poniedziałek, 8 września 2014

Ultramaraton 66K Krynica-Zdrój - górski bieg marzeń

Zrobiłem to! W dziewięć godzin, trzydzieści sześć minut pokonałem trasę Ultramaratonu 66k w Krynicy-Zdrój. Miejsce w open: 89. To był dzień, w którym wszystko zagrało niczym w wiedeńskiej operetce. Sprzęt, siła, wytrzymałość i psychika wspólnie zamieniły mnie w idealną maszynę do górskich biegów! :)



Jeżeli po Babiej miałem chwile zwątpienia co do mojego biegania po górach, to po Krynicy chodzę jak nakręcony! Góry, ultra, bieg, góry, trening, buty, ultra, wyścig... od wczoraj nie myślę o niczym innym tylko o kolejnym starcie. Zastanawiam się, czy już dziś trenować, czy tylko delikatnie rozbiegać wciąż obolałe nogi. Martwię się butami, bo nie wiem, czy są dobre na tak długie dystanse. I jeszcze te kijki! Kupić czy nie?!

I tak w kółko... jak nie jedno, to drugie, a potem trzecie... prawie czuję i słyszę ten szum wewnątrz czaszki!:) Jakby mi ktoś włączył wentylator między uszami :)

Festiwal

Jako że UD to nie jest blok wydarzeniowo-kulturalny to pozwólcie, że oszczędzę Wam szczegółów dotyczących samego festiwalu. Bo że jest to impreza przeogromna, ściągająca tysiące ludzi to raczej wiecie. Że można w jej trakcie biec obok celebrytki (mnie ominęło) lub jechać z mistrzem olimpijskim w jednym wagoniku na Parkową (mnie nie ominęło) pewnie też wiecie. To samo tyczy się ilości różnych biegów, sumy nagród, imprez towarzyszących, ilości rozdanej wody mineralnej czy ilości ludzi na wieczornej, nie wnoszącej zbyt wiele nowego, odprawie...

Pominę również opisy samej Krynicy, do której dojechaliśmy nieco po dwunastej w piątek (ja z M. i O. plus Maciek), deptaku, po którym już kręciły się setki ludzi, Bulwarów Dietla, po których biegali już młodzi uczestnicy Biegu Małopolski, uliczki z zakazem parkowania, na której ledwo znaleźliśmy miejsce, świecącego słońca, grającej muzyki, tłoku przy odbieraniu pakietów, stoisk na targach, naleśników z nutellą, szykowania ubrania i sprzętu przed spaniem, wczesnej pobudki, kawy i ostatniej wizyty w toalecie...

Bo wszystko to już wiecie, znacie, cenicie... Prawda?

Ultrapobudka

Że będzie dobrze wiedziałem od chwili, gdy obudził mnie ustawiony na 1:30 alarm w telefonie. Pomimo niecałych trzech godzin snu (ale naprawdę snu, a nie nerwowego przewracania się z boku na bok jak przed Transjurą czy Babią) wstałem świeży, zwarty i gotowy do walki. Popijając kawę zagryzaną bananem i dwoma batonami własnej roboty, powoli ubierałem się w swoją ultrazbroję, a podniosły, przedbitewny nastrój psuły tylko jęki mojego dziecka, które zmusiłem do wstania i towarzyszenia mi na krynickim deptaku :)

Na starcie byliśmy wszyscy gdzieś koło 2:30. To mój pierwszy raz w nocy i przyznaję, że widok skoncentrowanych ludzi, którzy niczym wygłodniałe wilki wyłaniają się powoli z każdej strony śpiącego miasteczka, zrobił na mnie duże wrażenie. Szkoda, że cały start nie odbywał się w takiej "poważnej" atmosferze, bo jak dla mnie to cisza i skupienie byłyby o niebo lepszym uzupełnieniem atmosfery niż głośne gadanie i żarty konferansjera...

Pierwsi (równo o godz. 3) startowali uczestnicy Biegu 7 Dolin i Iron Run'a. Uściskałem Maćka i już po chwili sam musiałem przeciskać się do linii startu, jako że siusianie pod świerkiem opóźniło nieco moje wejście za barierki:)

Trzecia dziesięć. Odliczanie, wystrzał, lecimy!

Sobotnie oczekiwanie...

Cicha noc, piękna noc...

O ludzie... i jak ja mam Wam opisać to uczucie, gdy niemal trzysta osób rusza w środku nocy ulicami śpiącego miasta, by po dwóch kilometrach wbiec w świetle czołówek na gruntową drogę? Gdy te trzysta osób rozciąga się w długiego, drgającego świetlnego węża, którego ogon widzi się chwilami gdzieś daleko z tyłu i daleko w dole? Gdy trzeba być maksymalnie skupionym na tej plamie światła, która przesuwa się tak szybko, że leżące w poprzek wąskiej i błotnistej ścieżki drzewo widzi się dosłownie w ostatniej chwili? Gdy oprócz własnego oddechu słyszy się jedynie dobiegające z tyłu i z przodu trzaski gałęzi i chrzęst kamieni pod terenowymi butami? Gdy pomiędzy drzewami pokazują się gdzieś w dole małe światła opuszczonego przed godziną miasta, a w górze widzi się miliony gwiazd? Gdy po dwóch godzinach biegu zaczyna się widzieć coraz więcej dokoła, z mroku wyłaniają się kolejne drzewa, a ścieżka nie jest już tylko tą samą jasną plamą? Gdy z każdym krokiem człowiek staje się szczęśliwszy? Bardziej spełniony...

