środa, 10 września 2014

1xBabia - Mammut Sky Marathon - relacja cz. 2

Oto i ona! Druga - wymęczona - część relacji z Mammut Sky Marathon, mojego pierwszego biegu w górach. TUTAJ znajdziecie część pierwszą, opisującą moje przygody od startu do pierwszego punktu kontrolnego na szczycie Babiej. Skłamałbym pisząc, że najlepsze przed Wami, ale i tak dalej też było przekozacko!


Niewiele pamiętam ze szczytu Diablaka... jeszcze gdzieś w połowie Perci Akademików przysięgałem sobie, że jak tylko zmieszczę się w limicie to odpocznę, zjem coś, wypiję... a wyszło tak, że nie zatrzymałem się nawet na pół sekundy. Oto jestem sobie 1725 metrów nad poziomem morza, świeci słońce, a ja jak w amoku jakimś mijam wolontariuszy, turystów i jakieś kamienne ołtarze :), by w końcu ruszyć w dół wzdłuż granicy.

I wiecie, co? Nawet nie mam pojęcia, jakie są z Babiej widoki!

Taka determinacja :)

Na Słowacji

Na szczęście z tego powspinaczkowego otępienia dość szybko wyrwała mnie dalsza trasa, której tylko pierwsze sto, dwieście metrów prowadziło szlakiem, by nagle odbić nieco i wpuścić nas w... jagody. Ale nie takie wątłe i malutkie krzaczki, jakie rosną w lasku pod Pabianicami. O nie! Te babiogórskie to gęste, poskręcane i złośliwe krzaczory, które nie tylko maskowały każdy kamień i dziurę w ziemi, ale także podkładały gałęzie pod nogi!

Diablak... fot: Krzysztof Nagacz
Mówię Wam. Trzeba się było nieźle sprężać i jeszcze lepiej wytężać wzrok, jeśli chciało się mieć tempo szybsze niźli wycieczka przedszkolaków na osiedlowej ścieżce.

Przy okazji dziękuję wszystkim zawodnikom, którzy mnie w tych jagodach przepuszczali, umożliwiając ten szaleńczy pęd ku dolinom:)

Coś mi się widzi, że zbiegi i ja mamy się ku sobie, więc jeśli nic się nie zmieni to pewnie w następnym roku wezmę sobie udział w Mistrzostwach Polski w Zbieganiu!

I tak dziś, już na chłodno całkiem, sobie myślę, że chyba tylko dzięki szczęściu początkującego, mimo chwilami naprawdę wariackiego tempa, udało mi się zbiec z Babiej bez większych upadków, otarć, skręceń, złamań i widowiskowego odlotu goprowskim śmigłowcem.

A właśnie, zapomniał bym... znów zero podziwiania widoków!


Ale lećmy dalej.
Niemal równe cztery kilometry (od szczytu Babiej licząc) to ciągły zbieg o różnicy wysokości wynoszącej 855 metrów. I muszę przyznać, że każdy z nich czułem w udach, gdy na chwilę zatrzymałem się przy pierwszym punkcie odżywczym (12km). Mało tego! Już na króciutkim do niego podejściu poczułem, że czworogłowe zaczynają już pierwsze przymiarki do przejścia w stan skurczowy. "Po punkcie zwolnię", pomyślałem, ale okazało się, że nie zbieg mój epicki jest powodem drgań włókien mieśniowych nad moimi kolanami. Otóż przy uzupełnianiu wody w bukłaku uzmysłowiłem sobie także, że w tej walce o limit zapomniałem o piciu.

Mój dwulitrowy bukłak był prawie w połowie pełny! Ponad trzy i pół godziny od startu, wyplute na akademickiej perci płuca, mocny zbieg w słońcu, a ja wypiłem litr płynu plus ze dwieście gram roztworu chia z ręcznej butelki!

Świetnie, co? Lekko przestraszony wlałem więc w siebie kilka kubków jeszcze na punkcie i zjadłem nadprogramową garść rodzynek z bananami, licząc na to, że poprawi to nieco sytuację.

Czy poprawiło? Raczej nie, choć na pewno uratowało przed leżeniem obok trasy i wyciem z bólu w oczekiwaniu na goprowca z kroplówką. Zaraz za PK zaczęło się bowiem podejście na Jedle, które pokonywaliśmy w pełnym słońcu, po gołym, pokrytym tylko niskimi krzaczkami, stoku.


Podejście na Jedle


A jak widoki, spytacie? O dziwo, świetne! Tak, tak, razem z litrem potu wyparowała mi wtedy z czaszki chęć ciągłego gnania do przodu i kilka razy spojrzałem za siebie, w dół i na boki.

