czwartek, 30 października 2014

Łemkowyna Ultra Trail - filozoficzno-kulejący koniec sezonu

Żyję! Prawa kostka i stopa też żyją, choć jak na razie życiem innym, dziwnym takim jakimś, które rozpycha mi skórę jak balon... Dobra, dobra, jak Łemkowyna powiedz?! Niech będzie, że ukończyłem z godzinnym zapasem i nie jako ostatni. No co?! Pomyśleć w spokoju nad wieloma sprawami chciałem.:)

Od czego zacząć? Znów od opisu trasy, ilości zjedzonych przed startem bananów i pokoju, w którym spaliśmy? A może zacząć od zachwytów i uniesień, a skończyć wylewaniem brudów na organizatorów? Albo od tego, że paznokcie u rąk mam znów poobgryzane z nerwów, a u nóg przybył mi kolejny czarny (czyżby też nerwy?)?

Ech, szkoda, że nie można jeszcze spiąć bloga z mózgiem. Hasło "UD" w myślach i bum! już strumień świadomości zamienia się błyskawicznie w słowa i zdania. Chaos tęgi murowany, ale wierzcie mi, byłoby co czytać! A tak, znów muszę zaserwować Wam opadnięte i zmrożone przemyślenia, nijak się mające do tej burzy, jaką miałem we łbie przez całą minioną sobotę...

I wcale nie żartuję z tą CAŁĄ.

PIĄTEK

W Chyrowej byliśmy tuż przed siedemnastą1. Szybki "check-in" w pensjonacie Pod Chyrową, kawa i ogień do biura zawodów (sala jadalna Stacji Narciarskiej Chyrowa Ski), gdzie po dziewiętnastej zaczynało być już całkiem gwarno, miło i przytulnie. Na szczęście nikt z nas nie chciał się tam rozsiadać. Odebraliśmy pakieciki (trochę ulotek, chusta i mapa), pokazaliśmy, że mamy gwizdek2, za co dali nam numer startowy i wróciliśmy do siebie. A tam kolacja, kąpiel i spanko...

A przepraszam, wyskoczyłem jeszcze na trawkę zobaczyć, czy kontuzja może jakimś cudem przeszła.

Efekt?

Cudów nie ma!

SOBOTA

No właśnie. Spanko. Wszyscy chcieliśmy się wyspać. Ja też. Aż z tego chcenia gdzieś tak koło drugiej nad ranem wciąż zastanawiałem się, co robić. Czytaliście TEN wpis? Jeśli tak, to wiecie jak mi się leżało. Jeśli nie to przeczytajcie.

W sumie to nie wiem ile spałem. Może trzy, może cztery godziny. Ale luz. Nie pierwszy start to był, wiedziałem więc, że zbytnio nie wpłynie to na wynik. Bo wynik tym razem zależał od czegoś innego...

Kostka. Kostka przez duże "K", zupełnie jak Koszmar. O ludzie, nie pamiętam, kiedy ostatnio miałem taki dylemat. Znaczy pamiętam, ale więcej ponad to, że w Szkocji, napisać nie mogę...

Już spakowani i naszykowani. Maciek się schował...

6:30, gotowi do wyjścia. Korytarz w gospodarstwie Pod Chyrową


Trochę o Kostce udało mi się zapomnieć jak już dotarliśmy pod Chyrowa Ski przed siódmą rano. Worek na depozyt, latający dron, setka ultrasów, jaśniejące niebo nad ciemnymi górami.... "Dobrze zrobiłem!", zakrzyknąłem w duchu, odganiając myśli o tym, że już niedługo mogę rozpieprzyć nogę na dobre. 

TRASA

Wiem, że to mój pierwszy biegowy sezon i że startów w ultra zaliczyłem mniej niż palców mam u dłoni, ale zapewniam, że takiej trasy ze świecą szukać. Przepiękne widoki i klimatyczne, wręcz bajkowe miejsca. Stare kościoły, drewniane rzeźby, żywe konie i krowy. Inny świat. Lepszy, cichszy, spokojniejszy. Kompletnie inny niż wokół Babiej, gdzie niemal czuło się, że skały, drzewa i kamienie są przeciwko tobie. Tutaj... chodź do nas, choć, usiądź i odpocznij, śpiewały niczym zdradzieckie syreny beskidowe wzgórza.

Nic tylko wywalić telefon, skręcić w las i żyć gdzieś w głębi lasu z dala od cywilizacji...

I nawet to błoto, którego było wszędzie pełno, mi nie przeszkadzało.

Albo te pokryte szadzią drzewa na Cergowej! Biegnie sobie człowiek zielono-jesiennym lasem, kombinuje jak tu butów w błocie nie zostawić, a tu nagle drzewa zamieniają się w białe posągi, a w powietrzu unoszą się tysiące białych iskier. "Wejście do Narni!", krzyknął ktoś za mną i choć nie wyskoczył na nas dwunożny byk z toporem w kopytach, to miał sporo racji.

Zresztą zobaczcie sami:

Fotka Maćka
Gwarno robiło się tylko na punktach odżywczych, z których pierwszy był w Iwonicz-Zdroju. Nie wiem co i jak, ale chyba przechodziła tamtędy akurat jakaś epoka lodowcowa, bo przez chwilę to chciałem nawet wpaść do któregoś ze sklepików i kupić rękawiczki z futrem i płaszcz z lisa. Naprawdę! Nawet kawa mnie nie rozgrzała, więc z obawy o kompletne wychłodzenie ruszyłem stamtąd już po kilku minutach.

