środa, 20 sierpnia 2014

Przed Babią i Krynicą - o treningu, psychice oraz życiu słów kilka

Wakacyjny wyjazd rozmywa się już od trzech dni w oparach przeszłości, a ja wciąż nie mogę się ogarnąć. Niby żadna nowość, ale jakoś nie mogę się przyzwyczaić do tego swojego marnowania życia. Łażenia z kąta w kąt bez celu. Wymówek i uciekania od pracy... Dobrze chociaż, że mogę znów biegać, dzięki czemu jest szansa na realizację ULTRAPLANU. I dobre zawody w najbliższą sobotę. Na Babią Górę!

Przez dwa tygodnie pobytu nad polskim morzem tłumaczyłem sobie, że urlop to czas relaksu. Że zastąpienie betonowego pokoju namiotem, a miasta lasem ma na celu regenerację i odnowę. Że po powrocie nie będę mógł się powstrzymać przed pisaniem, bieganiem, ojcowaniem... No wiecie, życiem na całego.

Dwa dni temu wróciłem.

I dupa.

Nie napisałem nic, a ojcowanie idzie mi kiepsko. Z bieganiem też nie ma szału, bo przecież w sobotę bieg na Babią i nie mogę przegiąć. Muszą mi wystarczyć trzy treningi: w poniedziałek do południa siłownia, wieczorem szybka dycha i dziś coś spokojniejszego. Piętnaście, może więcej, zależy jak będzie. Po poniedziałkowych wyczynach wciąż mam "zakwasy", więc jutro i piątek nic tylko się regeneruję...

A jak bieganie nad morzem?, zapytacie pewnie, chcąc przecież poznać jak idą mi przygotowania do Krynicy.

A tak sobie, odpowiem przekornie, bo nie mam się za bardzo czym pochwalić.

Trening

W momencie wyjazdu wciąż bolała mnie kostka i pierwszy tydzień zakończył się jedną sesją treningową. Na pożyczonym góralu przejechałem najdłuższy (60km) dystans w życiu, który odczułem zarówno w nogach, jak i tyłku (pisałem już, że od września zaczynam naukę pływania kraulem i zbieram na szosówkę? :)

Widział kto słońce nad Bałtykiem?

Wtrącę w wątek słów kilka o kostce i kontuzji. Jak na pewno pamiętacie, od samego początku nastawiłem się na okłady z lodu i wcieranie maści o nazwie Traumon. Przez dwa tygodnie stosowania tej mieszanki nie odczułem zbyt dużej poprawy (chyba, że odmrożenie skóry można wpasować w kategorię "poprawa") i dopiero okłady z altacetu, który kupiłem już nad morzem spowodowały, że w cztery dni ból niemal całkowicie minął, a po tygodniu odważyłem się na pierwsze bieganie (opisane TUTAJ).

I wiecie co? Pomimo ostrego tyrania na siłowni przed wyjazdem (trzy razy w dwa tygodnie) i tych sześciu dyszek na rowerze, po niecałych 6km plaży miałem na drugi dzień naprawdę obolałe uda. A o tym, co się działo po dwudziestce następnego dnia już lepiej nie wspominać... :)

Wakacje biegowe zakończyłem w miniony piątek 14-kilometrowym kawałkiem polskiego wybrzeża, połkniętym w 84 minuty. Coś wspaniałego! Pół plaży pod wodą, dwumetrowe fale, silny wiatr i grząski piasek... trudno o lepszy trening siły.

I znów zakwasy... aż się zacząłem martwić, że może mam czegoś we krwi za mało... albo za dużo, bo przecież zjadłem kilka gofrów, lodów i innych cukrowanych śmieci...

Psychika

Muszę w tym miejscu zaznaczyć, że początek tego wpisu pisałem dziś rano (teraz jest już 20.03) i że od tego czasu humor znacznie mi się poprawił (pewnie przez paczuszkę, którą odebrałem niedawno od kuriera:). Nie znaczy to rzecz jasna, że napisałem w ciągu dnia pięć stron powieści i sześciu wpisów o Ultra Diecie, ale zwyczajnie jest mi lepiej. I dobrze, bo rano byłem kompletnie nie do życia. Bez humoru, bez perspektyw, bez nadziei... normalnie nic, tylko siąść i płakać. Ale...

...było, minęło! Dzień się kończy, a ja wciąż żyję. I piszę, czyli jest nieźle :) I nawet zastanawiam się, czy aby nie popisać więcej, jak wrócę z biegania...

Babia i Krynica

Za dwa dni biegnę w Zawoi. Bieg na Babią, czyli Mammut - Sky Maraton (www.ultrababia.pl). Dystans: 1xBabia, co jakiś miesiąc temu oznaczało 39km i ok. 2km przewyższenia, a dziś to jest już 44,7km w poziomie i 2870 metrów w pionie. I tak coś, co miało być treningiem do Krynicy, takim wstępem do gór, debiutem biegowym niemal, zaczyna jawić się jako całkiem konkretne bieganie. I dobrze!

Co planuję? Przede wszystkim ukończyć w jednym kawałku. Cel numer dwa to czas. Jeśli w Krynicy chcę złamać 10h, to (teoretycznie) muszę tam mieć średnią w granicach 6,7km/h, a to oznacza, że w Zawoi metę powinienem minąć przynajmniej po sześciu godzinach i czterdziestu pięciu minutach. I to uśmiechnięty!

Bardziej interesuje mnie jednak dotarcie pod granicę własnych możliwości, więc planuję skończyć bliżej szóstki. Całkiem ambitnie, jeśli mam być szczery (raptem o godzinę więcej niż połowa limitu), ale biorąc pod uwagę moje dotychczasowe płacze nad zmarnowanymi biegami, to wolę przysiąść gdzieś na trasie, niż na mecie wkurwiać się, że wciąż stoję na nogach.

Paczuszka

I na zakończenie taka sytuacja: ładnych kilka godzin darmowego aero2 przeznaczyłem na szukanie kurtki. Takiej do biegania w górach wiosną i jesienią, w deszczu i we wietrze. Chciałem, żeby była lekka i cienka. I żeby chroniła przed wiatrem, deszczem, błyskawicami, błotem i żeby odprowadzała wilgoć na zewnątrz. I żeby była tania.

I nie znalazłem...

Najbliżej ideału wydawała mi się być kurtka Ronhill Trail Microlite (gwizdek w zestawie!), ale nie znalazłem nigdzie rozmiaru. I wtedy stał się cud! Sklep e-moko ogłosił promocję i takie cudeńko...

Marmot Trail Wind Hoody w całej rozciągłości
... wziął i przecenił z 319 na 223 złotówki! Narody klękajcie! Czapki z głów! Szabelki z pochewek!

I mam. Tak, tak, dziś przyszło we wspomnianej paczuszce... A że od 250zł była darmowa wysyłka, to wziąłem jeszcze taki bajer:

Jeszcze tylko buty i letę!

Skarpety pięciopalczaste SmartWool PhD Toe Socks Micro się toto nazywa i też było przecienione. Kolor? Cóż, nie było innego w moim rozmiarze:)

Przynajmniej będą mi pasowały do wygranych u Krasusa okularów!

Oczywiście recenzjo-testy skarpeciochów i kurtałki zaraz po Babiej!

Już zapraszam

1 komentarze:

Prześlij komentarz

 

Ultra Dystans Copyright © 2011 -- Template created by O Pregador -- Powered by Blogger