niedziela, 5 kwietnia 2015

Wielkanocne przemyślenia, życzenia i garść lęków jako przyprawa

To chyba nic złego, że uśmiecham się na myśl o świętach, prawda? Że nie martwi mnie jutrzejsze wielkanocne śniadanie, życzenia, rodzinne grono przy stole. Że nawet cieszę się na myśl o jajeczku, białej kiełbasce i wypełnionych cukrem ciastach...

Właśnie zaczął się czwarty miesiąc tego roku. Roku, w którym wszystko ma się zmienić na lepsze. Koniec z ciągłym zbieraniem kopniaków w jaja i pełnym rezygnacji oczekiwaniem na mannę z nieba, która jakoś sama nie chciała mi spaść w nadstawione łapska. Działam i całe to działanie zaczyna do mnie wracać. Uśmiecham się dużo więcej i wszystkie te uśmiechy otaczają mnie coraz bardziej, tworząc wokół niewidoczną, ale odczuwalną tarczę, od której odbija się coraz więcej lecącego w moją stronę gówna.

Jestem wdzięczny za wszystko. Za nową pracę (choć wciąż na jedną szóstą), za nowych znajomych, za nowe doświadczenia i kolejne wyzwania. Trzymam kciuki za Chia Charge, niech rośnie, niech się rozwija, niech będzie wkrótce wszędzie, w każdym sklepie ze zdrową żywnością, automacie w szkole i korporacji, w każdym samochodowych schowku, dziecięcym plecaku, biegowej nerce też każdej, najlepiej niech dodają coś z naszym logo do wszystkiego, co szkodzi przecież w tym, żeby baton był w komplecie wraz z telewizorem, czajnikiem czy gazetą poranną?

Oooo, ale to świetny pomysł jest! Batonik do Faktu! Coś dla ducha i ciała, choć duch po takiej lekturze to raczej do wymiany jest, ale ciało przynajmniej zdrowe będzie i kto wie, może się ta cielesna zdrowość przysłuży jakoś duchowi, zmusi go do myślenia i zmiany nawyków na lepsze nieco...?

Tak więc idę spać, za chwilę pierwsza w nocy, poczytam coś przez chwilę, coś nowego, bo wczoraj skończyłem już "Wstrząsające dzieło kulejącego geniusza", bestseller kolejny i kolejny, którego nie poczułem swym jestestwem, bo czytanie po kilka stron w łóżku, jak się już pada na przysłowiowy ryj jest do - też przysłowiowej - dupy...

Tylko jeszcze żebym się tak nie bał tego, że za chwilę wszystko to się rozpieprzy i znów będzie jak dawniej. Że już za późno na zmiany w psychice O., który za dwadzieścia lat powie mi, że powinienem lać go pasem, a nie tylko tłumaczyć. Że nigdy nie spłacę długów i do końca życia będę zastanawiał się, kto puka do drzwi. Że nigdy nie wygram w totka i nie spłacę tego syfu od ręki. Że mi się przestanie chcieć i znów będę tym samym, pogrążonym w depresji smutasem...

Ale dobrze, miało być wesoło, optymistycznie i radośnie przecież! Więc hej!, podskakuję na tyłku, odrętwiałym już nieco od siedzenia na tym mało wygodnym krześle, od którego pewnie krzywi mi się jeszcze bardziej kręgosłup, i od którego nie udało mi się dziś oderwać na trening, nie pobiegałem, choć chciałem i nie wydarzyło się nic, co by mi w wyjściu przeszkadzać mogło. No nic, to jedna z tych rzeczy, które muszę udoskonalić, zaplanować, wdrożyć i bezwzględnie przestrzegać.

Pobiegam jutro. Pewnie przed obiadem, a już po śniadaniu. Psa Reksia zabiorę na pola, utytłamy się i zmordujemy razem, znów po dziesiątym kilometrze się podda i to on będzie gonił mnie, a nie ja jego. Poczciwy psiak, co życie sobie uratował niemal odgryzając mi prawego kciuka... Że co proszę? Nie opowiadałem jeszcze tej historii z paraliżem, gryzem i weterynarzem idiotą? W takim razie bardzo przepraszam, ale już nie dziś, minutki lecą bowiem nieubłaganie, oczka się kleją, podusia przyciąga, czar nowej książki oplata już łepetynę... może jutro. Albo za tydzień, bo coś ostatnio mało czasu mam i nawet muszę fejsiunia odłączyć chyba, aż się Gotowy do Biegu drukiem nie ukaże... )

Wesołych Świąt wszystkim!

0 komentarze:

Prześlij komentarz

 

Ultra Dystans Copyright © 2011 -- Template created by O Pregador -- Powered by Blogger