poniedziałek, 2 lutego 2015

Księżycowy Cross, czyli ciężko musi być zającem...

No to zafundowałem moim kulaskom konkretne pobieganie. W piątek dwunastka na ostro z podbiegami w środku, w sobotę Księżycowy Cross, czyli półmaraton w określonym tempie, a wczoraj trening z Formą na Piątkę. Trzynaście kaemów, też po lesie i śniegu. Czyli w trzy dni machnąłem ich prawie 47km! W nogach zmęczenie, ale za to w łepetynie radocha, że hej!
O piątkowym bieganiu to już pisałem TUTAJ. Było śnieżnie (przy okazji dotarło do mnie, że na ZUKa będę potrzebował gogli), ciemno i dobrze. Tylko już wracając zacząłem się zastanawiać, czy aby dobrze zrobiłem, cisnąc taki trening na niecałą dobę przed crossowym półmaratonem :)

Na szczęście nie było źle. Plan zrealizowany. Piątka z małym minusem otrzymana. A dlaczego z minusem? Ano dlatego, że chciałem w Ozorkowie potrenować do bycia zającem i przebiec całość w tempie 5:41/km. Nie udało się. Średnią mieliśmy z M. 5:37/km, przy czym tempo raczej nierówne. Raz ciut szybciej (pierwsze kilometry), raz wolniej (lekki kryzys i siusianie w lesie), co nie może się zającom zdarzać.

Oj, trzeba będzie potrenować przed V Pabianickim Półmaratonem, choć siły są i czuję, że to zającowanie będzie super sprawą!

Księżycowy Cross

To był mój pomysł. Półmaraton w terenie jawił mi się jako świetny trening, wyciągnąłem więc M., żeby potrenowała ze mną. W końcu też będzie zającem, nie? Niech biega... :)

Korytarze były w Gimnazjum na piątkę!:)
Start zapowiadali na 16:30, biuro czynne do 15.30, zajechaliśmy godzinę wcześniej. Gimnazjum jako baza zawodów to świetne rozwiązanie. Może człowiek się spokojnie przebrać, posiedzieć pod ścianą, siusiu pójść... no tu było gorzej, bo stan toalet w ozorkowskiej placówce oświatowej dla przyszłych licealistów był co najmniej zatrważający. (Fotkę mam, ale jakby nie patrzeć to dali budynek więc jej wrzucanie tutaj byłoby trochę jak kopanie leżącego).

biuro zawodów księżycowy cross ozorków

A w biurze wszystko sprawnie i miło. Pakiecik skromniutki (szmyczka, wejście na basen po zawodach, ulotki, numer), za koszulki nie dopłacaliśmy. Czas poczekać. Ludzi sporo, twarzy znajomych z czasów trenowania do DOZu też niemało... I nawet Józek Pawłowski przeszedł koło nas! Jak to, nie wiecie, kto to jest Józek Pawłowski? Ech...

No dobra, ja też nie wiedziałem i przypadkiem tylko się dowiedziałem już w domu :) Ale wyguglajcie go sobie, a potem poszukajcie na tym zdjęciu:

Józek Pawłowski miasto 44 półmaraton księżycowy cross
Mała podpowiedź: czarna czapka z daszkiem :)
Kilka minut po 16 wyszliśmy z Gimnazjum na miejsce startu. O żesz w..., pomyślałem, bo wiaterek zawiał taki, że zachciało mi się od razu lecieć do depozytu po kurtkę, bluzę i ocieplane dżinsy. A co z M.? Jak to moje chucherko sobie poradzi? Zamarznie mi przecież w biegu, chudzina, myślałem, zerkając na truchtające przy mnie dziewczątko. Lecę siusiu!, krzyknęło ono nagle i poleciało, a ja skupiłem się na rozgrzewaniu bioder.

półmaraton księżycowy cross
Jeszcze trochę i zacznę słitfocie robić przy goleniu :)

