wtorek, 10 czerwca 2014

Dycha na Piątkę - górski bieg odhaczony

Tak czekałem, czekałem i... już. Odhaczyłem. Zwyczajnie i po prostu. Mój pierwszy start w górskim przełaju. Ciach, zielony ptaszek. Co następne? Może mistrzostwa świata w leżeniu?!

Tak, jestem zły. Nie, właściwie to jestem wku@!$%ny! Po raz kolejny to głowa okazała niedostatecznie wytrenowana przez co pobiegłem poniżej możliwości. Chciałem powalczyć o 59 minut, a skończyłem z czasem godzina sześć. Żebym chociaż zdychał na mecie! Padł na trawę półprzytomny! Albo wymiotował chociaż... Nic z tych rzeczy. Owszem, spocić się spociłem, serducho waliło, ale nogi miałem całkiem świeże. Pięć minut po przekroczeniu mety mogłem biec dalej. A to chyba nie jest najlepszy objaw jeśli się nie wygrało...

Start

To już druga edycja pabianicko-piątkowiskowej (?) imprezy organizowanej przez pabianicki Klub Biegacza Korona Pabianice. Rok temu startowanie w zawodach w ogóle niespecjalnie jeszcze mnie ciągnęło, o bieganiu po piachu, górach czy lesie nie wspominając. W tym... no cóż, w tym to ja już jestem ultras pełną gębą1, więc zabraknąć mnie na stadione LKS Orzeł Piątkowisko nie mogło!

I nie zabrakło. Nie wiem, czy punktualnie bo nie sprawdzałem, ale niech będzie, że punktualnie o 16 wystartowałem. I od razu...

...błąd numer jeden: zamiast na przodzie to gdzieś w połowie.

Nie żebym wierzył w wygraną, ale skoro chciałem powalczyć o wynik, to ustawianie się wśród teoretycznie słabszych już na starcie nie jest najlepszą strategią. Głowę dam, że Arnulfo Quimare by tak nie postąpił:)

Mini-rundka wzdłuż stadionu i skręcamy w lewo, gdzie czeka nas odcinek prosty jak dwukilometrowy i nagrzany słońcem drut. Na dodatek wysypany żwirem. Świetny wstęp do czekającej nas przygody w górach. Żar, kurz i zgrzyt piachu pod setkami butów. Atmosfera cudna. Po dwustu metrach wybieram wzrokiem swojego zająca i...

...błąd numer dwa: pozwalam mu uciec.

Tak zwyczajnie. W jednej minucie mam gościa w zasięgu kopniaka, w dziewiątej ginie mi gdzieś daleko z przodu. I przez cały ten czas patrzę sobie spokojnie jak się oddala... Słowem, początek końca. Przegrałem.

Proste dwa kilometry mijają szybko i z żużla wbijamy się na wiadukt. Są siły, mijam kilka osób na tym krótkim przecież podbiegu i biegnę dalej. Ha, myślę sobie, opłacało się trenować podbiegi. Łagodne kółko i jakieś 200 metrów do lasu. Skręt w prawo. Punkt z wodą. Biorę. Prawie przebiegam koło swojego dziecka, które stoi z kartką "dopingującą" jeszcze z łódzkiego maratonu. Macham smykowi i... pik!, przebiegając pod dmuchaną bramą z matą pomiarową zaczynam górski etap.

Autor zdjęcia: Piotr Kopka, a ja to ten drugi byk. Drugi od prawej. Jak widać, walczę okrutnie o jak najlepszy wynik...:)

  Góry...

Część górską Dychy organizatorzy wytyczyli na torze motocrossowym (www.cross-piatkowisko.pl) w Piątkowisku, tuż po Pabianicami. I czapki z głów Panowie i Panie!  Przy kolejnym zakręcie (choć znałem trasę z racji wcześniejszego jej znakowania:) przyszło mi do głowy, że już ciaśniej się pewnie nie dało. Było tam wszystko: łagodne podbiegi, długie podbiegi, błoto, woda, piach, trawa, kamienie, ciasne zakręty, strome podejście i równie strome zejście. 

No mówię Wam, miód na nogi każdego górala. Początkującego rzecz jasna, bo tacy Szczypek ze Świerszczyńskim2 pewnie by nie zauważyli nawet, że się teren podniósł:)

Niestety, już podczas pierwszego podejścia zauważam, że popełniłem...

...błąd numer trzy: nie przestawiłem w Garminie opcji i biegłem z włączoną autopauzą.

Cóż zrobić, pomiar czasu szlag trafił:) Co z tego, że ja walczę z trzydziestometrową górką, skoro dla jakiegoś amerykańskiego satelity dwadzieścia kilometrów nade mną stoję w miejscu...

I jeszcze jedna uwaga: w naszym kraju trzeba osuszać trasę biegów przełajowych! Na torze były dwa miejsca ze stojącą wodą. Oba z czerwono-białą taśmą po bokach. I co? I za każdym razem wszyscy (dosłownie WSZYSCY) przełajowcy biegli bokiem. Znaczy za taśmami... Bidulki. Pewnie chodziło o wyprane buciki...

Ja tam biegłem jak Jezus. Po wodzie. Tak jak ten poniżej...

źródło: epainfo.pl
... i Lasy

Etap górski składał się z jednej pętli, którą trzeba było pokonać dwa razy. W przerwie skierowano nas na przymusową regenerację do pobliskiego lasu. I dobrze. Nic nie działa tak orzeźwiająco, jak dwa kilometry w cieniu sosen i szumiących łagodnie brzózek. Nawet wyprzedzać zacząłem! 

Kobietę jedną, ale zawsze:)

A potem był znów wiadukt, znów zakręt i znów dwa kilometry skwaru, żwiru i... a nie, kurzu tym razem nie było. I znów sukces! Po leśnym zmiażdżeniu zawodniczki, tutaj - w pełnym słońcu - zniszczyłem chyba ze trzech zawodników! 

A potem to mnie zmasakrował jakiś dzieciak...:) Tuż przed metą! Rocznik '95! 

Gówniarz jeden. Pewnie w tramwaju też by mi miejsca nie ustąpił...

Wnioski

Głowa, głowa i jeszcze raz głowa. Nie może być przecież tak, żebym na zawodach biegał zachowawczo. I już od początku zastanawiał się, czy dam radę. I martwił o to, że jak przesadzę to pod koniec się porzygam. Albo przewrócę tuż przed metą...

Z drugiej strony to był raptem mój czwarty start, więc muszę wyluzować. Za rok będzie lepiej. Ba! Będzie dużo lepiej! Drżyjcie piątkowiskie góry! :)

Kolejny wniosek dotyczy rozgrzewki, którą zdaje się zaniedbałem. Może jednak warto poświęcić na to więcej niż pięć minut? Bo jak tak teraz analizuję Dychę, to dopiero w lesie zaczynałem czuć się dobrze. Do sprawdzenia.

Przypisy:
1- chyba rzucę tę robotę! "Ultras pełną gębą!", i ja muszę to tłumaczyć... biega chłopaczek pół roku, cudem złamał czwórkę w maratonie, ale się wozi... ura bura szef podwóra... nie wytrzymam. I to za pięć złotych od kartki! (od tłumacza)

2 - Mariusz Szczypek i Kacper Świerczyński, zwycięzcy X Biegu Rzeźnika w wersji Hard Core (ok.105km) - czas:14 godzin i 36 minut. 

0 komentarze:

Prześlij komentarz

 

Ultra Dystans Copyright © 2011 -- Template created by O Pregador -- Powered by Blogger