wtorek, 26 sierpnia 2014

1xBabia - Mammut Sky Marathon - relacja cz.. 1

Stało się! W sobotę, 23 sierpnia 2014 roku, wystartowałem i ukończyłem Mammut Sky Marathon. W dziewięć i pół godziny pokonałem niemal 45 kilometrów w poziomie i prawie 3 w pionie. Tylko cudem nie odpadłem już na pierwszym PK i jeszcze większym cudem nie złamałem niczego zbiegając potem z każdego pagórka ile fabryka dała:) Był więc strach, była dramaturgia i, co najważniejsze, była radocha! No i to podsumowanie Jana Wąsowicza w toalecie na mecie: "Aleś sobie bieg wybrał"...


Żeby nie było to zacznę od końca. Pana Jana spotkałem owszem w toalecie, ale zapewniam, że już przy umywalkach!:) Kiwnęliśmy sobie głowami myjąc ręce, po czym wywiązała się mniej więcej taka rozmowa:

Jan Wąsowicz: I jak?
Ja: Super! Świetna impreza! Jestem wniebowzięty moim pierwszym biegiem górskim!
JW: Pierwszym?
Ja: No, pierwszym...
JW: Aleś sobie bieg wybrał... Ja już biegam po górach od czterech lat.
Ja: Fajnie, jak Ci poszło?
JW: Nieźle. Wygrałem...
Ja: Oooo, gratulacje! A jaki czas?
JW: Ech... czas kiepski, bo trasa strasznie trudna technicznie... pięć osiemnaście...
Ja: .... (opadnięta szczęka)

Dramatyczny początek

Nigdy nie chcę już tak zaczynać biegu! Naprawdę! Przecież byłem grzeczny. I odmówiłem po drodze do Zawoi kanapki z szynką, prawda? Więc dlaczego, co? Dlaczego...?

Wiem! To przez te naleśniki z pszenicznej mąki, tak?

Kiwnij głową, jeśli zgadłem...

?

Halo...?

Dramatyczny początek (ciąg dalszy)

Pierwsza ciemna chmura pojawiła się na babiogórskim horyzoncie już w piątek wieczorem, gdy przed biurem zawodów odkryłem, że nie zabrałem z domu wydrukowanych dla całej grupy polis ubezpieczeniowych (do Zawoi pojechaliśmy w czwórkę). Na szczęście w biurze wystarczył podpis pod oświadczeniem, że się NNW wykupiło.

Druga chmura - i to od razu z piorunami - zawisła nade mną kilka sekund przed startem, przybierając postać komunikatu "Przyciski zablokowane", wyświetlanego na moim Garminie. Co jest, k@#!wa!, krzyczałem w myślach przez pierwszy kilometr, próbując jednocześnie wciskać co popadnie na zegarku i nie złamać nogi na mokrych gałęziach. W końcu odpuściłem, skupiając się na butach biegnącego przede mną zawodnika jako że teren od samego początku wymagał solidnej koncentracji. Zdaje się, że nawet uśmiechnąłem się na myśl o tym, jak to wszystko sprawdzałem po pięć razy (poza ubezpieczeniem:), a nie umiem odblokować zegarka...

Oczywiście telefonów ode mnie nikt w rodzinie też nie odbierał :)

No i w końcu nadeszło danie główne. Burza z gradem sztorm stulecia i tornado z rekinami w jednym!

Po raptem czterech kilometrach zgubiliśmy trasę! Piszę "zgubiliśmy", bo nagle jakieś trzydzieści-czterdzieści osób stanęło pośrodku lasu.

"Widział ktoś ostatnio strzałkę?" "A taśmę?" "To wracamy..." "Tu nie ma!" "Tu też nie!" "Tu trzeba biec!" "Stąd przybiegliśmy przecież..."

Stanęliśmy jak te barany  w miejscu z ostatnią widoczną strzałką i żadne z nas nie umiało wykombinować, co dalej. Kilku niecierpliwych pobiegło prosto (nigdy więcej już ich nie zobaczyłem), kilku mniej niecierpliwych zostało.

