środa, 11 marca 2015

Zimowy Ultramaraton Karkonoski - zimowy debiut

Miało być siedem godzin. Sześć nawet, jak palnąłem idiotycznie tuż przed startem zapytany, na ile biegnę... A było? Było śniegu po kolana, zmęczenia od groma i satysfakcji od zaje... Eeee, ten tego... są tu jakieś dzieci? Są? Aha, no w takim razie to dużo bardzo!  Tej satysfakcji znaczy...


A więc tak to wygląda...

Noworoczny wystrzał z ultraszampana już za mną. Korek poleciał gdzieś w kąt i pewnie już go nie znajdę, choć zapamiętam na bardzo długo. Rok 2015 rozpoczęty z przytupem. Sezon otwarty. Druga edycja ZUKa już za mną. Mój pierwszy zimowy ultramaraton. Pożegnanie zimy w stylu, którego jeszcze rok temu nigdy bym się po sobie nie spodziewał. Długie kilometry w głębokim śniegu, oblodzone stopnie na pogrążony w chmurach szczyt Śnieżki, temperatura spadająca chwilami do minus dwunastu stopni i wreszcie to, co najbardziej mnie cieszy: szybkie wyjście z kryzysu na na ostatnich kilometrach.

Rany julek, przecież ja rok temu to robiłem w gacie ze strachu przed pierwszym w życiu startem!

W półmaratonie!!!

O tak, zadowolony jestem z tego mojego zimowego debiutu w górach... :)

Karpacz 

W D.W. Mieszko byliśmy z M., O. i Maćkiem w piątek tuż po trzynastej. Podróż, mocha na Orlenie, recepcja, kluczyki, pokój, oględziny, pierwsze siusianie po podróży... wszystko bez problemu. Ledwo wchodzimy O. od razu chce jeść i rozdziawia paszczę. Ja zresztą też, choć ja swój makaron orkiszowy z syropem z agawy wcinam na stojąco, a on buły z serem na leżąco.

Nerwy. Niepokój narasta we mnie niczym mały obcy w Ripley. Nie daję rady usiedzieć, łażę po pokoju, wyglądam przez okno na parking i w końcu schodzę na dół, do głównej sali zamienionej na biuro zawodów, gdzie jako jeden z pierwszych odbieram pakiet. Znów łażę trochę, Krasusa jeszcze nie ma, ale jest Grzesiek z NBR (Natural Born Runners), który znakował wczoraj i dziś trasę, pytam go więc o kolce, bo widzę, że ma na stoisku, kupić czy nie kupić, bo nie wiem jak moje Walshe poradzą sobie zimą w górach. Dadzą radę, uspokaja mnie Grzegorz, dużo lodu na trasie nie ma, jest za to masa świeżego śniegu. Nie wiem, czy to źle czy dobrze, nie pytam żeby na ignoranta nie wyjść, ale znów nerwy, bo jak dla mnie to "masa świeżego śniegu" nie brzmi zbyt obiecująco...

Po obiedzie M. z O. idą na narty, a my z Maćkiem robimy kółeczko wąskimi uliczkami w cieniu Śnieżki i wracamy po godzinie do hotelu, gdzie znów wcinam makaron z agawą i piję słodką kawę. Do odprawy ponad godzina, czas wlecze się, próbuję zasnąć, ale budzi mnie coś gwałtownie i już tylko przewracam się z boku na bok. Może i dobrze, myślę sobie, przecież potem mogę nie zasnąć...

Zimowy Ultramaraton Karkonoski
Chyba z pięć razy sprawdzałem, czy wszystko mam...
Polana Jakuszycka

Gdy wsiadamy do autokarów jest jeszcze ciemno. Nogi, ręce i w ogóle wszystko wciąż drży mi po tym, jak pół godziny wcześniej okazało się, że spodnie wziąłem M., a nie swoje... (takie same mamy Dobsomy R-90, tylko że rozmiary nieco inne i w jej wyglądałem, jakby wcisnął się w syna getry). Mało się nie rozpłakałem i zbladłem podobno strasznie, ale co się dziwić, przecież gdyby nie Krasusowa pomoc to chyba bym obcinał bojówki swoje, tuż po dupą, żeby mieć cokolwiek na tyłku, a nie lecieć przez Karkonosze w legginsach rowerowych z Lidla...

