piątek, 30 stycznia 2015

O odkładaniu na później i bieganiu w świetle księżyca

A plan był taki: skoro już Marcin i Katarzyna mnie obudzili to postanowiłem pobiegać. Szkoda życia na spanie, pomyślałem i szybko poleciałem do kuchni na jajecznicę i kawę z mlekiem ryżowym. Komputer już szumiał, musiałem przecież odpalić stos maili za dwie dziewiąta... Prawie przypaliłem jajka, kawa wystygła, fejsbuk się zagotował. Ruszyło! Dzieje się, dzieje, krzyczałem wewnątrz i nawet się nie obejrzałem, jak zmieniłem zdanie: pobiegam o trzynastej...


Praca. Kilka książek, słaba sprzedaż w styczniu, ale całe szczęście firma wchodzi w nową fazę, szanse są, może etat wzrośnie i długi się pospłaca? Potem jadę pod szkołę, żeby O. podmienić plecak. Zabieram szkolny o wadze 15 kilogramów i daję basenowy, lekki, z kąpielówkami, ręcznikiem i  klapkami. Pędzę dalej, dom, szybko wpadam żeby zjeść ze dwa banany i popić wodą przegotowaną z syropem z agawy, przebrać się i lecieć na górkę porobić podbiegi, za dnia, za widoku, zanim M. wróci z O. z basenu. Jem, zakładam Dobsomy R-90, superświetne spodnie do biegania z gumkami pod kolanami i słyszę szum komputera nieuśpionego, więc siadam, bo jak szumi to może coś dla mnie ma, mieli w tym swoim zakurzonym wnętrzu...

A może zrobisz to, a jak będziesz jechał z M. po buty to przecież możesz załatwić od razu tamto i... dupa z biegania. Za późno, buty muszą być, bo jutro półmaraton przecież, a te co ma, to ma M. ciut za małe w śródstopiu. Więc nie biegam. Zły się robię, bo czuję już, że nic z tego nie wyjdzie, wrócimy z tej Łodzi całej koło 17 dopiero, a ja dziś spałem tylko kilka godzin. Banerek taki, banerek owaki, ładnie wyszło nie powiem, Marcin są zadowoleni, nawet Grafik już mnie nazywają czasem. Fajnie, bardzo lubię, jak się moja praca komuś podoba, a jeszcze bardziej lubię jak się podoba mnie, co w sumie rzadko się zdarza. Ale dziś w nocy się podobało i szedłem spać z uśmiechem na twarzy, poczytałem trochę "Przybądź, ciemności" Mayry Montero, książeczkę cienką ale strawną, z klimatem lekko dusznym, takim latynoamerykańskim, amazońskim, żabiastym...

I faktycznie wróciliśmy koło 17, minut kilka po, i siły jeszcze miałem, nie powiem, ale iść biegać nie mogłem. O. ma przecież zbiórkę na 17.45, sam nie pójdzie, bo wybierze xboxa zamiast godziny gier i zabaw, więc trzeba go zaprowadzić. I czekać aż wróci, żeby się upewnić, że wrócił. Więc czekam, zmęczenie czuję coraz większe, oj, nie pobiegasz ty dzisiaj, nie pobiegasz, myślę zły, ale też i zrezygnowany bardziej. A miało być tak pięknie! Poranny trening w słoneczku, doba regeneracji, półmaraton, trening w niedzielę z grupą, piękny i mocny koniec tygodnia.

I wtedy się to stało! O. wrócił, a ja stwierdziłem, że nie będę się poddawał, że skoro nie będzie doby regeneracji, to tym lepiej, mięśnie dostaną większy wycisk, wzmocnią się i nabiorą krzepy, w sam raz na te wszystkie ultrastarty, które planuję w tym roku. Przecież jak zostanę w domu, w tym miękkim foteliku przed biurkiem postawionym, to potem się wkurwiał, marszczył nosa, marudził... W garść trzeba się wziąć, wyjść pobiegać, co jest dla ciebie ważne?!, zapytać się samego siebie i szczerze odpowiedzieć i tak zrobić, bo tak tylko się coś w życiu dzieje, mają ci, co walczą, a ci leżą i czekają, raczej wiele nie mają...

I pyk!, dwanaście kilometrów w godzinę z kawałeczkiem, z podbiegami na górce wliczonymi, tempo coraz szybsze, a oddech coraz spokojniejszy na tych kilometrach pierwszych, jest moc, czuję to, czuję, że ciało, duch i mózg są dużo mocniejsze niż chociażby po Łemkowynie, z której wróciłem w bandażach, złomotany cały, bez sił i bez możliwości do biegania...

A jutro z M. jedziemy do Ozorkowa na półmaraton Księżycowy Cross, start o 16.20, po zachodzie słońca, z czołówkami, w terenie, wypas normalnie, cieszę się i jaram, bo choć czasem tak bardzo mi się nie chce, to jednak coś w tym bieganiu mnie pociąga tak mocno, że oprzeć się nie sposób.


Zapuszczam brodę, śniegu z deszczem się nie boję... pozdrowienia z trasy:)

0 komentarze:

Prześlij komentarz

 

Ultra Dystans Copyright © 2011 -- Template created by O Pregador -- Powered by Blogger