środa, 4 czerwca 2014

Szukanie swojego tempa, czyli o lataniu w lesie

Dziś króciutko o zakończonym z godzinę temu treningu. 15km po lesie. Tempo średnie 5:25. Późne popołudnie, słońce. Czas: 1:21:23. Słowem przeciętnie. Ale gdzieś w połowie wydarzyło się coś ciekawego. Zacząłem bowiem czuć, że... biegnę swoim tempem.


Cała ta akcja z wypadem do lasu po wczorajszym bieganiu sprintów z oponą odbyła się w ramach doświadczalnego przeciążenia organizmu przed Ozorkowem1. Zgodnie z "planem" postanowiłem bowiem, że przez dwa tygodnie styram się codziennym treningiem, żeby dać kulasom solidny impuls po sześciotygodniowym leżeniu plackiem. Potem przed 50-tką dwa dni luzu i... ogień!

Napiszę tak, lekko nie było. Forma nie pojawi się z dnia na dzień, a ja nie jestem Volverine żeby się regenerować w dziesięć sekund. Ba!, nawet po dziesięciu godzinach - choć nie obolały i kulejący - to wypoczęty raczej nie jestem. Po szóstym kilometrze przyzwoitego tempa w okolicach 5:00 zacząłem zwalniać. 5:10... 5:20... marsz... kolejny kilometr 5:15... znów marsz...i znów bieg...

Bieganie po lesie jest niezwykłe. Naprawdę zostawia się niemal wszystko za sobą i liczy się tylko kolejny krok, zakręt, kilometr. I zwykła radocha... której dziś jakoś nie odczuwałem. Ósmy kilometr zaczynałem zmęczony i z głową wypełnioną myślami typu: "na co mi to?", "a teraz spokojnym marszem w tył zwrot", "nic i tak z tego nie będzie". Niewesoło...

Ale udało się i nie pękłem. Przetrzymałem kryzys i biegłem dalej. Przestałem skupiać się na swoich myślach, a zacząłem na technice. Lekko, lekko, lekko... lądowanie na śródstopiu, szybki wyrzut kolana, łokieć jak tłok w tył, delikatne pchnięcie matki ziemi palcami i od początku... plecy wyprostowane, barki rozluźnione, głowa prosto, wzrok przed siebie, daleko gdzieś za drzewami... oddech spokojny, usta, nos, usta, nos...

I znów ta wizualizacja, że jestem gdzieś na zawodach, że wbiegam na Kilimandżaro (Jornet), że dobiegam do mety w Western States 100 (Jurek), albo że półnagi śmigam gdzieś po Rocky Mountains (Krupicka)...

Dopiero po kilkuset metrach - zdaje się, że był to już dziewiąty kilometr - dotarł do mnie fakt, jak dobrze się czuję! Nie, nie zacząłem nagle biec jak sarna, nie poczułem się pełen sił i energii, ale... coś się zmieniło! Mimo, że nadal byłem zmęczony i raczej wypompowany, to jednak biegło mi się... luźno? Wygodnie? Nie wiem, jak to wytłumaczyć, ale miałem wrażenie, że to nie moje nogi, a protezy jakieś, których sterowanie nie pochodzi z mojej głowy. Samo sterowanie, bo energia moja... Tak, jakby mózg zrozumiał, że i tak nic nie zdziała marudzeniem. I odpuścił. Przestał wysyłać w dół impulsy osłabiające, a zaczął jedynie kontrolować pracę pozostałych narządów. Płuc, nerek, gruczołów potowych.

"Trudno, skoro muszą się ruszać, to niech się ruszają. Co tam we krwi słychać?" - rozumiecie?

A potem wybiegłem z lasu i znów dopadło mnie zmęczenie. Znów biegło mi się ciężko i tylko siłą woli broniłem się przed marszem. Tyle tylko, że tym razem miałem o czym myśleć:)

I choć jeszcze mi włosy po prysznicu dobrze nie wyschły, to już myślę o kolejnym wypadzie w poszukiwaniu tempa...

Przypisy
1 -  14 czerwca startuję w VI Ogólnopolskim Supermaratonie w Ozorkowie - 50 km.

0 komentarze:

Prześlij komentarz

 

Ultra Dystans Copyright © 2011 -- Template created by O Pregador -- Powered by Blogger