"Kurwa mać!, gdzie ta trasa?!" "Moim zdaniem prosto, nie w górę." "Słuchajcie, zawsze jest tak, że jak nie ma oznaczenia skrętu, to leci się prosto, nie?"

No i znów kilku pobiegło prosto, ponosząc i mnie ze sobą na fali optymistycznego uniesienia. Hura, biegniemy! Zapieprzamy wręcz, chcąc odrobić te stracone minuty...

Zwątpiliśmy gdzieś po kilometrze. Znów stójka.

"Halo, tu numer 26, zgubiliśmy się, a ja mam tego Waszego garmina, dacie radę namierzyć mnie jakoś i powiedzieć, gdzie jesteśmy i gdzie mamy pobiec?"1

"Garmina?... no nie bardzo... a gdzie jesteście?!"

"@%!$!@ !!! znaczy serdecznie przepraszam, ale nie mamy zielonego pojęcia. Ludzie, którym uruchomiły się zegarki z GPS uprzejmie mi donoszą, że zgubiliśmy trasę zaraz za czwartym kilometrem"

"Czwartym tak?... a mijaliście traktor?"

"@%!&@#*$@! *#@!~*@# !!! po głębszym zastanowieniu chciałbym powiedzieć, że nie wiem, bo nie rozglądałem się na boki, chcąc uniknąć złamania którejś z kości na tym całkiem wymagającym początku trasy, za który przy okazji składam wyrazy szczerego uznania i gorące podziękowania."

"To muszę pogadać z kimś, kto pamięta coś z trasy."

No i pogadał z dziewczyną, której przekazałem telefon i która pamiętała jakiś traktor. Ale i tak dupa. Wciąż stoimy, a zewsząd pojawiają się już głosy, że nie damy rady zmieścić się w limicie 2 godzin na szczycie Babiej. Płakać mi się zaczyna chcieć i już zaczynam rozglądać się za solidną gałęzią, gdy nagle dzwoni mój telefon. Organizator!

"Słuchaj, wszystko by się zgadzało. Jak czwarty kilometr, to jesteście przy literce "r" w słowie "babiogórskie". Walcie pod górę!"

Walka o przetrwanie

I co?! I kolejne taśmy były raptem ze 100 metrów dalej (znaczy wyżej)!2 Ja pier@$!^*!... wystarczyło od razu podbiec dla sprawdzenia kawałek...

Nie wiem, ile osób z grupy zagubionych ruszyło pod górę. Trzy na pewno, w tym i ja. Na resztę się nie oglądałem. Miałem pół godziny straty, jakieś 40 minut i niemal pięć kilometrów (ok. 600 metrów w pionie) do pokonania, żeby móc kontynuować zawody. Byłem wkurwiony do granic możliwości, ale ani przez chwilę nie chciałem odpuścić (choć myśli takie pojawiały się co chwilę). Trudno, pomyślałem w którymś momencie, nie zmieszczę się, to chociaż będzie jakiś trening...

Cisnąłem więc piękną i na szczęście raczej płaską dróżką ile mogłem, byle dalej, byle do tego pieprzonego punktu zdążyć... W dupie z wolniejszym początkiem zawodów, na górze odpocznę, a dalej już dam radę. Do drugiego PK jest pięć godzin, kawał czasu.

I nawet niezłe miałem tempo (w końcu oddzwonił mój brat i podał sposób na odblokowanie Garmina), gdy nagle na ścieżce wyrósł wolontariusz i z szerokim uśmiechem skierował mnie na... wąskie schodki. Koniec biegania? Dobra, luz, powspinam się trochę. Siły są!

O żesz w mordę..., wyrwało mi się z rozdziawionego ryja, gdy jakieś 10 minut później wypadłem zdyszany z lasu, a oczom moim ukazała się... góra! Tak, właśnie! Góra! Wielka i wysoka góra!

A ja debil myślałem widząc przezierające przez drzewa niebo, że za chwilę będę na szczycie...

A byłem w du... znaczy w połowie (jak sprawdziłem już w domu) Perci Akademików.

