wtorek, 15 lipca 2014

Transjura 2014 - reportaż i relacja w jednym

Tak długo nie zbierałem się do napisania relacji jeszcze nigdy. Nie wiem sam, czy to wina szoku po (nie)udanym debiucie na dystansie ultra, czy może kolejna twórcza zapaść... A może jedno i drugie zbiegnięte w czasie? No nic, najważniejsze, że się udało! Oto Transjura 2014 moim okiem, umysłem i palcem.
  
Transniedosyt

Szóstego lipca o czwartej nad ranem zostałem ultrasem. Po niemal dwudziestu jeden godzinach biegu i marszu ukończyłem ultramaraton Transjura 2014. Trasa Middle. Ponad sto dziesięć kilometrów dróg, pól i lasów. Niebieski Szlak Warowni Jurajskich, upał, deszcz, dwa wschody słońca, jeden zachód. Co czuję? Przede wszystkim niedosyt. I złość, że odpuściłem walkę zanim się jeszcze zaczęła...

Niedziela

Powoli zdejmuję z siebie brudne i przepocone rzeczy. Niemal całkiem goły siadam na zamkniętym kiblu i zabieram się za skarpetki. Ostrożnie, centymetr po centymetrze. Największe pęcherze mam na prawym podbiciu i lewej pięcie. Już. Wrzucam wszystko do torby i wchodzę pod prysznic. Wstrzymuję oddech, gdy zaczyna lecieć zimna woda, ale nic nie zaczyna szczypać i piec, więc polewam nogi, potem brzuch, ręce i plecy. Na koniec głowa. Biały brodzik wypełnia się piachem i brudem...

Piątek

Do Częstochowy docieram kilka minut po osiemnastej. Wielki, wysypany jasnym żwirem plac przed Parkiem Miniatur Sakralnych jest niemal pusty. Parkuję koło kilku samochodów. W cieniu, jak najdalej od słońca. Rozglądam się, ale nigdzie nie widzę biura zawodów. Jakaś dziewczyna idzie wolno przez plac z dużym, turystycznym plecakiem na plecach…

Wtorek

Rano zakładam żółtą koszulkę i robię sobie zdjęcie, które wrzucam na facebooka. Stoję na nim tyłem, tak żeby było widać mapkę Transjury i napis „Ukończyłem!!!”. Wieczorem lubi je dziesięć osób.

Sobota

Gryzę banana i wiem od razu, że kolejny kawałek zwymiotuję. Ohydna papka rośnie mi w ustach, ale przełykam na siłę i padam na trawę. Jest 16:42, dziesiąta godzina od startu, PK 4, połowa trasy. Jarek zaczyna ściągać buty, żeby opatrzyć stopy. Sławek stoi. Uzupełnił wodę, sięga po ciastko, za chwilę będzie już gotów. Staram się nie patrzeć w jego stronę. Może o mnie zapomni? Może machnie ręką na nasze wcześniejsze ustalenia o trzymaniu się razem do samego końca?

Poniedziałek

Spałem trzynaście godzin. Wciąż czuję w nogach zmęczenie, ale nic mnie boli. Nawet pęcherze są już o połowę mniejsze. Coś jest nie tak, myślę, stojąc w kuchni z kubkiem zimnej kawy w ręku.

Niedziela

Czterdzieści kilometrów za Częstochową muszę zjechać na parking. Dopijam kawę z Orlenu i połowę izotonika. Nie pomaga. Nie spałem od dwudziestu czterech godzin, z czego dwadzieścia jeden spędziłem na nogach. Boję się, że zasnę na drodze.

Piątek

Dziewczyna z plecakiem okazuje się być wolontariuszką. Wie jeszcze mniej niż ja. Po chwili udaje nam się znaleźć schowaną za wysokim płotem bazę. Baner „Transjura Meta” dopiero będą na nim wieszali.

Poniedziałek

Są wstępne wyniki! Miejsce osiemnaste na dwudziestu jeden sklasyfikowanych. Dziesięć osób wycofało się w trakcie. Jakby nie patrzeć, to jedna trzecia stawki…

Sobota

A jednak nie zapomina. Zerka na mnie pytająco. Już? Gotowy? A mnie zwyczajnie jest głupio powiedzieć, że chcę jeszcze posiedzieć, że dogonię więc kiwam tylko głową, wstaję, zakładam plecak, łapię garść daktyli i znikamy w lesie. Wielka Góra zostaje za nami. Przez drzewa w ogóle nie widać wzniesienia, na którym przeżyłem właśnie pierwszy dołek. Po kilkuset metrach pęka mi pęcherz na lewej pięcie! Zaczynam utykać, ale już po chwili wiem, że nic lepszego nie mogło mi się teraz przytrafić. Ból otrzeźwia mnie i wyrywa z lekkiego przygnębienia. Kilka kilometrów dalej zaczynamy biec asfaltową ścieżką...

Niedziela

Budzi mnie słońce. Spałem jakieś czterdzieści minut. Wystarczy. Opuszczam szyby i wpuszczam do samochodu świeże powietrze poranka. Z TIRa za mną wysiada zaspany kierowca i powoli idzie w stronę krzaków. Oddaloną o kilkadziesiąt metrów gierkówką przejeżdża co chwilę samochód. Na błękitnym niebie wiszą nieruchomo trzy, może cztery białe obłoki. Mija kilka minut zanim przekręcam kluczyk i powoli odjeżdżam. Śniło mi się, że wciąż jestem gdzieś na trasie i biegnę.

