sobota, 14 czerwca 2014

VI Ogólnopolski Supermaraton w Ozorkowie - relacja

4:43:32 - tyle pokazał mi dziś Garmin po naciśnięciu pauzy na mecie ozorkowskiego supermaratonu. Dobry bieg, dobra trasa, dobra pogoda. Marzenia prawie zrealizowane. Prawie, bo organizatorom uciekły z dystansu aż dwa kilometry...

Od początku. Na VI Ogólnopolski Supermaraton w Ozorkowie zapisałem się już na początku kwietnia (tuż po pierwszej w życiu połówce, traktując Ozorków jak bieg ultra:). Potem, po pomaratońskich przejściach z łydką chciałem się wycofać (napisałem nawet maila, na którego na szczęście długo nie przyszła odpowiedź). Jeszcze potem zadzwoniłem do organizatora, a w końcu pobiegłem. Dziś. I ukończyłem zgodnie z oczekiwaniami.

Z Pabianic wyjechaliśmy o 7 rano (ja i mój nowy klubowy kolega, którego nie wiem, czy z imienia podać mogę). Z przystankiem po brata kolegi w Ozorkowie byliśmy o 8:15. Wcześnie, ale dobrze - łatwo było jeszcze zaparkować w pobliżu biura. Pakiety skromne: koszulka na ramiączka (całe życie nie lubiłem, ale nie mówię "nie", tylko "może, jak ogolę plecy:), karnet na basen (jedno wejście), ceramiczna płytka z wypalonymi zdjęciami jakichś biegnących ludzi i napój izo.

Tylu sponsorów? Jak, gdzie, kiedy?:)

Było chłodno. Może jakieś 13 stopni w cieniu i 13,5 poza. Na taki dystans - wyśmienicie. Zmartwiły mnie tylko opowieści o nielicznych punktach z wodą rok temu, w wyniku których zdecydowałem się na zabranie izotonika z pakietu. Trochę nieporęczna ta butelka, ale trudno. Lepsze to niż zlizywanie potem wody z liści.

Aha, żeby nie było, że nie uczę się na błędach. Tydzień temu na biegu "Dycha na piątkę" ustawiłem się daleko z tyłu (RELACJA), dziś... w pierwszym rzędzie! To nic, że tam miało to znaczenie. Liczy się fakt parcia ku sukcesom:)

Trzy, dwa, jeden... 

Na początek kilometrowa rundka po trawie wokół Zalewu Ozorkowskiego. Dalej piątka po szutrowo-polnych drogach (z tęgim podbiegiem przy zagajniku w Wiktorowie i wiaduktem nad A2) po czym wpadamy do lasu. To znaczy tuż przed tym wpadnięciem mijamy pierwszy punkt z wodą i bananami (miła niespodzianka).

Zgodzicie się chyba, iż nie ma co opisywać każdego zakrętu, drzewa czy domu. Każdemu powinno wystarczyć, że trasa Supermaratonu jest ładna. Lasy, dukty, ścieżki, szutry, wiejskie kundelki. I wspomniany wiadukt. Jeden, bo wracając biegnie się pod autostradą. Asfaltu może z kilometr na każdą pętlę.
Słowem - maraton niemal przełajowy!

Gdzie te dwa tysiące trzysta dwadzieścia metrów się pytam? No gdzie?!:)

Sama trasa oznaczona była tabliczkami ze strzałkami (przed każdym skrętem) i zwisającymi wzdłuż prostych odcinków kawałkami ostrzegawczej taśmy. Dużej orientacji nie potrzeba, ale przegapić łatwo (zdarza się podobno co roku), więc trzeba uważać. 

Organizacja przyzwoita. Zarówno w bazie, jak i na trasie, gdzie strażacy zatrzymywali ruch na dwóch przecięciach biegu z drogami, a wolontariusze... no właśnie, wolontariusze zasługują według mnie na osobny akapit.

Osobny akapit

Zacznijmy od punktów żywieniowych. Było ich trzy, albo cztery. Na każdym uśmiechnięci ludzie z wodą w butelkach, cukrem w kostkach i bananami w kawałkach. Miło, prawda? To teraz dodajcie do tego kilkanaście (chyba) lotnych patroli na rowerach! No naprawdę, niemal zza każdego zakrętu wyjeżdżał wolontariusz z torbą pełną wody. Można się było kąpać, a już na pewno nie trzeba było jej zabierać ze sobą. Gratulacje!

Przy okazji minus dla orgów - nie można było o tym zawiadomić wcześniej? 

A przy okazji okazji, drugi minus i to dużo większy. Ogólnopolski Supermaraton 50 km z trasą 48km? No bez jaj, kochani organizatorzy! Nie dało się już tego kilometra do pętli dołożyć? Rozumiem, że bez atestu jest trasa, ale dwa kilosy to trochę sporo...

Nawet dyplomu nie chciałem, żeby mi Pani po biegu wypisała, bo opcja była tylko 50. A tyle nie przebiegłem...



Garść suchych faktów
Nie rozgrzewałem się. Choć nie, przepraszam. Podskoczyłem kilka razy i machnąłem nogami. Czyli jednak.

Na śniadanie o 6:45 zjadłem białą bułkę z miodem, banana i dwie łyżki nasion Chia w postaci glutów. 

W drodze do Ozorkowa wypiłem kawę z mlekiem ryżowym.

Na 6km zastanawiałem się przez chwilę co ja wyprawiam.

Na 18km minęła mnie wolontariuszka na rowerze i nie zauważyła, że wyciągam rękę po wodę.
Pierwszą pętlę przebiegłem na samym piciu. Na początku drugiej zjadłem jednego z batonów własnej roboty. Popiłem wodą.

Na 30km wyszło zza chmur słońce, na szczęście szybko się schowało:)

Na 34km się wysiusałem.

Na 36km przeszedłem na chwilę w spacer (jedyny kryzys, jeśli kryzysem to w ogóle nazywać), podczas którego zjadłem dwie kostki cukru z punktu, 5 cm banana i wciągnąłem dwa żele. Plus woda.

Na 43km zacząłem czuć w prawym udzie nadchodzący skurcz czworogłowego (a dokładniej mięśnia obszernego przyśrodkowego), ale, wbrew natychmiastowym wyobrażeniom o leżeniu z krzykiem w trawie, udało się go rozbiegać. Plus woda:)

Podsumowanie

Udany dzień. Ukończyłem bieg na dystansie 48km w czasie sporo poniżej 5 godzin. Średnie tempo wyszło 5:57 (czyli, że gdyby było faktycznie 50km udałoby się złamać 5 godzin). I żyję. Mam się dobrze, spać mi się nie chce (jest 23 wieczór), łydka nie boli. Tak więc, dziś zrobiłem wszystko, co mogłem, żeby zasnąć spokojnie.

No, może gdybym się pobawił po południu z dzieckiem choć trochę...

Tydzień temu bieg górski w Piątkowisku, dziś supermaraton w Ozorkowie, niedługo ultra na Jurze Krakowsko-Częstochowskiej! Raz na tarczy, raz pod tarczą... ech, co by nie mówić, życie bywa niezłe! 

Trzeba tylko się spiąć i działać! 

Mieć o co walczyć. 

A reszta, mój drogi Czytelniku, przyjdzie sama...

0 komentarze:

Prześlij komentarz

 

Ultra Dystans Copyright © 2011 -- Template created by O Pregador -- Powered by Blogger