niedziela, 1 marca 2015

O szczęściu w bieganiu i rozwadze w życiu

Są takie dni, że coś nie działa tak, jak normalnie. Że po trzech kilometrach czuje się słabnące nogi, w głowie jakby zaczynało się kręcić, a żołądek podchodzi do gardła. Tempo za duże? Nie, trochę powyżej piątki  na kilometr. To co? Może cukier? Hm, fakt, nie pojadłem dziś miodu, od rana tylko sama kasza, banany i jajka z odrobiną soli. Chyba lepiej zawrócić do domu…

Uczucie osłabienia wzrasta. Czuję na twarzy krople potu, które jeszcze nie powinny się pojawiać. Zwalniam, przechodzę w marsz, staję. A może to przez te polarowe skarpety, opaskę i rękawiczki od Kanfora, które mam na sobie pierwszy raz? Nie jestem pewien, ale chyba nie. Nie czuję, żeby było mi za gorąco. Jakiś samochód mija mnie wyraźnie zwalniając. Czyżbym trafił akurat na kogoś tak wrażliwego? Ruszam. Kilka kroków, auto przyśpiesza i znika za zakrętem. Ale już nie staję. Po kilkunastu metrach robię parę naprawdę głębokich wdechów i zaczynam biec. Kierunek dom, postanawiam, trzeba przecież być ostrożnym, chuchać na zimne, zdrowie, a tym bardziej życie ma się przecież tylko jedno.

Mija kilka minut, a ja niepostrzeżenie rozpędzam sie i lecę już grubo poniżej piątki. Dziwne uczucie rozpływa się gdzieś wraz z każdym uderzeniem serca. To co? Dom czy jednak zgodnie z planem interwały w parku?, zaczynam się zastanawiać, zerkając co chwilę na wyświetlacz zegarka. Ok, park, postanawiam w końcu, przywołując w pamięci te wszystkie "nie ma nie mogę", "" czy setki innych haseł, którymi brać biegowo-crossfitowo-fitnessowa bombarduje się każdego dnia na fejsie.

A pamiętasz Lucka sprzed tygodnia?, przelatuje mi nagle przez głowę. No pamiętam, pamiętam, ale to co innego przecież, mnie nic nie będzie, to tylko chwilowe coś, niegroźne, bo inaczej przecież to by tak szybko nie minęło, nie? A tu popatrz, pięć minut i znów lecisz jak Bolt jakiś...

Więc park. Wpadam w alejkę niemal równo z piknięciem zegarka: 7 kilometr. Idealnie, uśmiecham się i cisnę pierwszą czterysetkę. Po tym dziwnym czymś nie ma już śladu. Tylko niewyraźne wspomnienie, które od razu spycham gdzieś głęboko w podświadomość. Trucht. Kolejne piknięcie i ogień. Co za moc! Jak dobrze, że nie zrezygnowałem...
Miało być dziesięć serii, wyszło dwanaście. Jakoś tak samo… Co, ja nie da rady? Za tydzień ZUK, który przecież się sam nie przebiegnie, więc na koniec robię jeszcze kilka serii wykroków. Dlugich, głębokich, wolnych i dokładnych. Niech pośladki i czwórki popracują trochę, wzmocnią się przed pierwszym zimowym ultramaratonem w górach. Jakiś facet stoi w otwartym oknie, pali papierosa i patrzy na mnie z wysokości drugiego piętra. Nie widzę zbyt dokładnie twarzy, nie wiem czy się uśmiecha, czy wybałusza gały zdumiony, że komuś może się chcieć tak męczyć. I to już po północy…
W domu wrzucam mokre ciuchy do pralki i na golasa robię sobie potreningowego szejka stojąc na jednej nodze na dmuchanej poduszce do balansowania. Wypijam stojąc na drugiej, po czym idę przystrzyc maszynką do włosów brodę, wziąć prysznic wyszorować zęby. M. już dawno śpi. O. też, jak zwykle z rozrzuconymi na boki rękoma, z głową za wysoko na poduszce i kotem pomiędzy nogami. Siadam i patrzę. Przypomina mi się trening i przez krótką chwilę mam ochotę oboje obudzić i opowiedzieć im, jak dobrze mi poszło.

A potem przypominam sobie ten dziwny atak i zastanawiam się, czy było warto. Czy Lucek też olewał takie rzeczy i cisnął dalej?

Kiedy ja w końcu zmądrzeję…?

0 komentarze:

Prześlij komentarz

 

Ultra Dystans Copyright © 2011 -- Template created by O Pregador -- Powered by Blogger