czwartek, 1 stycznia 2015

XXX Bieg Sylwestrowy i ostatnie (kiepskie) minuty 2014

Za godzinę i trochę wybije północ. Siedzę przed kompem, M. prasuje, a O. czyta pierwszą część Opowieści z Narnii. Już mam płakać? Nie że narzekam, taka z nas rodzinka dziwna jakaś, że zamiast siedzieć z kimś, śmiać się i popijać drinki to gnijemy w betonie. Ale chociaż pobiegaliśmy dziś z M. tak, że ho ho...!

Miałem już nie pisać w ogóle. Miałem poczekać na zgon starego roku nie niszcząc nastroju beznadziejnej bezradności, pojawiającej się w obliczu białej "kartki" na monitorze. Ale przecież biegać na żadnej imprezie też już w tym roku nie miałem, prawda?  No jak to? Nie pamiętacie, jakie kuku stało mi się na ostatnim starcie, o którym pisałem TUTAJ? Więc jak łamać reguły to na całego!

Więc piszę.

Razem z M. pobiegliśmy dziś w Łodzi na XXX Biegu Sylwestrowym. Miodzio. Tysiąc ludziów, z czego jakaś setka poprzebierana za przebierańców. I my. Zmarznięci (M.) i wściekli (ja). M. zmarznięta z powodu ujemnej temperatury, ja wściekły bo wyjechaliśmy z domu na siedemdziesiąt minut przed startem, mając całą Łódź do przejechania, dziadka do zabrania i znalezienie miejsca do parkowania. M. i ja. Para dziwnych ludzi czekająca na cud. Albo inną katastrofę, która odmieni nasze wspólne życie. Ale do rzeczy, bo nie o prywatnym życiu miało dziś być, a o biegu, którym wspólnie (łał) zakończyliśmy rok 2014 (licząc od zmyślonej daty narodzin Jezusa).

Spójrzcie na to:

bieg sylwestrowy łódź
Love is in the air... :)
Dwadzieścia ponad lat razem i wciąż żyjemy! Ale piszę Wam, moje kochane buty Walsh Elite Racer sprawdziły się świetnie. Po raz kolejny już okazuje się, że to idealny but na leśne ścieżki i bieganie do kilkunastu kilometrów za jednym razem. Dziś na zmrożonym błocie i śniegu trzymały stabilnie. Gdyby nie kondycja frunąłbym niczym któryś z tych ptaszków, co wygrali.

No właśnie, kondycja. Start w Arturówku nie należy do miejsc obszernych i tysiąc osób tworzy tam gęste kłębowisko. Pierwsze dwa kilometry w lesie to też raczej wąski pasek "bieżni", więc trzymaliśmy się z M. raczej z boku, żeby wymijać maruderów:) Brakło Garmina, którego zerową baterię zobaczyłem tuż przed wyjściem z domu, ale mam wrażenie, że drugi, trzeci i chyba sporą część czwartego kilometra biegliśmy tym bokiem gdzieś koło pięciu minut na kilometr, co przy braku rozgrzewki (wpadliśmy do Arturówka w ostatniej chwili) i mojej wstrzemięźliwości treningowej w ostatnich miesiącach dało efekt piorunujący: niemal całkowite odcięcie prądu na siódmym kilometrze. Nogi zrobiły mi się jak  z waty i ogromnym tylko wysiłkiem woli nie przeszedłem do marszu...

A jednak trochę o prywatnym życiu będzie, cóż poradzić, nie da się inaczej, los tak chciał, Mojry chichocząc zabawiły się moją nitką... Minęła właśnie północ. Siedzę sam przed kompem, M. z O. wyszli kilka minut temu oglądać fajerwerki. Krótka wymiana zdań, oczywiście cały ten z dupy wieczór jest moją winą, to ja nie zmusiłem ich wcześniej do rzucenia w kąt xboxa i żelażka, a teraz jeszcze mam pretensje. Pobluźnił bym sobie, ale może dzieci jakieś mnie czytają:) Nie wiem, jak to wszystko odmienić. M. ma na wszystko gotową odpowiedź, musi tyrać bo ja nie zarabiam, musi pracować do jedenastej w nocy, bo zmarnowałem jej życie, i teraz jak się do roboty nie wezmę, to ona nawet uśmiechnąć się nie raczy, ba, nie może nawet, bo przecież pracuje tak ciężko, że na uśmiech nie ma już siły, a mnie się nie chce powtarzać, że to nie tak działa, że są ludzie pracujący jeszcze ciężej, ale umiejący się śmiać, chcący się śmiać przede wszystkim... Nie wiem, nie ogarniam, odwiozłem wczoraj brata na lotnisko, wracał do domu, do Edynburga, czyli tam gdzie rozpoczął się kilka lat temu mój początek końca i gdzie mam chwilami straszną ochotę wrócić, zostawić to wszystko za sobą, oderwać się, dam sobie i jej czas do przemyślenia tego wszystkiego... dwadzieścia po północy, 2015 rok, jaki będzie? Lepszy, to wiem, ale jak lepszy? Trochę tylko, ociupinkę, o włos zaledwie, czy też ogromniasto lepszy, tak potężnie lepszy jak grubszy jest Dąb Bartek od przeciętnego dębu rosnącego w przeciętnym lesie? Czas pokaże, ale motywację mam, chęci też i dzisiejszy dzień zapamiętać muszę, wyryć sobie po drugiej stronie szyi może powinienem, żeby zacząć przeć do przodu z myślą o sobie, bo i tak wszyscy wokół myślą, że ja myślę o sobie tylko, więc niech i tak będzie...

Bum, bum, bum... 2015 rok...

Ale udało się. Dobiegłem do mety z czasem nieoficjalnym 00:53:32 i miejscem w open czterysta siedemdziesiątym piątym, gdzieś około o minutę wyprzedziła mnie M., brawo bejbe!, ale zapewniam, że ta sztuka już Ci się nie uda ponownie:) Zresztą to się nie liczy, mrozik Ci pomagał, bo zmarźlak jesteś i zimno Ci było, więc pobiegłaś szybciej żeby się rozgrzać, a ja kurtkę mam lepszą, cieplejszą przez co komfortowo mi się biegło, leniwie niemal, jak w tropikach czułbym się gdyby nie to, że palce mi marzły...

Pierwsze metry kryzysu, chowam się przed fotografami :) fot.: sebastianowakowski.pl
I tak to zakończyłem rok biegowy 2014, nie łamiąc 50 minut na 10 kilometrów, co w sumie i tak nie było moim założeniem, bo do Arturówka jechałem wyłącznie dla samego biegu i startu z M. ramię w ramię. Udało się przez pierwsze sześć kilometrów, ostatnie cztery biegłem sam wśród innych biegaczy. Za rok za to złamię tu czterdziestkę!

A co!

Wszystkiego lepszego!

0 komentarze:

Prześlij komentarz

 

Ultra Dystans Copyright © 2011 -- Template created by O Pregador -- Powered by Blogger