piątek, 29 maja 2015

Nieznośna szybkość gniewu

To chyba najkrótszy maj w moim życiu. Mam wrażenie, że wczoraj się zaczął, a już za dwa się kończy. Chyba nie dla mnie takie życie... Jeszcze tylko tego brakuje, żebym zaczął rezygnować ze snu, który jak dotąd najlepiej sprawdza się w postaci muru obronnego chroniącego mnie przed armią Gniewu i Wściekłości. Jak długo jeszcze uda mi się żyć w mieście od lat obleganym?

   Syn mój kończy za chwilę czwartą klasę. Olewa szkołę (co nie jest do końca takie złe) i olewa wszystko, co staramy mu się z M. przekazać (to już tragedia). Szkoła wiadomo: zabija kreatywność, tłamsi i wpycha do głów wszystko, tylko nie to, jak radzić sobie w życiu. Od tego jesteśmy my, rodzice. I boli mnie, bo rodzicami idealnymi nie jesteśmy. Czasem to nie wiem nawet, czy jesteśmy w tym choćby dobrzy. Na pewno się staramy, ale nie zawsze wychodzi. Sporo złego już się stało i nic tego nie cofnie. Na szczęście wychowanie dziecka to walka długa. Dłuższa niż jedenaście lat i choć w połowie jesteśmy mniej więcej - i ta połowa zastała nas w odwrocie - to nawet nam do głowy nie przychodzi się poddać. Choć nie, przepraszam, cofam ostatnią część ostatniego zdania. Czasem mówię mu, że wiecznie nie będę się przejmował, tłumaczył, zrzędził i prosił. Że nadejdzie dzień, w którym mi się odechce i naprawdę skupię się wyłącznie na sobie. A co? Chce kopać przysłowiowe rowy, niech kopie. Ja za to nie chcę być zmuszonym do szukania puszek w śmieciach i zbierania tektury...

  Gniew. Zarówno książka, jak i sytuacja sprzed kilku dni głęboko mną wstrząsnęły. Szacki udusił dziewczynę, a ja zdzieliłem zeszytem O. przez głowę. Ze dwa razy. Wybuch gniewu odarł mnie z ojcostwa, być może z człowieczeństwa nawet, przesłonił widok, zatkał kanały doprowadzające zdrowy rozsądek do mózgu, zgiął w pół, złamał i na koniec wyżarł kwasem kolejny ślad w głowie mojego dziecka. Czy do końca będzie już pamiętał ten moment? Czy tak jak ja, będzie wspominał ojca pochylającego się nad biurkiem przy robieniu lekcji, tłumaczącego po raz setny zadanie i wybuchającego gniewem na ziewnięcie? Przepraszam smyku, stało się to już i mogę mieć tylko nadzieję, że wspomnienie to wyblaknie kiedyś na tyle, że nie będzie zbyt straszne. I jeszcze ta książka. We wtorek wieczorem wściekam się na dziecko, by dwie godziny później czytać taki o to fragment:

