środa, 18 marca 2015

Złe dni i nieuchronna bliskość dołu...

Dzień jak co dzień, znaczy siedzę przed kompem, tracę czas i przegryzam liście bejbi szpinaku w towarzystwie musztardy miodowo-makowej. I jeszcze trochę warzyw, które ugotowałem na parze przy użyciu prądu oraz parownicy. Znów w dół lecę...

Kolejny wpis na raty. Zaczęty w niedzielę, kończony w środę...

Taka sytuacja: piątek, zjazd na uczelni, nowa Pani Doktor i nowy przedmiot. Wpadam spóźniony nieco, bo już dawno po Łodzi o tej porze nie jeździłem i ruszyłem z domu zbyt późno. Korki, budowy, te sprawy... Siadam, widzę nową twarz i kilka starych, znajomych, krawata nie poprawiam bo nie noszę, ale za to ściągam bluzę i rozsiadam się jak zawsze w pierwszym rzędzie. I już mnie złość na nowo bierze, bo Pani Doktor szepce jakbyśmy w katedrze byli, "kto umarł?", mam ochotę zapytać, ale siedzę cicho i tylko przekrzywiam głowę, żeby tym lepszym, zdrowszym uchem wyłapać cokolwiek z doktorowego szeptu.

Mam za swoje. Kalectwo wymaga uwagi, tyle tysięcy na aparaty dwa wydane, a ja siedzę i gotuję się w środku, bo nie słyszę, co się na wykładzie dzieje.

I nagle pada hasło, żebyśmy się sobie wszyscy przedstawili. Pomysł Pani Doktor, w której usta wpatruję się w nadziei, że do dźwięków tych nielicznych uda mi się dorzucić kilka wyrazów stamtąd wyczytanych. Zaczynam, bo nikt z pozostałych się nie kwapi i rzucam kilka zdań o wieku, pochodzeniu i zainteresowaniach. Że 38 lat, że z Pabianic, że biegam, i że ultramaratony mnie kręcą (rzecz znamienna: ani słowa o pisaniu). I rozwija się krótka wymiana zdań, której nie pamiętam, ale którą kończę stwierdzeniem, że całe to moje bieganie to jest autodestrukcyjna działalność1, takie niszczenie się powolne, coś jak sznytowanie czy przypalanie papierosami (czyimiś, sam nigdy nie paliłem) w młodości czy robienie tatuaży teraz... "Ale dobrze jest z tym Panu?", zapytała Pani Doktor bez wyraźnej troski w głosie. "Dobrze", potaknąłem, po czym uwaga wszystkich przeniosła się na kolejną osobę, mnie zostawiając z myślami, że oto najprawdopodobniej rozwiązałem zagadkę swojego biegania. Niszczę się, niszczę... coś w tym jest na pewno, jak się nad tym zastanowić dokładniej.

Poniedziałek
To jeden z tych dni, w których wyjście z łóżka i życie staje się zbyt trudne. Otępienie, niemoc, beznadziejność... po dwóch zmarnowanych godzinach mam ochotę usiąść i popłakać się jak małe dziecko. Wrócić pod kołdrę, zawinąć i zasnąć. Nic się nie uda. Nigdy, przenigdy nie pozbieram się z tego dołu, w który wpadłem przez własną głupotę. Czas, dni, tygodnie mijają, a ja tkwię w miejscu. Wszyscy wokół działają, pracują, realizują się, cieszą, wyjeżdżają, mają wolne, czas wolny, czas przyjemny... a ja nawet jak siedzę sparaliżowany strachem i przytłoczony beznadziejnością swoją własną, to się męczę. Bo myślę o tym wszystkim, czego nie udało mi się po raz kolejny zrobić. O tym, co zrobić mogłem, ale nie dałem rady. O tym, że kolejny dzień za mną. Nie, nie boję się śmierci, umrzeć mógłbym choćby dzisiaj, ale martwi mnie, że ktoś mimo wszystko po mnie zapłacze... Tylko może lepiej jednak, żeby teraz popłakał, a potem wyszedł na ludzi? Ale jeśli moje odejście go złamie i zgasi iskrę, która z pewnością w nim się tli gdzieś tam w głębi...

Wtorek
Wstałem, zrobiłem O. kanapki do szkoły, zawiozłem i poszedłem biegać. 21 kilometrów trasą maratonu. Godzina czterdzieści dziewięć, na luzie, zamyślony, niemal w jednym tempie. Zaraz minie rok od mojego pierwszego startu. Gdzie zaszedłem? Po bieganiu czuję się lepiej, "zakwasy" w obu mięśniach brzuchatych to tylko dodatkowy bodziec, sygnał o znaczeniu "czujesz, żyjesz". Na jak długo wystarczy? W firmie oczekują ode mnie działań, pomysłów i efektów. W domu też. Ja sam tego też oczekuję od siebie i to wszystko razem wzięte sprawia, że mam chęć otrząsnąć się z tego i znaleźć sposób na to całkowite znieczulenie. I jeszcze te telefony z firmy, która kupiła mój dług od Poczty Polskiej... Miła pani, której nie obchodzi moje zdrowie, moja głowa, moje problemy. Dług jest długiem, jeśli nie swój a na mnie to tym gorzej. Frajerstwo nie popłaca...

Środa
Znów obudziłem się złamany, upośledzony psychicznie, zmęczony udawaniem, że wszystko jest w porządku, że trzeba działać, że świat należy do odważnych, bystrych, mądrych, przebojowych i takich, co kradną, ale nie dają się złapać. Ale przynajmniej skończę wpis na bloga. Tylko po co piszę? Znów jakaś ekshibicjonistyczna chęć pokazania czegoś, co do pokazywania nie powinno być przeznaczone? Wciąż mnie nie ma na FB i wciąż zastanawiam się, czy tym być warto. Ultra Dystans to przecież nie wesołe i pozytywne Biecdalej.pl Krasusa, czy Osiołkowe porady, jak być pięknym i bogatym. Z naciskiem na bogatym i w podtekście, który odczytuję szóstym zmysłem, szczęśliwym, bo bogactwo monetarne szczęście daje bez wątpienia i tylko głupi twierdzą, iż jest inaczej...

Kończę litościwie, zbieram się, dziś dyżur w firmie, coś zrobić trzeba, znów co prawda nie z listy, która patrzy na mnie z wyrzutem z blatu biurka, ale przynajmniej pożytecznego, kawa wypita, łydki wciąż w regeneracji, więc biegania dziś raczej nie będzie, choć może wieczorem, nie mówię nie, nie mówię nigdy, to jedno, czego nauczyło mnie dotychczasowe, wypełnione okazjami niewykorzystanymi, życie...


Przypisy:

1 - Idea samodestrukcji przez bieganie nie jest niestety moim wymysłem. Przeczytałem o niej na blogu ultrarunning.pl w poście pod tytułem: Ultrarunning – transgresja czy autodestrukcja.

1 komentarze:

Prześlij komentarz

 

Ultra Dystans Copyright © 2011 -- Template created by O Pregador -- Powered by Blogger