Albo jak opisać Wam ten niesamowicie stromy, wąski i pełen błota zbieg tuż przed Rytrem, na którym leciałem w dół na łeb na szyję, ciesząc się jak dziecko za każdym razem, gdy ktoś patrzył na mnie jak na idiotę? A to dziewięciokilometrowe podejście na Wielką Przehybę? To, które niemal mnie zmiażdżyło psychicznie, bo po pierwszej łatwej połowie biegu widziałem już w duchu jak łamę na mecie osiem godzin?

A jak opisać Wam to uczucie nagłej energii, mocy prosto z kosmosu, która pojawia się w ułamku sekundy i powoduje, że tracicie na punkcie tylko kilka minut na uzupełnienie wody, łapiecie garść rodzynków i zaczynacie ostatnie 22km w tempie 5 minut na kilometr? Tę wolę walki, która za każdym razem gdy macie ochotę zwolnić to powtarza Wam jak mantrę: jak nie teraz to kiedy?

A jest przecież jeszcze to uczucie satysfakcji, gdy wraz z upływającym czasem upewniacie się, że wszystko będzie dobrze. Że głowa daje radę, brzuch nie boli, srać i rzygać się nie będzie, że nogi dociągną i że nic już nie stanie na przeszkodzie...

Ale co z bólem poobijanych w końcu palców u stóp, słabnącymi mięśniami ud i rozgrzanym chodnikiem w Piwnicznej-Zdrój na ostatnich dwóch kilometrach? Co z olbrzymim rozczarowaniem, jakie mnie ogarnęło na mecie, gdy zorientowałem się, że nie ma moich bliskich? Co z bułką z serem, którą ugryzłem i od razu chciałem ten kęs wyrzygać?  Co z tymi długimi minutami, gdy siedziałem na jakimś kamiennym murku i patrzyłem lekko zamulony na wbiegających po mnie zawodników? Co z drogą powrotną autokarem, w którym usnąłem smutny i samotny...?

Niedzielne spacerkowanie...

Podsumowanie

Dwa miesiące temu po Transjurze wymyśliłem 66ULTRAWYZWANIE, co miało być terapią na fatalne samopoczucie po niemal całkowitym odpuszczeniu walki na pierwszej w życiu "setce". Chciałem zrobić te 66 kilometrów w mniej niż 10 godzin.

Na mecie Babiej zastanawiałem się, czy Krynicy nie odpuścić całkiem. Mimo ukończenia sporo przed limitem czułem się przez góry starty na proszek. Na szczęście zmęczenie psychiczne trwało krócej niż psychiczne i przed Krynicą udało mi się jeszcze sporo pobiegać.

A w Krynicy? W Krynicy odniosłem swój - jak na razie - największy sukces, udało mi się bowiem sprawić, że tym razem głowa pracowała na równi z nogami. Złamanie dziesięciu godzin to nie tylko efekt przygotowania fizycznego, ale i psychicznego nastawienia. Wiecie, coś w rodzaju "jestem zwycięzcą!", tyle tylko że ja powtarzałem sobie co chwilę, że "jak nie dziś, to kiedy?". I jeszcze to, że jak urwę z każdego kilometra choćby minutę, to na mecie da to całe dwadzieścia...

I jeszcze ta "fizyczna" strona sukcesu. Na Babiej pierwsze oznaki zmęczenia mięśni pojawiły się już na 12 kilometrze. Przez ponad sześć godzin bałem się, że przy następnym kroku złapie mnie skurcz, że będę musiał stanąć, usiąść, zapłakać... W Krynicy do samego końca nie pojawił się nawet najmniejszy sygnał, że czegoś mięśniom brakuje. A przecież piłem i jadłem mniej niż dwa tygodnie temu. Co się stało? Nie zmieniłem diety, wciąż nie jem mięsa i pszenicy. Nie piję krowiego mleka. Wciąż wsuwam kupę gotowanych warzyw, kilogramy bananów, miód i nasiona chia...  

Dwa tygodnie to trochę krótko na aż taką zmianę wydolności, więc zakładam, że mój wynik to po prostu szczęśliwe nałożenie się wielu czynników. Od treningów i regeneracji, przez dietę i samopoczucie, po warunki atmosferyczne na trasie (chłodny początek biegu, odpowiednia wilgotność powietrza).

Ale i tak najważniejsze jest to, że DAŁEM RADĘ! Zbieg okoliczności czy nie, złamałem dziesięć godzin w ultramaratonie górskim na dystansie 66km. I to po niecałym roku biegania, na dodatek z przerwami na kontuzje.

A już za niecałe dwa miesiące jadę w Bieszczady.

Ktoś wie/się domyśla na co i po co? :D

0 komentarze:

Prześlij komentarz

 

Ultra Dystans Copyright © 2011 -- Template created by O Pregador -- Powered by Blogger