poniedziałek, 29 września 2014

O zmuszaniu się, głowie i przyjemności biegania

Znowu całą sobotę łaziłem i kombinowałem, jak tu nie pobiegać. Rano za mało słońca, w południe za dużo, pod wieczór znowuż za dużo cieni w lesie... I nagle, gdzieś tak koło dwudziestej wstałem i wyszedłem. I wróciłem po godzinie mając za sobą jeden z najmilszych biegów, jakie pamiętam. I bądź tu mądry...

Żeby mi się chciało tak, jak mi się nie chce... głosi przysłowie i czasem mam wrażenie, że stworzono je specjalnie dla mojego przypadku. Bo chwilami to już sam się zastanawiam, po co ja biegam? Ani to przyjemne jak głoszą świeżo nawróceni na biegologię wyznawcy, a przynajmniej ja jakoś na endorfinowym haju nie wracam do domu. Ani zdrowe, bo chwilę coś mnie boli... o, jak teraz na przykład, po tej niepełnej setce, co to ją niemal wybiegałem osiem dni temu: coś mnie trochę boli w kolanie prawym i nawet bardzo boli z przodu nogi, tak na dole, w miejscu, w którym łydka łączy się ze stopą. Dzień po biegu to nawet mi napuchło trochę...

A potem przychodzi taka chwila, że wstaję, zakładam spodnie i buty do biegania i wychodzę. I biegnę swoim świadomym stylem, znaczy wczuwam się w każdy mięsień, stopę każdą, i ruch najmniejszy nawet małego palca w bucie, i wybiegam za miasto, i nagle czuję, że jestem innym człowiekiem, że to wkurwiające kombinowanie zostaje gdzieś daleko z tyłu, że życie nabiera sensu i że mój Niewiarygodny Cel2 jest niesamowicie fajny, podobnie zresztą, jak i cała droga, którą muszę przebyć, aby go zrealizować...

Aż mi się nie chciało wracać do domu i gdy już wróciłem, to żałowałem, że tylko dychę machnąłem, choć na pocieszenie miałem czas widoczny na zegarku, który świecił do mnie przyjaźnie: 54:12. Phi, pięćdziesiąt cztery minuty, dycha?, parsknąłby niejeden kołek nadęty, ale dla mnie to znak, że szybkości przez bieganie ultra nie tracę, bo przecież ta dyszka to była dyszka z czołówką, częściowo po lesie i z dwukrotnym podbiegiem pod piątkowiskową górkę, i z przerwą na szczycie na siusianie, i to takie siusianie długie, z głową uniesioną i oczyma wpatrzonymi w niebo upstrzone gwiazdami.

I jak tu nie lubić biegania? Albo, żeby dokładniejszym być, jak tu nie lubić wychodzenia z domu?

A dziś znów się zmierzcha, znów zerkam na czołówkę i buty do biegania, znów mi się nie chce, ale wiecie co? Napisałem ten tekst i... lecę! Zachciało mi się znów zobaczyć ten uciekający w plamie światła kawałek asfaltu i leśnej ścieżki, te gwiazdy mrugające, poczuć te krople potu na czole i napompowane łydki...

Do zobaczenia na szczycie!

Przypisy

1- W pierwszej chwili pomyślałem, że to pewnie przyczep mięśnia piszczelowego przedniego, albo innego jakiegoś dźwigacza palucha - w końcu lekko licząc z 50 tysięcy razy stopę w tamtą sobotę unosiłem - ale teraz myślę, że to może być uszkodzenie/podrażnienie troczka górnego prostowników (extensor retinaculum). Pzypadłość kiepsko po naszemu opisana, w englisz nieco bardziej, co nie zmienia faktu, że okłady z altacetu na nią działają. Opuchlizna zeszła po dwóch dniach, biegałem po trzech, po tygodniu wciąż czuję, ale tragedii nie ma :)

Właśnie znalazłem taki oto wpis na blogu Brodniczanin Biega: Zespół mięśnia piszczelowego przedniego - ofiara własnej słabości (TUTAJ), w którym wyczytałem co następuje:

Innym bodźcem powodującym kontuzję może być zbyt ciasno wiązany but biegowy...

 Pamiętam, że kilka razy podczas zawodów luzowałem wiązanie sznurówek w obu butach, więc by się zgadzało. Czyli jednak nie troczek? :)

2 - tak, tak... czytam właśnie książkę Erica Ortona pt. Niewiarygodny Cel, jak biegać świadomie i muszę przyznać, że jest dobra. Może nie tak dobra, jak Urodzeni biegacze, w których się Eric pojawia, ale też dobra. Recenzja wkrótce!

0 komentarze:

Prześlij komentarz

 

Ultra Dystans Copyright © 2011 -- Template created by O Pregador -- Powered by Blogger