niedziela, 31 sierpnia 2014

66 ULTRAWYZWANIE - podsumowanie, czyli studium porażki

Mija właśnie ostatni dzień sierpnia, czyli koniec wakacji, czyli praktycznie koniec też moich przygotowań do wielkiego ultrastartu w Krynicy. Miało być wielkie "bum", a wyszło jak zwykle, czyli dokładnie tak, jak w tym słynnym powiedzeniu o krowie, ryczeniu, mleku i czymś tam jeszcze...

Błagam, niechże mnie ktoś w końcu kopnie w dupę! Albo jakoś inaczej zmobilizuje, nie wiem obieca milion złotych jak się wezmę w garść, bo kopniak - nawet w przyrodzenie - raczej i tak nie zadziała.

Tu już nie chodzi nawet o to, że miały być dwa miesiące treningów i że miałem wybrać się na Górę Kamieńsk i że planowałem biegać min. sto kilometrów tygodniowo. Kontuzji się nie przewidzi. I tak uważam, że mogło być gorzej. Fakt, trzytygodniowa przerwa wszystko rozpieprzyła, ale nie przeleżałem wakacji na tapczanie przecież!

A dieta chociażby?! Wciąż ani jednego wpisu na temat tego, co żrę, jak żrę, i kiedy żrę!!!

A przecież żrę, jakby nie patrzeć, codziennie! I zdjęcia temu żarciu nawet robię!


I na siłownię chodziłem!

To czemu nic nie napisałem...?

Nie wiem.

Nie mam żadnego sensownego wytłumaczenia.

Dwa miesiące minęły mi jak tydzień. Gwizd świst i pozamiatane...

No dobra, bo zaraz zapomnę, że UD to blog o zwyciężaniu, o walce i o radości. Koniec żalów! Stało się i nic już tego nie zmieni. Patrzę w przyszłość, stoję na dziobie swego Titanica, ramiona rozkładam, pęd powietrza... zaraz, Titanic raczej kiepsko skończył, nie?

To może... może... mam!... stoję na dziobie swojej Santa Marii, delikatne promienie słońca oświetlają nowy, nieznany ląd, który już wkrótce stanie się... zaraz, zaraz... to też niespecjalnie się kończy...

Dobra już, sami widzicie, nic się nie układa:)

I nawet podsumowanie piszę już dziś, bo mam całkiem słuszne w moim mniemaniu podejrzenia, że jak nie dziś, to nie napiszę w ogóle...

A więc:

66 ULTRAWYZWANIE - tydzień po tygodniu

Tydzień 1 (wtorek 1 lipca - niedziela 6 lipca)
Wielka kumulacja pierwszego tygodnia - sobotnia Transjura (RELACJA). Jakieś 112 km w niecałe 21 godzin. Całkowicie sponiewierane nogi i stan kompletnego otumanienia umysłowego przez kilka kolejnych dni. Czyżby jakiś syndrom pierwszej setki?

Tydzień 2 (poniedziałek 7 lipca - niedziela 13 lipca)
Dwa treningi: środa - ok. 9km biegu plus dwa podbiegi na górkę w Piątkowisku (TRENING NA GÓRCE); piątek - trening na Rudzkiej Górze w Łodzi plus 3,5km biegu w Sockwach (TEST). Dopiero pod koniec tygodnia powoli zacząłem dochodzić do siebie po Transjurze. Zarówno psychicznie, jak i fizycznie.

Niestety, dotarło też do mnie, że źle dobrałem rozmiar i pęcherz po pierwszym bieganiu w Sockwach był tego właśnie efektem. Wystawione na allegro sprzedały się w dwa dni...

Tydzień 3 (poniedziałek 14 lipca - niedziela 20 lipca)
Cztery treningi: poniedziałek - 20km spokojnego wybiegania (las/asfalt); środa - interwały 10x350x150 (dziesięć razy sprint 350metrów z truchtem 150metrów); czwartek - 14,5km biegu (10km po płaskim, 4,5km po górce w Piątkowisku); niedziela - 10km sprint (ile sił w nogach, tym razem było 50:44, co chyba jest moją życiówką na dychę:)

A, w sobotę pracowałem przy stawianiu słupków ogrodzeniowych. Też się liczy!

Tydzień 4 (poniedziałek 21 lipca - niedziela 27 lipca)
W tym tygodniu miało dojść do wybieganych stu kilometrów. Niestety, los chciał inaczej...
Poniedziałek - 18,5 wybiegania; wtorek - miało być z dziesięć w minimalistycznych butach z Decathlonu, ale na trzecim kilometrze zacząłem czuć ból w okolicach lewej kostki po zewnętrznej stronie, a w połowie piątego kilometra nie dałem już rady biec. Wracając do domu zrobiłem kilkanaście serii wykroków do upadku mięśniowego... ; środa - siłownia (klata, ręce, plecy, brzuch); piątek - siłownia (nogi na maszynach i ponad godzina steppera)

Tydzień 5 (poniedziałek 28 lipca - niedziela 3 sierpnia)
Kostka nadal opuchnięta, zero biegania, jak chodzę to kuśtykam. Na szczęście mogę korzystać ze stepperów, orbitreków i maszyn. A więc siłownia! Poniedziałek, środa i piątek.

