środa, 13 sierpnia 2014

Urlop, czyli bieganie po piasku i sztuka omijania deszczowych kropel

Wakacje... urlop nad morzem... woda raz zimna, raz lodowata... chmurki, słońce... czasem burza jakaś taka, że w namiocie robi się basen. Ale jest dobrze, bo przecież nie siedzę w bloku. No i BIEGAM! Krynico drżyj, nadciągam :)

Jeszcze cztery dni temu myślałem, że poza odpoczynkiem od miejskiego blokowiska nic ciekawego mnie na tegorocznym urlopie nie spotka. Że nic nie napiszę, nie pobiegam, nie potrenuję. Dobra, myślałem, w końcu to wakacje, odpoczynek, relaks. Każdy musi przecież wyluzować co jakiś czas, nie? Popuścić zawór, rozprostować nogi, dać odpocząć szarym komórkom...

Na szczęście w poniedziałek zdecydowałem się nieco zmienić ten oklepany już schemat i z drżącym sercem wcisnąłem na ściśniętą elastycznym bandażem stopę but do biegania. Po chwili namysłu założyłem też drugi i powoli ruszyłem plażą w stronę dźwirzyńskiego portu (5,3km od startu, czyli plaży pomiędzy Rogowem a Mrzeżynem). Siła, moc i Posejdon były ze mną. Biegłem jak natchniony!:) Nawet silny wiatr w czoło nie był w stanie mnie powstrzymać, choć skutecznie spowalniał. I dobrze, bo po przerwie nie miałem w planach sprintu, a jedynie ostrożne zbadanie pokontuzyjnych możliwości.

A te okazały się nienajgorsze... Co prawda nieużywane od trzech tygodni w terenie kulasy na drugi dzień trochę bolały, a przy kostce pojawiło się uczucie lekkiego naciągnięcia i bólu (pomimo asekuracyjnej nocy z altacetowym okładem), to jednak już po dniu chodzenia wszystko wróciło do normy.

Trasa idealna... ?

I to takiej, że zdecydowałem się na coś dłuższego. Wczoraj zaliczyłem jakieś dwadzieścia kilometrów wieczornego biegania. Tym razem asfaltem, chciałem bowiem kostkę sprawdzić i na takim podłożu. Wynik identyczny z poniedziałkowym, choć tym razem z premedytacją zrezygnowałem z lądowania na śródstopiu na rzecz całostopia z lekkim naciskiem piętowym.

A propos: ciekawe kiedy będę mógł znów pobiegać naturalnie?

Napisałem "jakieś dwadzieścia", bo garmin działał chyba z pół minuty od włączenia. Nawet trzebiatowskich satelitów nie zdążył złapać:) Cóż, nie pierwszy to i na pewno nie ostatni efekt urlopowego rozprzężenia. Na pewno zdarzy się jeszcze jakiś orientalny goferek1, włoski lodzik czy bałtycka rybka. Albo kielonek ze sfermentowanym zbożem... oczywiście w ilościach ściśle kontrolowanych przez zdrowy rozsądek, wciąż mający nadzieję, na realizację PLANU.

No właśnie, PLAN. Ten mój gigantyczny zryw uśpionej świadomości! Epicka próba na miarę pierwszego zimowego wejścia na Czomolungmę! Historyczne wydarzenie zmieniające na stałe obraz polskich biegów górskich! 66 kilometrów po Beskidzie Sądeckim w czasie krótszym niż 43200 uderzeń serca statystycznego Kowalskiego...2

Wciąż wierzę, że się uda. Na pewno nie mam zamiaru odpuścić i się poddać.

Jutro opona, pojutrze coś dłuższego... A w następną sobotę UltraBabia (www.ultrababia.pl), która w swoim najkrótszym wydaniu będzie prawdziwym sprawdzianem stanu mojej kostki. 

I jeszcze tylko znaleźć jakąś lekką kurtkę, bo Babia ma być mokra.

I zacząć na nowo pisanie książki.

I szkoła angielskiego dla M. i O.

I na ŁUT się zapisać.

I dalej cieszyć się życiem takim jakim jest, a nie myśleć o tym, jakie mogłoby być....

PS. Jako że w tytule pojawiło się coś o sztuce omijania deszczowych kropel, to czuję, że muszę coś o tym napisać. Tak więc... sztuka ta jest mi całkiem obca. Ba, nie wiem nawet czy istnieje! Ale jakoś tak dobrze mi to zabrzmiało więc dałem. I wszystkich rozczarowanych przepraszam...

Przypisy:

1 - Orientalny gofr serwowany jest w jednym miejscu w Mrzeżynie i składa się z gofra, masła orzechowego, orzechów włoskich i cukru trzcinowego. Polecam.

2 - 43200 to liczba uzyskana na podstawie informacji, że ludzkie serce bije średnio 72 razy na minutę, a ja chcę dotrzeć na metę w czasie krótszym niż dziesięć godzin

0 komentarze:

Prześlij komentarz

 

Ultra Dystans Copyright © 2011 -- Template created by O Pregador -- Powered by Blogger