Piątek

Wolbrom. Kilka minut po 22. Wysiadam z busa, którym przyjechaliśmy tu w dziesięć osób z Częstochowy. Baza to mała, przyszkolna sala gimnastyczna. Kilku wolontariuszy leży już pod ścianami, przy wejściu stoją dwa stoły z rozłożonymi bananami, ciastkami i wodą. Odbieram mapki, opis trasy i numer startowy. Agrafki? Młoda dziewczyna rozkłada bezradnie ręce. Nie dojechały. Rozkładam karimatę i śpiwór. Nożem robię w numerze Najbardziej boję się tego, że jutro nie poradzę sobie z nawigacją. Niemal przez godzinę żuję makaron z miodem i kakao, cały czas wpatrując się w kolejne części trasy. Czasem unoszę głowę i przyglądam się innym. Próbuję czytać, ale po kilku zdaniach chowam książkę do torby. Znów patrzę w mapy i czytam opis trasy. Na sali robi się coraz ciszej, czas spać. Kładę się i po godzinie leżenia wstaję do toalety. Nie mogę zasnąć! Za kilka godzin start, a ja całą noc przekręcam się z boku na bok, czasem tylko zapadając w płytkie drzemki...

Wtorek

Wciąż szukam w sobie radości. Tej euforii, którą powinienem przecież czuć po zostaniu ultrasem. Dlaczego się nie cieszę, tylko wciąż myślę o tym, że kiepsko mi poszło? Że trzeba było więcej biec, a nie iść przez niemal 80km? Czego się bałem? Że nie skończę? Że znów źle skręcę, jak w Zdowie albo tuż przed Pikulowym Lasem?

Sobota

Jest już ciemno, za nami ponad dziewięćdziesiąt kilometrów, a my postanawiamy choć przez chwilę posmakować prawdziwego ultra. Biegniemy. Prawie trzy kilometry wąską, szutrową drogą, którą tylko trochę rozświetlają nasze czołówki. Przy kościele w Małusach Wielkich mijamy kilku chłopaków przy zaparkowanym na poboczu aucie. Patrzą na nas zdziwieni, a ja czuję w końcu, że robię coś niezwykłego.


Komentarz

Nie ma przesady w tym, że ukończenie Transjury w ogóle mnie nie cieszy. Wiem, że debiut, że frycowe, że brak doświadczenia... Ale wiem też, że mogłem być na mecie szybciej. Pewnie nawet dużo szybciej. Wystarczyło mieć trochę odwagi, skupienia i chęci walki. Trudno, za rok będzie lepiej. Tak właśnie, za rok! Bo wiem już, że chcę na Jurę powrócić. Starszy, mocniejszy i przede wszystkim mądrzejszy. I już nie będzie spacerów czy podziwiania widoków. O nie, za rok będzie tu tylko pot i krew.

I łzy jak zajdzie potrzeba:)

Bo muszę przyznać, że Transjura mnie zaczarowała. Minął już tydzień, a ja wciąż wracam do tego startu myślami. Wciąż siadam z mapkami i stwierdzam, że naprawdę „strach ma wielkie oczy”. Bo Transjura to nie bieg na orientację i przy odrobinie skupienia można było całą trasę przelecieć bez schodzenia nawet na metr z ustalonej trasy. Wszystkie mylne punkty były opisane, a te kilka miejsc bez taśm i strzałek... cóż, nazwałbym to dodatkowym elementem przygody.

W czasie biegu wydawało mi się, że jest niedopracowany. Że start wypadł jakoś tak blado, bo bez fajerwerków, hostess i paparazzi. Że brak agrafek to kompletna klapa. Że olano nas kompletnie nie zaopatrując punktów w izotoniki, żele i masażystów. Że na mecie nie czekali z kwiatami i suto zastawionym stołem. Że nie zmierzono dokładnie trasy, a przesunięcie PK o cztery kilometry to oczywisty zamach na nasze wytrenowane ciała.

Nie wiem, czy wszystkie te rzeczy były z góry zaplanowane, czy coś zwyczajnie nie wyszło, ale dziś mam wrażenie, że idealnie wpasowały się w zapowiadany przez orgów klimat imprezy:

"Idea TRANSJURY kieruje się w stronę maksymalnej samowystarczalności zawodników i tym samym NIEDOPUSZCZAMY jakiejkolwiek możliwości pomocy zorganizowanej i przygotowanej od osób trzecich."

Mam nadzieję, że w całości tekstu udało mi się uchwycić czar i klimat Transjury, ten szczególny stan umysłu, w którym się znajduję od kilku dni. Wybaczcie, ale nie chcę opisywać każdego kilometra trasy, każdej mijanej skały czy zamku. Nie chcę dokonywać wiwisekcji swojego pierwszego razu.

Chcę żeby zostało jak jest.

A jest... mimo wszystko fajnie.

Zdjęcia

Wolbrom: na pierwszym planie moje stanowisko do nocnego wypoczynku :)
Wolbrom: baza i PK w jednym









Tuż przed Zamkiem Ogrodzieniec
PK 5 Ostrężnik - wg orgów 64km, wg Garmina 73 :)


Nogi część dolna tuż po wpadnięciu na metę - nie, nie mam ciemnych opasek kompresyjnych na łydkach:)


Żółta koszulka finiszera

0 komentarze:

Prześlij komentarz

 

Ultra Dystans Copyright © 2011 -- Template created by O Pregador -- Powered by Blogger