piątek, 26 września 2014

UltraKółko, czyli jak raz wygrałem i dwa razy przegrałem w tym samym biegu

12h z Koroną. Charytatywny, dwunastogodzinny bieg po pętli o długości ok. 1300 metrów. Startowałem z założeniem, że łamię setkę. Zabrakło dwóch kółek, ale na osłodę wygrałem kategorię mężczyzn. Za to w open miazga... trzecie miejsce! Tak, tak... za dwiema kobietami... :(


Od dawna już czekałem na te zawody. Bo nie dość, że pod nosem dosłownie, to jeszcze takie niecodzienne ultra.
To dopiero wyzwanie dla mózgu, myślałem, wyobrażając sobie bieganie przez pół doby po tak krótkiej pętli. Przecież ja na Lewitynie1 się prawie wychowałem, a nawet gdyby to było inne miasto, to po pierwszym kółku już i tak co chwilę wchodzi się w ten sam zakręt, mija to samo drzewo, ten sam kamień... Nawet wędkarz ten sam, choć patrzy coraz mniej przyjaźnie :)

 Bo o nogi, czy płuca to nie martwiłem się zupełnie. Odciski mi niestraszne, a zadyszki w tempie 9 kilometrów na godzinę też się raczej nie łapie. Co najwyżej się w marsz przechodzi, jak nóżki chcą odetchnąć...

Tak, ciekawiła mnie wyłącznie głowa i jej reakcja. W końcu bieganie jest moją terapią, nie? Trzeba więc tableteczki, proszki i płyny do lewatywy zmieniać, żeby się organizm nie przystosował. Bo z szarymi komórkami jest jak z włóknami w mięśniach: tylko zróżnicowanie gwarantuje postępy...




UltraKółko

Tak kiepskiego tygodnia przed zawodami to jeszcze nie miałem. Zabieg O. w szpitalu (migdałki), siedzenie całą środę na oddziale, jeżdzenie do Łodzi po dwa razy dziennie... A i w pracy jak na złość nazbierało się pakowania książek tyle, że w piątek wróciłem do domu dopiero po 21.

A gdzie relaks jakiś? Wyciszenie z książką? Sen długi i regenerujący? Spokojne pakowanie torby, pieczenie batonów, gotowanie makaronu...?

No nie tym razem na pewno, choć i tak udało mi się przespać kilka godzin, zanim budzik zadzwonił za dziesięć szósta. Kawa z mlekiem sojowym na śniadanie. Jakoś nie mogłem zmusić się do zjedzenia naszykowanego przed zaśnięciem śniadania mistrzów: jajecznicy z makaronem amarantusowym, miodem i kakao... To nie połówka jakaś, zjem coś w trakcie, pomyślałem taszcząc do samochodu torbę z 5-litrowym izotonikiem z Litorsalu, bananami, rodzynkami, masłem orzechowym, tubkami z nasionami chia i "galaretkami" isostara.

Fot.: www.epainfo.pl


Gdy dotarłem na miejsce, w bazie panował koleżeńsko-uśmiechnięty harmider. Wszyscy jakby się znali i jeszcze lubili na dodatek. Uśmiechy, uściski, buziaki nawet... Zupełnie jakby zaraz miał się zacząć mecz w piłę z kumplami, a nie ultrabieganie. Fajnie tak jakoś jest, myślę, rozglądając się wokół i ciesząc się, że biegam, bo gdyby nie bieganie, to wiem, że właśnie przekręcałbym się na drugi bok, drapiąc po obwisłym brzuchu...

Kilka minut po siódmej ruszamy. Pierwsze kółko prowadzi Michał, pomysłodawca imprezy i jeden z moich rywali. Tak tak, może i uśmiecham się do wszystkich, może i zmieniam na lepsze, ale ja tu jestem, żeby powalczyć! Nikt mnie na cmokanie nie weźmie, jest bieg, jest walka. HUA! :)

Pogoda świetna. Ciepło tak, że jeszcze przed biegiem zdjąłem wiatrówkę i zacząłem w samej koszulce z Babiej i podkoszulce z decathlonu ( i tak skończyłem). A w ciągu dnia więcej chmur niż słońca, zero deszczu (który zapowiadały wszystkie prognozy w kraju) i co chwilę zacieniona aleja:) Miodzio...

Cieszę się, bo jeszcze do mnie nie wszystko dotarło :)

A nie, przepraszam: zapomniałem o muszkach. Tych małych, wrednych owadach, które nie dość, że siadały mi na twarzy, głowie, rękach i koszulce, to jeszcze co chwilę pakowały się do oczu i gardła. Chyba z pół grama ich połknąłem, a nie jem mięsa przecież! :) Zgroza jakaś...