O 5.45 ruszamy spod Mieszka, a ja wyciągam z reklamówki pudełko po lodach i dosłownie wciskam w siebie półtora banana upaćkanego nutellą. Mam jeszcze półlitrową butelczynę malinowego drinka mocy od Chia Charge, ale po kilku łykach mam dość. Nerwy, nerwy, nerwy... Czy jestem dobrze ubrany? Czy rękawiczki dadzą radę? Bo nic innego poza ubiorem mnie nie martwi. Po Łemkowynie wiem, że tylko mróz może mnie dziś rozłożyć na łopatki. Wysiadam jako ostatni. Wszyscy są już albo przy ognisku, albo stoją w dłuuugiej kolejce do ubikacji. Rozglądam się. A więc to tutaj startuje słynny Bieg Piastów. I pochodni kilka wbitych w śnieg się pali. Ależ pięk... I nagle trach! Poziom adrenaliny skacze mi gwałtownie, muszę oprzeć się o stół jakiś, żeby przeczekać kilka gwałtownych skurczy żołądka. Na szczęście banan z butelką zostają na miejscu, a ja już na spokojnie mogę iść w krzaczki, do ogniska, wypić Chia drink, poznać się z Psem Komandosem, włączyć lampkę, przebić z Maćkiem piątkę, podskoczyć ze cztery razy, pomachać do drona z kamerką i wystartować...

ZUK, część właściwa

Chyba właśnie przez brak porządnej rozgrzewki pierwsze kilometry wydają mi się ciągnąć w nieskończoność. Kawałek ośnieżonym terenem, nawrót, ze dwa kopce ziemi usypanej w poprzek trasy, skręt i jakieś trzysta metrów asfaltu. Mam wrażenie że się wlokę, nie biegnę, Maciek już ze sto metrów przede mną, a mieliśmy się trzymać razem, co on wyprawia, kilometra jeszcze nie zrobiliśmy, a tempo takie? Za chwilę znów skręt, znów teren, śnieg coraz głębszy, robi się coraz węziej, aż w końcu nie ma innej rady, trzeba truchtać gęsiego, truchtać, truchtać, aż w końcu przechodzimy w marsz, jeden za drugim, raz wolniej, raz delikatnie przyśpieszamy, śniegu po pas, wzrok wbity w ziemię, jedno spojrzenie gdzieś w bok, na widoczki jakieś, albo drzewa ośnieżone przepięknie i już wypada się z rytmu, już noga ginie w śniegu i trzeba się kijkiem zaprzeć, usiąść niemal żeby całkiem się nie wyłożyć... Jak Ci pierwsi dali radę tu biec, zastanawiam się, bo zakładam, że biegli, skoro chcieli sześć godzin łamać, to takim spacerkiem już na pierwszych kilometrach podejścia pod Halę Szrenicką na pewno Karkonoszy nie zwiedzali.

Zimowy Ultramaraton Karkonoski
Czasem dobrze mieć kumpla z aparatem za plecami... :)

I ta temperatura! Chyba ze dwa na plusie i choć tempo liche (wyprzedam gdzie się da, ale nie za dużo, bo w końcu to dopiero pierwsze kilometry i nie chcę tracić zbyt wielu sił na walkę o kilka metrów w głębokim śniegu) to jednak spływam potem, kurtka okazuje się zbyt gruba, wiedziałem, wiedziałem ku@$%!@a, że coś z ubiorem nie będzie grało...

A potem nagle wypadamy z lasu i widać schronisko, gdzie całkiem sporo z tych, co bezpośrednio przed nami w ogóle nie staje, tylko leci dalej, pod górę, ale ja łapię za kubek z izotonikiem, bo prawie wcale nie piłem z bukłaka, Maciek chce kilka zdjęć, ale przepocony zaczynam błyskawicznie marznąć, dopijam więc drugi kubek i ruszmy dupska, mówię, bo ciepełko leśne zostało za nami...

Zimowy Ultramaraton Karkonoski
Fot: Bikelife

Zimowy Ultramaraton Karkonoski
I znów fotka Maćka...
Oj zostało, zostało... Już na Szrenicy wiedziałem, że grubsza kurtka to był strzał w dziesiątkę, bo chwilami było przeraźliwie zimno, wiało, wszystko w koło zamarznięte, drzewka, krzaczki, słupki jakieś też pokryte lodem i śniegiem, Arktyka normalnie jakaś, palce zaczynają mi marznąć, niedobrze, oj niedobrze, więc przyśpieszam, bo i śniegu na drodze do Śnieżnych Kotłów mniej, albo przynajmniej jest on bardziej ubity, ścieżka jest szersza, idę więc i biegnę na zmianę, ależ wieje chwilami, ze dwa palce sztywnieją, tracę w nich czucie chyba, i zastanawiam się, kiedy zrobią się całe czarne jak Michałowi Kiełbasińskiemu...

