piątek, 8 maja 2015

Gwint za progiem i poranne budzenia

Firma windykacyjna budzi mnie niemal co rano krótkim dzwonieniem na komórkę. Zjadłem właśnie ostatnie śniadanie przed jutrzejszym Gwintem. Pracy dużo, a wynagrodzenia wciąż nie widać. Biegam, choć boli. Ot, taki sobie maj, roku 2015...

Czemu pozwalam sobie na niepisanie? Przecież wpis w pamiętniku to nie tekst na bloga branżowego, czy do periodyka jakiegoś o kulturze francuskiej w polskich realiach. Siadam i piszę. Opisuję, co mnie spotkało. Rach, ciach, anegdota jakaś, smutek może, ciekawostka. I dalej do pracy. To dlaczego mija niemal miesiąc od ostatniego wpisu?

Nie wiem. Kilka razy naprawdę przymierzałem się do pisania, miałem o czym, w końcu dziecko oskarżyli mi niemal o bandytyzm i rzucanie klasą całą o podłogę, przeżyłem prawdziwy dziennikarski ultramaraton, kontuzję miałem lekką i nie biegałem, owijałem łydkę prawą dętką rowerową - jak zaleca Kelly Starret - i zajęcie mam arcyciekawe przy tłumaczeniu książki...

Jutro Gwint - trasa Normal. Drugi start ultra (pierwszy był kosmiczny ZUK - relacja tutaj) w tym roku. Znów jadę nieprzygotowany. Cieszę się, chcę biec, chcę powalczyć, chcę zmazać to swoje wewnętrzne poczucie porażki po zeszłorocznym spacerze na Transjurze (klik-klik relacja), ale czuję się swoimi przygotowaniami nieusatysfakcjonowany :) Dziesięć dni przerwy w drugiej połowie kwietnia, bolesne obie łydki (na mój gust to bolą mnie oba płaszczkowate i nie są to "zakwasy", prędzej chyba przemęczenie, a może faktycznie mam pronację?, wciąż przecież pojawia się coś w tym miejscu, może trzeba w końcu się tym zająć, sprawdzić, spróbować). Teraz biegam, ale z zakładanych jeszcze w marcu setek kilometrów miesięcznie nic nie wyszło, jadę więc na przetrwanie, bo choć tydzień temu zrobiliśmy z Maćkiem 35km w przyzwoitym tempie, to trochę to za mało by spokojnie przebiec setkę z hakiem.

Windykator może tylko dzwonić, pisać i namawiać do spłaty zadłużenia. Może też przyjść pod okna i stać na deszczu ze wzrokiem utkwionym w kuchenne okno mieszkania, w którym przebywam tymczasowo. Przykro mi trochę, że w te długi się wpieprzyłem, ale nie mam, panie windykatorze, z czego spłacać. Chia Charge Polska dopiero się rozwija, Krasus odwala niezłą robotę, Kaśka się stara, a moje ćwierć etatu nie na wiele się przydaje. Ale trzymam kciuki, bo towar jest pierwsza klasa, mam kilka batoników na jutrzejszą przygodę pod Poznaniem, trochę ziaren chia też mam, bo napój cudowny z tego wychodzi, i wierzę, że ta marka jeszcze pozwoli mi co nieco pospłacać w przyszłości, bo jakoś nie mam ochoty żyć z długami do końca życia, chciałbym dziecku coś więcej zostawić, inne trochę pamiątki, a nie tylko oświadczenie do podpisania, że zrzeka się wszystkiego po tatusiu, łącznie z jego długami...

I na koniec mała niespodzianka. Kolega do mnie dzwoni z miesiąc temu, mówiąc, że w firmie produkującej medale wisi kalendarz Festiwalu Biegów w Krynicy i jestem Marcem. O rany! Nic mi nie wiadomo, żebym był twarzą miesiąca, ale fajnie. I zapomniałem prawie, a tu wczoraj przesyłka doszła, pudło wielkie, aczkolwiek lekkie, a w środku kalendarz tenże, którego wysyłkę z owej firmy kolega ów mi załatwił. Dzięki!

krynica zdrój festiwal biegów ultramaraton
Ależ ja miałem technikę... :(
Niezła fotka, prawda? Krynica Zdrój, 66km, relacja tutaj. A ze dwie strony dalej Świerc Marcin jest, ale kto by tam patrzył... :)

PS Chyba wiem, czemu nie pisałem: wciąż brak mi organizacji i umiejętności skupienia się na kilku rzeczach jednocześnie. Ale mam dobre wzorce w tych sprawach. Szkoda tylko, że mieszkają w innym mieście ;)

0 komentarze:

Prześlij komentarz

 

Ultra Dystans Copyright © 2011 -- Template created by O Pregador -- Powered by Blogger