Zresztą, poczytajcie sami:


Perć Akademików to niewątpliwie najatrakcyjniejszy i najtrudniejszy szlak prowadzący na szczyt Królowej Beskidów - Babią Górę. Szlak rozpoczyna się od Skrętu Ratowników, do którego prowadzą dwie trasy, krótsza i niemal płaska z przełęczy Krowiarki i dłuższa z Zawoi, obok schroniska na Markowych Szczawinach. Decydując się na pokonanie tego oznakowanego kolorem żółtym szlaku musimy wiedzieć, że będziemy mieli do pokonania 545 m różnicy wzniesień, 3072 stopnie, w początkowej części szlaku wykonanych z drewna, trzy dość trudne miejsca zabezpieczone łańcuchami oraz pionową ścianę / Czarny Dziób /, którą pokonujemy za pomocą 6 klamer oraz łańcuchów.

Szlak został wyznaczony 11 czerwca 1925 r. przez Władysława Miodowicza ówczesnego studenta Uniwersytetu Jagiellońskiego i został nazwany "Perć na Babią Górę". Nazwa szlaku jeszcze dwukrotnie się zmieniała. W roku 1926 prof. Kazimierz Sosnowski nazwał go "Percią Taternicką" natomiast dwa lata później, w 1928 r., twórca szlaku nazwał go "Percią Akademików".

Początek trasy zaczyna się na wysokości 1180 m n.p.m (miejsce z uśmiechniętym wolontariuszem:). Od razu idziemy stromo pod górę po schodach drewnianych, a następnie kamiennych. Podczas wędrówki towarzyszy nam do wysokości 1306 m n.p.m. strumyk "Szumiąca Woda", którego źródło znajduje się na wysokości 1450 m n.p.m.

Po pokonaniu kolejnych 190 m dochodzimy do wysokości 1335 m n.p.m., gdzie przekraczamy górną granicę lasu. Od tego miejsca aż do szczytu będziemy podziwiać zapierające dech w piersiach widoki. Na wysokości 1450 m. n.p.m. na naszej drodze znajdzie się półka skalna szerokości około 50 cm, którą pokonujemy przy pomocy zainstalowanych łańcuchów. Dalsza droga to wymagające podejście, które pokonujemy przy pomocy łańcuchów.

Na wysokości 1540 m n.p.m. dochodzimy, do skały zwanej "Czarnym Dziobem", niemal 8 metrowej pionowej skały, którą pokonujemy za pomocą łańcuchów i klamer. Po pokonaniu tej ściany idziemy cały czas pod górę po skalnych schodach. Zbliżając się do szczytu na wysokości 1723 m zobaczymy małą białą figurkę Matki Boskiej, mijamy ją po prawej stronie i jeszcze tylko parę kroków i osiągamy wysokość 1725 m n.p.m. Jesteśmy na szczycie Diablaka.

Na przejście całego szlaku musimy zarezerwować co najmniej 1:30 godz.

źródło: http://www.polskaniezwykla.pl

Mnie udało się w niecałe 50 minut. Na szczycie Babiej byłem o godzinie 11.08.

Osiem minut po limicie.

Z powodu słabego oznaczenia trasy i skarg limit został wydłużony o... dziesięć.

Mogłem biec dalej...

CDN...

Przypisy
1 - tuż po porannej odprawie okazało się, że są dwa urządzenia Garmina, których nie ma kto ponieść i tak jakoś wyszło, że podniosłem rękę najszybciej :) podobno moja pozycja była live w internecie...

2 - na wieczornej ceremonii rozdania nagród organizator nas przeprosił za kiepskie oznakowanie tego fragmentu trasy.
Taki kolaż z trzech zdjęć z mojego Solida. Do startu jakieś 45 minut
Ja, Jakub i Adam... Ludmiła pstryka :) Tuż przed startem

Pole przed startem, za kilka minut odliczanie

Domek pod lipą, nasza noclegownia...

3 komentarze:

Prześlij komentarz

 

Ultra Dystans Copyright © 2011 -- Template created by O Pregador -- Powered by Blogger