wtorek, 17 lutego 2015

Jak napisać książkę - dozwolone od lat 16 (wulgaryzmy)

Biegam, uśmiecham się, odrabiam z dzieckiem lekcje, studiuję, bloguję, codziennie czytam... to czemu k@%!wa nie piszę!? Czemu wciąż ta jedna rzecz uparcie nie chce pojawić się w moim rozkładzie dnia, albo chociaż tygodnia?

Naprawdę nie mogę tego pojąć. Gdyby ktoś zapytał mnie, o czym najbardziej teraz marzę, to wymieniłbym trzy rzeczy:

1. Żeby moje dziecko odnalazło swoją pasję.
2. Żebym znalazł się w czołówce polskich ultrasów w kategorii M40
3. Żebym żył z pisania (książek i ew. felietonów, bloga oraz

I co robię? No tłumaczę gówniarzowi kiedy tylko mogę; biegam, trenuję, ćwiczę; ... ??? ... no właśnie! A gdzie pisanie! Praca twórcza inna niż ciągłe zapisywanie karteczek z listą "To do" czy ustawianie przypomnień w telefonie, które później odrzucam tylko, bo zawsze odpalają się w najmniej odpowiednim momencie!

Do dupy to wszystko! Siedzę przed monitorem godzinami, czasem cały wieczór mija i nic. Kurwa NIC!

Skończyłem dziś taką książkę: Ból fantomowy. Dobra. Trochę Bukowskim mi ta proza zalatywała, trochę Rothem jakby. Żyd kobieciarz, Żyd pisarz, autor książek kucharskich i syn tenisisty, też Żyda, który pogryzł na korcie rywala. O pisaniu mało, a jednak wciąż miałem wrażenie, że o tym czytam. Nie o kryzysie twórczym, masturbacji czy wiecznym odchodzeniu od żony, ale o pisaniu właśnie. Czyżbym w Mehlmanie widział siebie samego? W końcu obaj toniemy w długach i... cóż, tutaj podobieństwa się kończą. Ja jeszcze nic nie wydałem, nie mam kochanki i nie jeżdżę do Las Vegas korzystając z karty kredytowej.

Polecam. (Jak ktoś chce to tanio sprzedam. Pińć złotych powiedzmy.)

To jak z tym pisaniem? Czemu nie mogę? Nie daję rady, choć przecież słowa całkiem zgrabnie układają mi się w zdania. Choćby tutaj, na UD, odkąd przestałem kombinować i silić się na wspaniały blog o bieganiu, ojcostwie i życiu z bananem na ryju. Siadam i piszę. Nie każdego dnia, choć mógłbym (a nawet chciałbym, po co to znów za dziennik jeśli nie codziennie karmiony?), ale piszę. Mam pomysł i piszę. Nie zastanawiam się nad wpisem godzinami, nie pieszczę każdego zdania, nie poprawiam przecinków, nie usuwam wielokropków (nawiasem pisząc to mój ulubiony znak interpunkcyjny), nie przestawiam wyrazów. Czysty żywioł.

Tu mogę, a tam nie?!

Gówno...

O, lubię to słowo. I to bardzo. Gówno, gówno, gówno... Gówno z wielokropkiem wygląda cudnie. Gdyby nie to, że mimo wszystko wulgaryzm jest, to zgłosiłbym "gówno" do radiowej dwójki polskiej, gdzie akurat mają konkurs na najbardziej polskie słowo....

Ej, a może taki tytuł książce dać?


Gówno... 

by Piotr Pazdej

Dobre. Pomyślę.

Ileż to możliwości interpretacji dla krytyków i blogerów, nie?

Pisząc Gówno... autor chciał pokazać nam... A jakiż to sprytny zabieg zastosował Pazdej wstawiając wielokropek po tak wymownej nazwie. Jakby sam ten wyraz nie wybrzmiewał w głowie czytające wystarczająco dobitnie...

No dobra, koniec dobrego. Czas pożyć, czyli lekcje z dzieckiem odrobić, potem pobiegać trochę i spać iść, bo coś słabo dziś psychicznie ze mną jest. Dół energetyczny chyba mnie dopadł, nie mam chęci na nic, do wyra to już teraz bym polazł, powlókł się i położył obok kota, w którego najchętniej to bym się zamienił.

Cześć świecie. Znikam, choć fejsbuka z zakładki w tle nie wyłączam, bo przecież wpaść mogę na chwilę, jak nerwy przy lekcjach złapią i po Andepin przybiegnę. Dziś matma chyba i angielski, jakże ważny język przyszłości dla młodego Polaka...

I już.

Poszedłem.

Albo jeszcze to na koniec:

...

gówno

...

0 komentarze:

Prześlij komentarz

 

Ultra Dystans Copyright © 2011 -- Template created by O Pregador -- Powered by Blogger