Las, wiatr i chaos

W końcu wystartowalim. Pierwszy kilometr ulicami Ozorkowa, potem w dół drogą utwardzoną i... znaleźliśmy się nad zbiornikami wodnymi, które niemal rok temu obiegałem na ozorkowskim Supermaratonie! Oooo, czułem już, że wiem, gdzie będzie biegła dalsza trasa. I nawet mówiłem do M., że: "za tym zakrętem mamy z dwieście metrów pod górkę, a potem w dół do wiaduktu" :)

Tak było!
Piotr Kędzia półmaraton ozorków
Tuż przed startem. Biała koszulka i niebieska czapka to VIP, Piotr Kędzia :)

Ale od wiaduktu przestało już być śmiesznie. Siódmy kilometr, coraz ciemniej i pierwszy zmarznięty śnieg na drodze. Skręt i do lasu. Cudna atmosfera... Ledwo widoczne sylwetki innych biegaczy... trzęsące się jak okiem sięgnąć światełka...

A potem pierwszy jakiś taki dziwny kryzys mięśniowy. Nogi nagle stały mi się cięższe o pięć co najmniej kilogramów i z trudem deptałem rozjeżdżone miejscami błotko. Chyba dobrze, że biegliśmy po ciemku, bo przynajmniej miałem wciąż zajętą głowę żeby nie wpaść w dziurę i nie skręcić nogi. No i jeszcze świeciłem M. ile mogłem, bo jak matołki dwa pojechaliśmy na bieganie przy księżycu z jedną czołówką.

A, chaos jeszcze. Bo nie pisałem, ale tam się też odbywał bieg na 10 kilometrów. Tyle tylko, że jakoś nikt (a przynajmniej mam takie wrażenie) nie zorientował się, gdzie ma zawrócić :) Nic dziwnego, sami wolontariusze nie do końca się orientowali...

I jeszcze te butle z wodą, które nam dawali na jednym z punktów. Zero siedem litra! Trzy łyki i jeb na pobocze. Co za marnotrastwo...

Najleniwsza meta w historii 

Więcej wpadek na trasie nie odnotowałem, a i skurcz minął na półmetku, gdzie złapałem w garść trzy ciasteczka, a w drugą kubek z herbatą, którą polałem pół twarzy. Dobrze, gorąc na twarzy otrzeźwia, bałem się tylko, że mi wąsy zamarzną i odpadną :)

Trochę nam w tym lesie tempo skakało, choć cały czas trzymaliśmy +- 15 sekund. Skąd ta moja M. bierze siły? Biega w zasadzie raz w tygodniu, a tu bum!, startuje sobie w półmaratonie nocno-leśnym i leci cały w równym tempie! Że też ją w tym bieganiu w podstawówce nie zatrzymali...

Za wiele met w swoim biegowym życiu to ja nie osiągnąłem, ale tak to jeszcze żadnego biegu nie kończyłem. Pięćset metrów, lekko z górki, asfalt, a my hamujemy, żeby nie przyśpieszyć! 5:41 to 5:41. Tup tup tup tup... i tylko patrzyłem zdziwiony, że nikt nas nie wyprzedza... przecież wlekliśmy się jak na pielgrzymce co najmniej, a tu mało co, a byśmy powyprzedzali paru biegaczy :) Zakręt jeden, drugi, uż przed metą złapaliśmy się za rączki i... już! Medale na szyjach, szatnie pod dachem, posiłek w szkolnej stołówce...

Kto wymieni wszystkie składniki dostanie mój medal! Aha, soli brak... :)

Pierwszy półmaraton w tym roku za nami. Jak na razie żadnych więcej nie planujemy, za trzy dni pobiegam w górach (Karpacz!), a potem już z górki do samiutkiego ZUKa...



0 komentarze:

Prześlij komentarz

 

Ultra Dystans Copyright © 2011 -- Template created by O Pregador -- Powered by Blogger