wtorek, 4 listopada 2014

Dzienniczku... 1

Dzień zaczynam jak co dzień, fejsbuk, co tam ktoś wrzucił, czym się znów pochwalił, co lajkuje... Czemu? Po co mi to?, pytam się też sam siebie i też codziennie, jak już spojrzę na zegarek i zobaczę, że kolejną godzinę życia straciłem bezpowrotnie.


Godzina. Sześćdziesiąt minut znaczy, co przy powiedzmy dwudziestu słowach na minutę daje tysiąc dwieście słów, niech słowo ma średnio osiem znaków plus spacja, miałbym więc po godzinie pisania swojej książki dziesięć tysięcy osiemset znaków, czyli sześć stron...

SZEŚĆ!

Niechby pięć wyszło, cztery nawet bo wiadomo, że inaczej się przegląda czyjeś życie niż tworzy od podstaw, ale wciąż to kosmiczne osiągnięcie byłoby. I niechbym tak co drugi dzień tylko tę godzinę pisał, to w tygodniu jednym miałbym stron dwanaście, w drugim szesnaście, po miesiącu pięćdziesiąt sześć, czyli jedna czwarta już mniej więcej tego, co wydawca by najchętniej widział jako debiut, i nawet przyjmując że połowa z tych stron byłaby do wyrzucenia, poprawki może, to i tak po pół roku miałbym książkę!

PÓŁ ROKU...

...i to tylko przy założeniu, że piszę bezustannie przez godzinę dziennie co drugi dzień, czyli mniej niż teraz tracę pewnie na glapienie się bezmyślnie w sufit, że o glapieniu się bezmyślnym w ekran monitora nie wspomnę...

A co by było, gdybym popisał dwie godziny? A czasem trzy, bo i tyle potrafię zmarnować?

Walcz i pracuj, walcz i pracuj... a może ja nie chcę ciągle walczyć i ciągle ciężko pracować? Może chcę odpocząć, poglapić się właśnie bezmyślnie w cudze życie, pójść spać wcześnie i wstawać wyspanym, nie stresować się kolejnym zadaniem, kolejną misją, celem, pragnieniem?

Nie, chyba nie tędy droga. Już zaczynam szukać wymówek, usprawiedliwień kolejnych dla nicnierobienia, które skończy nicnieposiadaniem. Mam długi przeogromne i co? I chcę je kiedyś spłacić! Nie ja je zrobiłem, ale co poradzić, jak przez moją głupotę są na mnie... Trzeba przeć dalej. Myślę więc, że jestem leniem, na dodatek słabo zorganizowanym, że pół życia już za mną, ale przecież mam jeszcze drugie pół! Tak pół, przed osiemdziesiątką się do piachu nie wybieram przecież, a pół życia to kawał czasu, dużo można zrobić dobrego.

No i mam dziecko przecież, drugie też bym chciał mieć, choć strach ogarnia mnie ogromny, ale nie ja tylko o tym decyduję, jest jeszcze M., która też by chciała, ale też się boi, bo jak na razie to tylko ona trzyma nas wszystkich w kupie, dba o nas, o naszą lodówkę żeby była pełna, i stopy nasze, żeby nie musiały marznąć na mrozie... Ja decydować mogę tylko o tym, że chcę mieć kolejny tatuaż, tym razem na szyi, i że to będzie róża, i choć czasem mam myśli takie, że po co mi to, czy aby na pewno muszę tak właśnie okazywać swój bunt przeciw wszystkiemu.

I tak właśnie chciałbym teraz pisać na UD, bo nie samym bieganiem człowiek żyje, nie tylko sport, dieta, siła i wyrzeźbione łydki się liczą, od początku UD zresztą nie było bieganie jedynym moim zamysłem, ale jakoś tak wciąż wychodziło, że nie pisałem UD jak dziennika swojego tylko jak jak blog profesjonalny o bieganiu i odżywianiu, a przecież żaden ze mnie ekspert, ja chcę żyć jedynie w zgodzie z sobą samym, mieć marzenia i dążyć ku ich realizacji, walczyć też i pracować też chcę ciężko, bo choć ciężko mi to przychodzi, to wiem i rozumiem, że tylko tak da się cokolwiek ponad przeciętną osiągnąć.

I proszę bardzo, napisałem, zaraz wrzucę, opublikuję i zajmę się następnym zadaniem, których mam na kartce kilkanaście. Coś ze studiów pewnie... A właśnie, nie pisałem jeszcze, że studiuję, magistrem będę za dwa lata, nie, nie napiszę "jak dobrze pójdzie" bo inaczej pójść nie może. Będę i koniec. Inne to moje studiowanie niż takie tradycyjne bo on-line, przez internet znaczy, uczę się, a właściwie to przez internet dostaję nowe materiały i polecenia, i terminy też nowe dostaję i muszę zadania robić sam, nikt mi nic nie tłumaczy, i teraz mam na przykład porównać wiersze dwóch poetów, z których jeden jest barbarystą, a drugi klasycykiem :) Pewnie znów trója, jak z pierwszego zadania, ale filolog polski to ze mnie nigdy nie był zbyt wielki, przecinków do dziś stawiać z rozmysłem nie potrafię, zresztą co się dziwić, gramatyka jest ciężka jak się jej dobrze nie umie i pisze jak ja, przelewając bardziej swoje myśli niż zastanawiając się nad tym, czy imiesłów przymiotnikowy bierny to metafora jakaś, turpizm, czy jakaś inna cholera...

A teraz puenta: całe to pisanie dziś i teraz wzięło się z FB, gdzie doszedł mi jeden znajomy, będący znajomym znajomego, którego jeden z tekstów znajomy ówże zalajkował, przez co fakt ów pojawił się na mojej tablicy, po czym spędziłe (zmarnowałem?) jakąś godzinę na czytanie dzien-nika nowego znajomego, i komentarzy pod wpisami, i poczułem się jakiś taki mały, niedouczony, niedoczytany... ale też i siła pojawiła się nowa, chęć dalszej zmiany, walki, cięższej jeszcze pracy, niech no tylko noga się zregeneruje to wrócę do biegania, i pisać też zacznę na powrót, choćby stronę dziennie to i tak po roku będe miał tomiszcze konkretne do pokazania światu!

A tymczasem POCZYTAJCIE: Jacek Wesołowski na FB


0 komentarze:

Prześlij komentarz

 

Ultra Dystans Copyright © 2011 -- Template created by O Pregador -- Powered by Blogger