sobota, 18 października 2014

Najpierw jest moc, potem zjawia się koszmar...

Cały piątek czekałem. Gdzie tam, wczoraj już, we czwartek czyli, siedziałem jak na szpilkach, wizualizując moje wieczorne szaleństwo! I stało się... wybiegłem, olałem i mam. Siedzę z prawą stopą w altacecie i głową pełną najokropniejszych przekleństw. Taki ze mnie uparty idiota...

Mamo, tato... czemu gdy byłem mały, nie laliście mnie pasem częściej?

A zaczęło się tak pięknie. Ciemno, deszcz, ufarbowane na czarno batmańskie opaski! Czułem się jakbym leciał! Kilometr, drugi, trzeci. Garmin zaczął nawet pokazywać, że przekroczyłem barierę dwunastu kilometrów na godzinę w średnim tempie. Po piątym kilometrze (24 minuty z kawałkiem, zdaje się mój rekord na tym dystansie:) zwolniłem nawet przestraszony, że nie dam wrócić do domu...

Ale tylko na chwilę. Po chwili znów parłem w deszczu do przodu niczym Neo wśród setki sklonowanych agentów. I nagle... pojawił się ON. Lekki Ból w okolicach kostki. Prawej.

Ja biegłem dalej, ON był. Po prostu. Ani się nie zwiększał, ani nie zmniejszał. Był. A ja z każdym metrem zyskiwałem coraz większą pewność, że moja upartość odbije mi się czkawką...

No ale jak tu wracać piechotą, gdy się jest dziesięć kilometrów od domu? No jak?

Biegiem rzecz jasna!

A co zrobić, jak droga powrotna prowadzi obok najwyższej góry w okolicy? (TEJ zresztą)

Wbiec na nią oczywiście!

I to nie raz, a dziesięć! Po co się oszczędzać?! Olać Lekki Ból, żyj chwilą!

No to pożyłem tą chwilą... dziesięć podbiegów w spokojnym tempie, małe kroczki, tętno w drugim zakresie. Czołówę miałem super, widziałem każdy kamień, mogłem więc ostrożnie (!) stawiać stopy przy kontrolowanych (też k%#@!wa ostrożnych oczywiście) zbiegach...

A potem jeszcze czwórka do domu. Biegiem oczywiście, bo tak się przecież złożyło, że mocy miałem dziś pod dostatkiem i dwudziesty kilometr leciałem sobie w tempie 5:30 i tylko cudem jakimś nie zachciało mi się biegać dalej, jeszcze jakieś kółko wokół Strzelnicy przecież mógłbym spokojnie machnąć...

A potem się zaczęło.

Jak tylko przeszedłem do marszu Lekki Ból zamienił się w Średni Ból, odpuściłem więc rozciąganie i jeszcze w progu stanąłem w misce, żeby woda ze mnie nie lała się na parkiet, a jak z miski wylazłem to Średni Ból nie był już Średnim Bólem tylko stał się Bólem Mocnym, czyli takim który pojawić się nie miał prawa.

A Łemkowyna już za tydzień.

A miało być tak pięknie dziś.

A chciałem dobrze. Plan miałem przecież, bieganie co drugi dzień, raz tylko dzień po dniu, bo we wtorki Rudzka Góra, a w środy stadionowe przeboje Adama, poniedziałek to przecież basen, czwartek wolny, piątek wieczorna zabawa biegowa, niedziela trening Formy na Piątkę, potem jeszcze coś tam z Maćkiem... I co? I dupa!

Co teraz będzie? To co ma być będzie i jako że nic już nie poradzę, to muszę teraz wyluzować z bieganiem i przerzucić się na orbitreka jakiegoś, żeby formy nie gubić, kostki jednocześnie nie przeciążając. I lodem przykładać, i altacetem, i Ibumem w żelu smarować.

Nie dam się przecież jakiejś kostce! :)

Ale bieg był czadowy, mówię Wam!

UltraSelfie z rąsi...

0 komentarze:

Prześlij komentarz

 

Ultra Dystans Copyright © 2011 -- Template created by O Pregador -- Powered by Blogger