środa, 2 lipca 2014

III Biegowa Bitwa o Łódź, czyli cudne błoto, woda i radocha

W sobotę, 28 czerwca bieżącego roku, cztery dni temu, gdzieś w Lesie Łagiewnickim, tuż przed godziną piętnastą stanąłem obok olimpijczyka z Pekinu. Obaj rozgrzani, skupieni, gotowi. Przed nami trzynaście kilometrów lasu, błota, wody i rozmaitych przeszkód. Przegrałem o kwadrans...


O III Biegowej Bitwie o Łódź dowiedziałem się dzięki jednemu z moich fejsbukowych znajomych jakiś czas temu. Błoto? Las? Woda? Pod nosem? Bez zastanowienia wypełniłem formularz, przelałem kasiorkę i... zapomniałem. 

I pewnie przespał bym minioną sobotę w błogiej nieświadomości, gdyby nie ten sam znajomy. Tak, tak, ze dwa dni przed startem znów napisał coś o biegu na fejsie:)

I tak oto dzięki osobie, której tak naprawdę nie znam, wziąłem udział w niezwykłej imprezie biegowej. Na dodatek zająłem w miarę przyzwoite miejsce!

Przed startem

Po odebraniu w biurze zawodów pakietu z numerem, izotonikiem, batonem, smyczką od Decathlonu i paroma ulotkami zostawiłem torbę z ciuchami na zmianę w depozycie i z całą rodziną (M. plus O.) ruszyliśmy w stronę startu. Był to całkiem przyjemny spacerek lasem (start około 700 metrów od biura), zakłócony jednak myślami o tym, czy nie zmarznę aby w drodze powrotnej (nie zanosiło się raczej na to, że będę równie suchy, a pogoda była raczej z tych pochmurnych). Bo czego jak czego, ale szczękania zębami po zakończonym biegu nie lubię bardzo...

W strefie okołostartowej czas umilali zawodnikom uśmiechnięci Miejscy Strażnicy na swoich dzielnych koniach (m.in. pokaz jazdy w różnych szykach i robienia kupki indywidualnie), a tuż przed "wystrzałem" rozgrzał nas Piotr Kędzia, który potem zajął miejsce tuż obok... a kogóż ten wysportowany facet i olimpijczyk z Pekinu (7. miejsce w sztafecie 4x400m) mógł wybrać, co? Pewnie, że mnie i wiedział chłopak co robi, bo dzięki temu ma ze mną zdjęcie! :)

Czyżby widział we mnie największego rywala? :)
W biegu
 
W końcu odliczanie i ogień! Od razu zakręt i pierwsza "przeszkoda": mur z kartonowych pudeł, które pierwsi zawodnicy staranowali, a reszta z nas wdeptała z wściekłością w ziemię. A niech mają za swoje mordercy Hanki! Widziałem nawet, że jakiś najwierniejszy zdaje się jej miłośnik to nie tylko deptał, ale i kopał karton przed sobą. Piękna scena...

O. kontra grupa morderców Hani

Po tej małej przekąsce ruszyliśmy całym pędem na danie głównie, czyli...

... pierwszą przeprawę przez zimny staw, w którą władowano nas chyba jeszcze na pierszym kilometrze. Na szczęście dzięki adrenalinie nie było źle, choć przez chwilę woda sięgała mi do brody (czyli jakieś 170cm) i miała może z 10 stopni. 

A potem... potem to już było tej wody jeszcze więcej, tyle tylko, że dodano do niej błoto, pokrzywy, czołganie pod strażackim wozem, bieg z dwoma oponami, skoki przez płotki, słomiane ściany i dwanaście kilometrów więcej biegu po lesie. 


Całość pokręcona jak kabel od słuchawek w kieszeni i tak samo czytelna. Mam wrażenie, że chwilami organizatorzy zlekceważyli trochę trudność biegu i za słabo oznaczyli trasę. Mnie się udało, bo cały czas biegłem za kimś (choć raz przebiegliśmy pod taśmą, którą wolontariusze zapomnieli ściągnąć), ale doszły mnie słuchy o kilku zaginięciach:) 

Czy coś jeszcze pamiętam? Tak, na przykład jeden ze zbiegów do błota (tuż przed mostkiem), które udało mi się pokonać w kilka sekund, podczas gdy kilkanaście osób tkwiło w szlamie do pępka. Rach, ciach bokiem, noga na gałąź, odbicie, swobodny lot, na czworaka i do przodu! Ale jazda...

Albo długi podbieg gdzieś w drugiej połowie trasy. Piękny las, ściółka, lekki wietrzyk, szybszy oddech. To lubię...

Albo krwiawiący lewy sutek, bo głupkowato uznałem, że w koszulce z Lidla nie dam rady się obetrzeć na 13 kilometrach...

Albo zdziwione miny wolontariuszy na KAŻDYM punkcie, gdy pytałem ich, który to już kilometr...

Krwawię i walczę, walczę i krwiawię...
No i pamiętam swój czas! Godzina trzynaście i trzydzieści siedem sekund. 63 miejsce w kategorii męskiej i 65 w kategorii Open (nieźle, coraz mniej dziewczyn biega lepiej ode mnie:).

Czas zwycięzcy, Piotra Kędzi, 57:50, czyli kwadrans lepiej ode mnie. Co robić, trochę się ostatnio trenowało... :)

Podsumowanie

Biegowa Bitwa o Łódź jest określana przez organizatorów jako najtrudniejszy bieg w województwie łódzkim. Być może, nie wiem, nie znam przecież wszystkich innych zawodów, ale nawet jeśli nie jest, to do lidera dużo nie traci. Głównie dzięki zróżnicowanej trasie i przeszkodom. Zarówno tym naturalnym, jak i stworzonym na potrzeby biegu. Za rok znów w Łagiewnikach pobiegnę (jeśli nic nie stanie na przeszkodzie), z tym, że na pewno zrobię wtedy dwie rzeczy, których nie zrobiłem tym razem:

- zakleję brodawki piersiowe lub założę jakiś funkcyjny podkoszulek

- dowiem się, czy będą oznaczenia kilometrów i jeśli nie będzie to zabiorę zegarek.

0 komentarze:

Prześlij komentarz

 

Ultra Dystans Copyright © 2011 -- Template created by O Pregador -- Powered by Blogger