Z Jedla zeszliśmy na żółty szlak prowadzący do Huściańskiej Polany (17-18km trasy). Po kolejnej "dzikiej" przeprawie słowackimi bezdrożami miło było zobaczyć kogoś innego. Innego, w sensie nie mającego przypiętego numeru startowego i wzroku zombie:) Tutaj też - dokładnie pamiętam tę uroczą kładkę nad rwącym potokiem - objawy nadchodzących skurczów zaczęły robić się na tyle poważne, że zrobiłem krótki postój na zdjęcie plecaka i dorzucenie do bukłaka trzech kolejnych tabletek elektrolitowych.

I dobrze wyszło, bo już po kilku metrach rozpoczęło się trzecie poważne podejście. Dobrze chociaż, że miałem czym zająć myśli, bo wokół była już cała masa ludzi. Dosłownie czułem się, jakbym wchodził dłuuuugim korytarzem do - co najmniej - łódzkiej Manufaktury!:) Tyle tylko, że tu pozdrawialiśmy się od czasu do czasu, wymieniając przy okazji polskie "cześć" ze słowackim "ahoj", znanym mi jeszcze z bajek o kreciku.

Dzikość serca

A potem zaczęliśmy biec... korytem strumienia. Niesamowity fragment! Po obu stronach zalesione góry, a my środkiem. Trochę po kamieniach, trochę z boku po trawie. Hop, hop, raz ja z przodu, raz dziewczę w krótkich spodenkach... I tak z kilometr chyba.

O, taki właśnie słowacki strumyczek

A potem na czworakach w górę. Dosłownie, żeby wyjść z tego koryta na szlak musieliśmy wdrapać się jakieś trzysta metrów w górę! Jak na moje niedoświadczone oko, to zbocze miało nachylenie rzędu 90%. Naprawdę stromo... Kurwiłem wtedy przeokrutnie, ale dziś dużo bym dał, żeby znów tak się znaleźć.


Na górze kolejny punkt, na którym zjadłem pszenną bułkę (wiem, fuj jak nie wiem, ale w takich sytuacjach nie zjadłbym tylko smażonego mięsa:), uzupełniłem wodę (której już nie miałem w ogóle) i spotkałem Adama (który był ostatni do złapania z naszej pabianicko-łódzkiej paczki).

A potem... a potem to już była Mała Babia, na której złapałem drugi oddech i zacząłem delikatnie przyśpieszać (piękny, bo długi i stosunkowo łagodny zbieg) i Jałowcowy Garb, z którego zbiegałem w samotności tak dużej, że nie chcąc tracić czasu wysikałem się w marszu, i ostatni punkt z żarciem, na którym dałem się wyprzedzić dziewczęciu w krótkich spodenkach, i równie ostatnie podejście do schroniska PTTK Markowe Szczawiny, po którym zaczął się jeden wielki zbieg do mety...

No może nie "jeden wielki", bo dosłownie tuż przed metą, ale naprawdę dosłownie, trzeba było minąć dmuchaną bramę, wspiąć się po łuku ze trzydzieści metrów po stoku na Mosorny Groń i dopiero zbiec do mety, na której czekał drewniany medal, grochówka i plastikowy kufel piwa...

Mission accomplished, sir!

Że co?

Eee... no.. ten... misja wykonana, znaczy.

A, to dobrze. Gratulacje synu. Spocznijcie i idźcie się ogarnąć, bo wyglądacie jak gówno!

Podsumowanie

Start w Mammut Sky Marathon zaliczam do NWŻ (Najważniejszych Wydarzeń Życia). Niesamowite zawody z wymagającą, trudną technicznie trasą. Wiem, że nie mam z czym porównywać bo to moje pierwsze górskie bieganie. Ale umiem czytać i słuchać, a sprawdźcie sobie sami, ile w necie o tej trasie już napisano. Albo zerknijcie chociaż na chaszczokowy profil na FB: TUTAJ

Plują jadem niektórzy, co? Fakt, najwięcej pretensji mają Ci, którzy startowali w 6xBabia i 3xBabia, ale paru miauczków z "jedynki" też znajdziecie. A to, że medal taki drewniany (fakt, napisy mogłyby być na przykład wypalane, a nie stemplowane), a to że drzewa miały gałęzie, albo że góra była zbyt stroma, a trasa nie prowadziła szlakiem tylko bokiem...

A zresztą olać to. Nie chce mi się tracić czasu na analizowanie takich pierdół. Czyjś problem, czyjaś sprawa. Mnie się podobało i do Zawoi najchętniej wróciłbym już za dwa tygodnie, bo Chaszczok i spółka organizują Mammut - Bieg na Babią Górę. To już trzecia edycja tego biegu w stylu alpejskim i łezka w oku mi się kręci, że mnie tam nie będzie...

0 komentarze:

Prześlij komentarz

 

Ultra Dystans Copyright © 2011 -- Template created by O Pregador -- Powered by Blogger