W piątek w nocy wyjechaliśmy z M. na dwa tygodnie nad morze. Pod namiot.

Tydzień 6 (poniedziałek 4 sierpnia - niedziela 10 sierpnia)

Od początku kontuzji okładałem kostkę lodem i smarowałem Traumonem. Opuchlizna zeszła tylko trochę i wciąż bolały przy opieraniu nogi na palcach. Dopiero okłady z Altacetu sprawiły, że stan kostki poprawiał się niemal z dnia na dzień! Wciąż nie biegałem niestety, ale w środę pożyczyłem rower i przejechałem 60km w czasie 2:36:08. Asfaltem od Mrzeżyna do Rewala i "góralem" na najcięższej przerzutce. Nie było źle, myślę, że ten triatlon w przyszłości może mi się faktycznie jakiś przydarzyć. Jak się nauczę pływać, rzecz jasna :)


Pierwsze bieganie po kontuzji nastąpiło 10 sierpnia w niedzielę. Dziesięć kilometrów plażą (pierwsza piątka po wiatr), po których zacząłem czuć delikatny ból w kostce. Na szczęście całonocny okład z Altacetu i kilka kolejnych dni przerwy wyleczyło mnie już zupełnie.

Tydzień 7 (poniedziałek 11 sierpnia - niedziela 17 sierpnia)
Środa - ok 20km spokojnego biegu. Zacząłem na parkingu pod Inter Marche w Trzebiatowie, przebiegłem przez Mrzeżyno do Dźwirzyna i z powrotem do Mrzeżyna. Był wieczór, były chmury i pod koniec biegu zaczęło padać. Ależ byłem szczęśliwy, że znów biegam!

Sobota - 14,01km w czasie 1:29:04. Plażą. Wiatr jak dla mnie huraganowy (od Niemców:), wielkie fale zalewające pół plaży i grząski piach. Świetny trening siły, coś mi się wydaje, że mieszkając nad morzem można całkiem nieźle przygotować się do biegania w górach.


Tydzień 8 (poniedziałek 18 sierpnia - niedziela 23 sierpnia)
Ostatni tydzień przed Mammut Ultra Sky Marathon, nie mogłem więc za bardzo poszaleć. Zdecydowałem się na w miarę spokojną dychę w poniedziałek i dziewięć kilometrów w środę. Chciałem więcej, ale chyba zmiana klimatu mnie zamuliła trochę, bo czułem się dziwnie ciężki i wolałem odpocząć.

Sobota - pierwszy bieg górski z prawdziwego zdarzenia! Były przygody, stres i wielki wysiłek. No i niesamowity trening przede wszystkim, bo "zakwasy" odczuwałem jeszcze w cztery dni później.

Tydzień 9 (poniedziałek 25 sierpnia - niedziela 31 sierpnia)
Wtorek - delikatne 7km w 41 minut. Mięśnie ud wciąż bolą, ale uczucie ciężkości nóg mija gdzieś po czwartym kilometrze.
Czwartek - dwadzieścia kilometrów w dwie godziny. Niby żadne szaleństwo, ale i tak zastanawiałem się, czy nie za dużo dla wciąż zmęczonych kulasów. Tym bardziej, że po 13km wpadłem na górkę w Piątkowisku, gdzie zrobiłem pięć podbiegów. Warto zapisać, że miałem wrażenie jakbym wbiegał na "szczyt" mniej zmęczony niż kiedyś... czyżby efekt babiogórskich szaleństw? :)
Piątek - 8km po mieście, z krótką przerwą na siusiu u rodziców. Niby tempo spokojne (czas 47:58 całość), ale pod koniec czułem uda i łydki całkiem konkretnie. Miło...
Niedziela - do tej pory pisałem ten wpis z samego rana. Teraz dochodzi właśnie północ, a ja z godzinę temu skończyłem ostatni trening w sierpniu. Równo 25km w deszczu i wśród błyskawic! Było świetnie, klimatycznie i mocno. Jest siła i coraz realniejsze wydaje mi się złamanie 10h w Krynicy.

Tydzień 10 (poniedziałek 1 września -niedziela 7 września)
Przyszłość, więc w moim przypadku zupełna niewiadoma:) Dziś też było blisko, że nie wybiegnę w ogóle, a skończyło się na jednym z lepszych treningów tych wakacji... cokolwiek wybiegam dłuższego to zrobię to już jutro, najpóźniej we wtorek. Środa pewnie luz, czwartek jakaś spokojna piątka... w piątek będziemy już w Krynicy, połazimy, pojemy makaronu, pooglądamy expo...

A potem trzy dwa jeden start...

Niech moc będzie z Wami!

0 komentarze:

Prześlij komentarz

 

Ultra Dystans Copyright © 2011 -- Template created by O Pregador -- Powered by Blogger