czwartek, 5 marca 2015

Ostatni trening, czyli zimowy ultramaraton już na horyzoncie

A więc to już. Koniec przygotowań do Zimowego Ultramaratonu Karkonoskiego. Ponad dwa miesiące pracy. Czuję moc. I to taką, jakiej jeszcze w swoim biegowym życiu nie czułem. Ale bać się boję. Bo tylko głupiec nie odczuwa strachu, nie?

Już za dwa dni wstanę o 4:30 rano, zaklnę (w duchu, żeby nie obudzić M. i O. śpiących obok) i razem z Maćkiem zacznę się szykować do wyjścia. Pewnie wcisnę w siebie ze dwa banany z syropem z agawy, może z pół batona od Chia Charge, popiję Muszynianką, ubiorę się i wyjdę na zbiórkę. Czy będzie zimno? Złe pytanie. Jak zimno będzie? Lepiej.

A to dopiero pierwsze z długiej listy...

Czy sprawdzą się rękawiczki od Kanfora? A czy skarpety polarowe nie obetrą mi pięt do kości? A czy kurtka zatrzyma wiatr? Czy złamię siedem godzin? Czy nie zgubię trasy? Czy woda mi w bukłaku nie zamarznie?

Co by się nie działo, to dam radę! Czuję się naprawdę silny. Kostki mocne, łydki napięte jak baranie jaja. Żyłki nawet gdzieś tam się nieśmiało pokazują :) Głowa też w porządku. Cieszę się i tupię już z niecierpliwości.

Mój pierwszy ultramaraton zimą! Ja cię...

A ilu ludzi tam poznam. Grzesiek z Natural Born Runners, Filip z Psem Komandosem, Kargol bloger kumpel Krasusa też blogera. I pewnie jeszcze paru innych ciekawych ludków od biegania się trafi, trzeba więc chyba potrenować jutro uśmiech przed lustrem, żeby na ponuraka nie wyjść. Bo biegania to me drugie życie jest przecież, a że żyć chcę zacząć godnie w końcu to i znajomości się przydadzą...

Najbardziej martwią mnie dłonie. No coś mam z tym krążeniem w paluchach, bo tak łatwo mi marzną, że nawet dziś na treningu (jakieś plus dwa stopnie) było mi zimno i musiałem kciuki i wskazywacze wysunąć z palców. Co jest? Może ADR-4 znów kupić? Pamiętam, że kiedyś zdaje się pomogło i przestały mi tak marznąć dłonie i stopy. Ale 176zł...? Rozumiem wynalazek, patent, moc zaklęta w magnesach, ale heloooł, tu jest Polska! Nie landy zachodnie, gdzie pewnie za pińć euro doktor inżynier Wosiński to sprzedaje. Czemu nie ustalić ceny poniżej stówki i sprzedać więcej? Że niby drogie to na pewno działa?

I jeszcze słów kilka o tym, jak trenowałem, bo zapisków żadnych nie robię i za pół roku zapomnę. A więc siła, siła i jeszcze raz siła. I znów siła. Górki, góreczki, błoto, śnieg głęboki też jak się jakiś trafił. Podbiegi i wykroki, ale nie tak że o podjeżdżam sobie samochodem pod górkę i kicam. Co to, to nie! Z domu biegłem, co w najkrótszej wersji dawało mi 5km, podbiegi i okrężną drogą do domu. Minimum 14, po których dobijałem uda i dupsko wykrokami.

A w domu stability core w wersji z Lidla, czyli balansowanie na dmuchanej poduszce z kolcami. Raz lewa nóżka, raz prawa. W międzyczasie piciu jakieś, bananek, jabłko. Pomarańcz jak się trafił. I dopiero kąpiel, w czasie której szorowałem całe ciało szczotą tak, żeby krążenie pobudzić i syfy wszystkie wypłukać z komóreczek zmęczonych :)

Często też łączyłem akcenty. Podbiegi i interwały na jednym treningu na przykład. Albo dzień po dniu i dopiero dzień przerwy. Albo rano i wieczorem trening, ale to ze dwa razy może tak wyszło.

No i dieta... cudowna hiperfantastyczna zdrowa i modna dieta bezmięsno - bezpszenicowo - bezmleczna. Jakże ja bym chciał zacząć o niej regularnie pisać :) Ciach, wpisałem już na listę zadań do zrobienia. Tuż obok tuzina innych rzeczy, które zrobię choćbym się miał nie wyspać ze trzy razy :) Ale nie dziś, bo dziś to ostatnia noc, kiedy sobie dłużej pośpię. Bo wiecie, za dwa dni ZUK, a jutro do Karpacza dojechać trzeba...

Idę do wyra. Piona.

0 komentarze:

Prześlij komentarz

 

Ultra Dystans Copyright © 2011 -- Template created by O Pregador -- Powered by Blogger