I tak sobie biegłem od początku, trzymając przez pierwsze chyba trzy godziny prędkość średnią na poziomie dziesięć na godzinę, potem nieco zwalniając, potem jeszcze trochę, i jeszcze... i nic mnie nie ruszało. Ani cyborg jakiś co dublował mnie co dziesięć minut (bo wiedziałem, że pyknie 50 i kończy), ani ta sama trasa co osiem, ani ból w lewej łydce (nigdy już, k$#@!wa, nigdy nie biegam z obciążnikami na kostkach), ani ból w prawym kolanie... no nic! Nawet te muszki polubiłem w końcu, tylko pluć zacząłem zamiast połykać :)

A jak mało zjadłem! Rekord chyba pobiłem w stosunku kalorii spalonych do przyjętych, bo ile mogą mieć dwie garście rodzynek, trochę makaronu z jajkiem, miodem i kakao, kilka żelków isostara, trzy banany i cztery litry izotoniku? Półtora tysiąca? Niech będzie, że dwa, a garmin wyliczył, że spaliłem siedem...
Ah, ten garmin... dwa razy próbowałem oszukać, ale wędkarze krzyczeli, że biegnę po wodzie :)


Pierwszy puchar i gorycz porażki

O tym, że prowadzę wśród facetów dowiedziałem się na półtorej godziny przed końcem biegu. Ja!? Naprawdę?! O w dupę, super, pomyślałem i - wiedząc kto może mi zagrozić - robiłem już wszystko, żeby podium nie oddać.

I nie oddałem. Wykręciłem 76 kółek, co dało dystans 97,28km, I miejsce w kategorii mężczyzn, pierwszy w życiu puchar i miesięczny karnet na siłownię. Hip, hip... hura...

A dlaczego nie wygrałem open? I nie złamałem setki? Cóż... głowa, Panie, głowa... I nie przez znużenie ciągłym bieganiem w kółko, bo to akurat nie sprawiło mi żadnej trudności, ale przez... nie wiem dokładnie... przez brak motywacji może... dwóch kółek mi zabrakło do setki. Dwóch! Piętnastu minut mniej więcej. A raczej jedenastu, bo ostatnie kółko zamknąłem na cztery minuty przed upływem czasu, wiedząc, że pełnego już nie zrobię...

A co do open i tych dwóch dziewcząt/kobiet to co ja mam napisać? Lepsze były i tyle. Do Mileny brakło mi 6 kółek, do Alicji 5... Czy były w zasięgu? Nawet jeśli to i tak nie ma to już znaczenia. Nie lubię gdybać, trzeba tylko wyciągnąć wnioski. A tych jest JEDEN.

MOTYWACJA - oto klucz do sukcesu. Tajemna siła pchająca zwycięzców... Magiczny środek na zwątpienie...

Dwa kółka... ech... i znów zamiast się cieszyć, to ja zgrzytam zębami wkurwiony... a może ze mną coś nie teges jest? Może powinienem się cieszyć, tańczyć i radować? Pieścić swój pierwszy puchar przed zaśnięciem?

E tam! Za rok wam pokażę...

Słit focia na dobranoc


O biegu

Zasady biegu są genialne w swojej prostocie: zapisujesz się, wpłacasz, startujesz. Rozpoczęcie biegu: siódma rano, koniec: siódma wieczorem. Kto nie chce bić rekordów może zacząć o dowolnej porze, byle zdążył choć z jednym okrążeniem. Tyle trzeba, żeby zostać sklasyfikowanym. W trakcie można spać, siedzieć, a nawet iść do domu na obiad, pojechać z rodziną do kina czy poczytać książkę. Bieg wygrywa osoba z największą ilością pełnych kółek. W tym roku cały dochód z wpisowego został przekazany na pomoc dla chorego Mateusza Kubickiego...

Przypisy:

Lewityn to funkcjonująca wśród mieszkańców Pabianic nieoficjalna nazwa terenu rekreacyjnego należącego do Miejskiego Ośrodka Sportu i Rekreacji. Na ogrodzonym terenie istnieją trzy stawy, kąpielisko, odkryta i zakryta siłownia, restauracja i stojący wciąż budynek z toaletami, które do dziś jeszcze pojawiają się w moich nocnych koszmarach, po tym, jak wiele lat temu wszedłem tam jako dziecko, żeby zrobić kupkę...

0 komentarze:

Prześlij komentarz

 

Ultra Dystans Copyright © 2011 -- Template created by O Pregador -- Powered by Blogger