I nagle na kolejnym podejściu słyszę jakieś szust, szust z tyłu, odwracam się, a tam facet jakiś starszy zasuwa na biegówkach pod górę, mija mnie, bez czapki i w bluzeczce jakiejś cienkiej, uśmiechnięty, radosny, czy on puścił do mnie oczko!, i znika na szczycie... przyśpieszam, już go nie ma, już zjechał chyba, albo się rozpłynął w powietrzu, nieważne, zaciskam piąchy, rozglądam się chwilę, patrzę na Śnieżne Kotły, ależ tu pięknie, tak biało i tak surowo, oglądam się na Maćka, dogania mnie już, trzeba więc cisnąć dalej, jeszcze tylko ze czterdzieści kilometrów i meta...

Kryzys

Największy kryzys miałem za Przełęczą Okraj, co dziwne, bo nawet sama Śnieżka, pogrążona w chmurach i oblodzona, nie zdołowała mnie tak bardzo, jak ta leśna ścieżka, którą zbiegałem gdzieś w okolicach Kowarskich Kopalni. Przez chwilę nie chciało mi się nic już w ogóle, myślałem tylko o tym, żeby stanąć w słonku, usiąść może nawet ziemi, poczekać, Maciek jest przecież niedaleko, zaraz tu będzie, pogadamy sobie i razem dojdziemy jakoś do tego deptaka w Karpaczu... Na szczęście szedłem dalej, truchtałem, szedłem, truchtałem, aż w końcu wszystko rozpłynęło się po dziesięciu może minutach i wróciłem do walki. Biegiem, biegiem, biegiem... tylko na podejściach przechodziłem w marsz, a tak to biegiem, ludzie rodacy, sam siebie poznać nie mogłem, skąd nagle tyle chęci do biegania mi się wzięło, skąd taka wola walki o każdą minutę, uśmiech na twarzy, machanie turystom klaszczącym z entuzjazmem, ba, zachęcałem nawet mijanych biegaczy do walki, dawaj, dawaj chłopie, odpoczniesz sobie za piętnaście minut przecież, a nie teraz spacerki tu jakieś uprawiasz...



A potem już tylko ostatnia wspinaczka, dwadzieścia metrów błota po kostki na Pohulance, szaleńczy zbieg wzdłuż stoku, schodki i finisz na deptaku, gdzie czekali na mnie M. i O., i tylko minuty i dwudziestu jeden sekund mi zabrakło, żeby złamać osiem godzin w takim starcie...

wykres garmin 310xt zimowy ultramaraton karkonoski
Garść statystyk

Zimowy Ultramaraton Karkonoski Karpacz


Co dalej?

Od początku roku czułem narastającą moc i ZUK tylko to potwierdził.Warto było po pamiętnej Łemkowynie czekać, zdrowieć, odpuścić chęci na jakiś dłuższy start i skupić się na trenowaniu.  Idę w dobrym kierunku. Treningi się sprawdzają, muszę tylko dołożyć trochę więcej akcentów na siłę. Może schody jakieś?

Trzy dni odpoczynku wystarczą, nic mnie już nie boli, nic nie ćmi ukradkowo gdzieś przy kostkach...

Dziś pierwsze bieganie. Pola i pies, dyszka pewnie, a na koniec pewnie trochę wykroków. Bo uda muszę wzmocnić, choć w sumie to na ZUKu właśnie na podejściach szło mi w drugiej połowie najlepiej. Myślę już nad sztangą prowizoryczną, którą u "teściowej" na polu będę trzymał i dobiegał do niej w trakcie trenowania. Może jakaś solidniejsza gałąź i ze dwa worki z piaskiem? Powinno wystarczyć, muszę tylko mocowanie między dwoma drzewami zrobić, żeby z marszu na bary brać, a nie rwać z ziemi i podrzucać na klatę...

Bo 3xBabia sama się nie zrobi, co nie...? :)

Sprzęt:

Wrażenia z użytkowania poszczególnych części mojej garderoby wrzucę niebawem, ale tak ogólnie i z grubsza to leciałem:

- w butach Walsh PB Elite Trainer (rewelacyjna przyczepność, choć but nieco za wąski na takie dystanse)
- rękawiczkach Furio i skarpetach Trip od Kanfor z Łodzi (stópki cieplutkie i prawie suche, a dłonie... cóż, moim paluszkom chyba nie nie pomoże:)
- spodniach Dobsom R-90 z lidlowymi getrami pod spodem
- czapce Brubeck
- kurtce Nike Storm Fit 5

0 komentarze:

Prześlij komentarz

 

Ultra Dystans Copyright © 2011 -- Template created by O Pregador -- Powered by Blogger