Beskid Niski o poranku... Fot Maćka

Piekno Beskidu Niskiego to jedno, a logistyczne dopięcie wszystkiego na ostatni guzik to już zupełnie inna historia. Tak dokładnie oznaczonej trasy jeszcze nie widziałem. Nawet po zmroku, jak już przed Komańczą musiałem założyć na głowę czołówkę, nie było żadnego problemu. Żółte taśmy z niebieskim odblaskiem co chwilę wyłaniały się z mroku, wisząc z kolejnych gałęzi.

Swoją drogą końcówka jak z Blair Witch Project. Bieszczadzki las, błoto z wodą po kolana, stare zniszczone kładki, ciemność, trochę światła z czołówki, cisza, dwunasta godzina od startu... MOC!

Oj, długo tej Łemkowyny nie zapomnę...

KOSTKA

W skrócie to tak: marszo-biegłem gdzieś do 37km, czyli przez niecałe 6 godzin, po czym Kostka dobita została przez asfalt. Nawet pobocze było już zbyt twarde. I tak dość długo wytrzymałem, w czym pomogło mi błoto, w które pakowałem prawą stopę ile wlazło! Inni omijali, a ja PLASK!, po kostkę właśnie, albo i głębiej. Niestety, kilometry asfaltu i twardego pobocza przed PK w Puławach Górnych spowodowały, że lekkie ćmienie, które towarzyszyło mi od startu, zmieniło się w konkretny ból. Przez chwilę to się nawet przy zupie z dyni z imbirem zastanawiałem, czy nie zrezygnować. No bo o co walczyć? O honor? O dojście w limicie? A kto to doceni?

Ruszyłem dalej. I wiecie, co sobie pomyślałem? Że udowodniłem właśnie, że jestem amatorem. Kompletnym. Bo co zrobili ultraultrasi Majer, Hercog czy Gorczyca w Krynicy? Zeszli. Odpuścili. Zdrowie było ważniejsze niż ukończenie. A ja ura bura szef podwóra dalej, do przodu, do mety, byle w limicie! Co tam kostka, co tam, że boli coraz bardziej, że może w gips mi ją zapakują jutro, albo dziś jeszcze, że będą mnie quadem musieli zwozić z góry jakiejś, na którą jak debil zaciskając zęby się wdrapię...

Oj, długo tej Łemkowyny nie zapomnę...

Aha, i jeszcze jedno. To był mój pierwszy start z kijami i gdyby nie one, chyba bym do mety na czas nie dotarł...

META

Łut70 zakończyłem z czasem 11h58:04,1, z którym zająłem 147 miejsce na 166 osób, które zmieściły się w limicie. Dostałem medal, przez który tyle ryzykowałem, zjadłem pierogi, wypiłem herbatę i... dowiedziałem się, że po depozyt muszę zasuwać z buta jakieś półtora kilometra. I że jak chcę obejrzeć dekorację, to muszę też z buta wrócić z powrotem, a potem - też z buta oczywiście - zasuwać trzeci raz na autobus. Też z kilometr!

A ja ledwo co z namiotu wyszedłem... Do mety to jeszcze mnie adrenalina trzymała chyba, ale jak tylko emocje opadły to poczułem, że buta tak łatwo to ja już nie zdejmę. Stopa zaczęła puchnąć i dopiero teraz poczułem, jak bardzo obiłem piętę, lądując na niej całym ciałem żeby oszczędzać kostkę. Z trudem mogłem przekuśtykać pięć metrów, a co dopiero kilometr...

Zgłupiałem. W sumie to do dziś nie wiem, czemu tak było. Gdyby nie cud w postaci młodego ratownika medycznego, który mnie woził samochodem to musiałbym żebrać u orgów o pomoc w dostaniu się do suchej koszulki i autobusu. Dziwna sprawa...

Szyna, bandaż i błoto. Mój Łut'14 w skrócie :)

SPRZĘT

Chciałbym podziękować kilku rzeczom, które dotrzymały mi towarzystwa na całej trasie i bez których bankowo bym tego startu nie ukończył. Tak więc wielkie brawa należą się (jadąc od góry):

- czapce Brubeck za to, że jakby jej nie było, a łeb nie marzł
- kalesonom z Lidla za to, że uda mi nie odmarzły
- spodniom Dobsom R90 za stworzenie z kalesonami pary idealnej!
- skarpetkom pięciopalczastym SmartWool PhD Toe Socks Micro za brak pęcherzy (po raz kolejny)
- butom Walsh Racer za uratowanie przed niejednym lądowanie dupskiem w błocie (choć na drewnianym i mokrym mostku już nie dały rady...)
- i wreszcie kijkom Viking Kettera, w których znalazłem nieliche oparcie (choć jeden z nich rozkładał się dość często w błocie)

Cały sprzęt opiszę i zrecenzuję przy wolnej okazji, więc jeśli ciekawi Was ten temat, to zaglądajcie co jakiś czas do kategorii TESTY/RECENZJE.

Czołem!

Przypisy:

1) - ...śmy, czyli ja z Maćkiem plus Witek z Justyną, z którymi się zabraliśmy. Zacne towarzystwo powiadam Wam!

2) - gwizdek, czyli rzecz jasna całe wyposażenie obowiązkowe. Fajnie, że sprawdzali, ale czemu dzień wcześniej? Równie dobrze mogliśmy połowy z tych rzeczy nie zabrać:)

0 komentarze:

Prześlij komentarz

 

Ultra Dystans Copyright © 2011 -- Template created by O Pregador -- Powered by Blogger