, tylko wzrokiem przyśpieszam sekundy na wyświetlaczu. 55... 56... 57... 58... JEST! Wciskam "lap" i z wdzięczności mam ochotę pocałować ziemię. Jak słynny poseł Siwiec, pamiętacie? :)

Odebrałem synka z lekcji, wróciłem do domu, wziąłem prysznic, zjadłem kilka bananów i... oto jestem! Dotarliśmy do teraźniejszości, przesiadam się więc na czas odpowiedni.

Mam chwilę, więc zobaczmy statystyki.

Mój próg mleczanowy

Według Garmina przez 30 minut i 4 sekundy przebiegłem 5,71 kilometra. Średnie tempo: 5:16. Średnie tętno: 160. Dobrze? Niedobrze? Czas nie powala, ale nie biegałem przez miesiąc, dziś słońce solidnie grzało, a ja wciąż czuję 16 kilosów z poniedziałku. Więc chyba ujdzie.

Ale tak naprawdę najważniejsze jest jedno: średnie tętno z drugiego "lapa", czyli tych 20 minut. Zobaczmy... klik... klik... jeszcze jeden klik... o jest: 163bpm. I to proszę państwa jest moje aktualne tętno progu mleczanowego. Mogę układać bieganie z pulsometrem! TaDa!

Dziękuję, dobranoc...

Słowem wyjaśnienia

Niech będzie, może ktoś skorzysta:) Powyższy test na określenie progu mleczanowego wziąłem z książki Joe'go Friela pt. "Bieganie z pulsometrem". Według niej, próg mleczanowy to najlepsza wartość, według której trzeba układać plany treningowe.

Próg mleczanowy (z angielska lactate treshold, LT) - intensywność wysiłku, po przekroczeniu której następuje wzrost stężenia mleczanu we krwi. Innymi słowy, po przekroczeniu progu mleczanowego produkcja mleczanu w mięśniach przewyższa jego usuwanie w wątrobie.

Określenie progu mleczanowego można zrobić na dwa sposoby: laboratoryjny i terenowy. Ja wybrałem ten drugi...

... ponieważ nie mam kasiory na badania w laboratorium czy jakiejś klinice zdrowia i urody, gdzie piękna pani doktor kłuła by mnie co kilka minut w paluszek, a ja truchtał bym sobie na bieżni wpatrzony w jej wybrzuszony fartuch...

... zdecydowanie tańszy i będący praktycznie pod ręką. Ot, półgodzinny bieg na granicy możliwości plus dwa wciśnięcia guziczka. Proste i łatwe. Aha, trzeba też mieć tabelę z książki, w której odszukujemy swoje tętno LT, a tuż obok wszystkie strefy i zakresy do dalszego treningu. I tak - na moim przykładzie:

dla tętna LT w granicach 161-164

- zakres 1 = <137
- zakres 2 = 137-145
- zakres 3 = 146-153
- zakres 4 = 154-159
- zakres 5 = 164-169
- zakres 5 = 170+
A teraz przepraszam, czas zająć się życiem... :)

---
Przypisy:
1 - autor oczywiście nie ma kompletnie pojęcia, co pisze i najzwyczajniej bredzi. Skąd niby miałby mieć wiedzę o tym, jakie krzyki wydawał pierwotny łowca. (od tłumacza)

2 - autor pisał już o "magicznym napoju biegacza", więc jeśli ktoś chce wiedzieć więcej, to musi zajrzeć TUTAJ

0 komentarze:

Prześlij komentarz

 

Ultra Dystans Copyright © 2011 -- Template created by O Pregador -- Powered by Blogger