 Hela patrzyła na niego oniemiała.
– Wiesz, że pierwszy raz opowiadasz mi o pracy?
– Serio?
Potwierdziła skinieniem głowy. Dziwne, nie zdawał sobie sprawy, zawsze miał wrażenie, że rozmawiają o wszystkim.
– I zastanawiałem się, czy ja też jestem zdolny do czegoś takiego. Czy każdy mężczyzna obnosi swoją fizyczną przewagę, gotowość do przemocy, taką niewysłowioną groźbę, że wszystko jest cacy, ale jakby co, to pamiętajcie, kto waży trzydzieści kilo więcej i ma z natury mocniejsze mięśnie szkieletowe. Dlatego pytam.
Milczała przez chwilę.
– Ale nic mi nie zrobisz, jak nie trafię z odpowiedzią?
– Bardzo śmieszne.
– Nigdy się nie bałam, że mnie uderzysz. Nawet jak wyrzuciłeś mi Milusia przez okno.
– Nie mów, że to pamiętasz.
– Jakby to było wczoraj.
– Puściły mi nerwy, ale to było pół żartem. Zaraz go przyniosłem zresztą.
– Wiem, wiem. Ale wtedy się bałam. Nie, że mnie uderzysz, tylko to było takie straszne. Krzyczałeś i machałeś rękami, i w ogóle.
Nie wiedział, co powiedzieć. Dla niego to była zabawna anegdota, opowiadał ją czasami, żeby rozerwać towarzystwo. Myślał, że to koniec, że wyłgał się jednym wydarzeniem i że może odetchnąć z ulgą. Ale Hela mówiła dalej.
– Czasami bałam się, że będziesz krzyczał. W pewien sposób ciągle się boję.
– No fakt, jestem cholerykiem. – Próbował zbagatelizować sprawę.
– Nie wiesz, jak to wygląda z drugiej strony. Jak ktoś nachyla się nad tobą taką wielką twarzą i wydaje głośne dźwięki. Twarz człowieka w złości robi się taka zwierzęca. Pamiętam ten twój grymas, tak blisko, że widziałam, jak ci pod wieczór zarost odrasta na policzkach, takie mikroskopijne włoski. I hałas. Pamiętam, że nie słyszałam słów, tylko hałas, jakby mnie atakowały te dźwięki, trzymały, nie pozwalały uciec. − Mówiła to spokojnie, beznamiętnie, lekko zamyślona, uważnie wyławiając wspomnienia. – Tego się bałam. Czekałam czasami wieczorem, aż wrócisz, i z jednej strony bardzo tęskniłam, chciałam, żebyśmy coś porobili razem. Układali te obrazki z plastikowych koralików, pamiętasz? Ale jak słyszałam dźwięk drzwi od windy i twoje kroki, czułam też lekki niepokój. Zastanawiałam się, czy będziesz zły.

fragment książki "Gniew" Zygmunta Miłoszewskiego, wydawnictwo WAB, rok wydania: 2014.

  Leżałem potem przez kilkanaście minut i zastanawiałem się nad tym, że nie może to być zwyczajny zbieg okoliczności. Ale przecież nic poza nie istnieje. Nie ma bo bogów, życia wiecznego, piekła czy nieba. Nie ma! Pewnie są kosmici, ale nawet jeśli, to i w ich świecie nie ma nic poza "tu i teraz", a potem do piachu. Nie chcę umierać w gniewie. Chcę odejść w spokoju i z uśmiechem na twarzy. Niech to będzie śmierć pogodzona z życiem, jakie wiodłem. Andepinu staram się nie brać. Gniew pojawia się zbyt rzadko, by codziennie tumanić się chemią. Bieganie pomaga. Szaleństwo trzymam w ryzach pracą. Mózg zajęty to mózg odcięty od zmartwień. Kocham Cię smyku, przed nami reszta mojego życia. Zróbmy tak, żebym umierał spokojny, dobrze...?

Szybkość przemijania powoduje, że zastanawiam się nad celowością pośpiechu. Nie od dziś twierdzę, że lepiej czułbym się gdzieś w oddali, bez miastowego zgiełku i pogoni za kasą. Nie żebym jakość szczególnie za nią gonił do tej pory, ale to przez chęć zarobku właśnie mam to, co mam. Nie chcę wstawać co rana ze świadomością, że znów cały dzień spędzę w pośpiechu. Termin zbliża się nieubłaganie i choć lubię to, co robię, to wciąż myślę czasami o tym, żeby mieć gdzieś pracę polegającą na podlewaniu tysięcy tulipanów. Wstajesz sobie rano, podłączasz wodę do węża i idziesz na bezkresne pole z doniczkami. Chlup, chlup, jedna zwilżona. Chlup, chlup, druga... mija kilka godzin, po czym odłączam wodę i wracam do domu, gdzie zajmuję się dzieckiem, trochę czytam, trochę biegam... Miła perspektywa, przyznaję. Ale nie oznacza to, że nie chcę tłumaczyć. To niemal moje wymarzone zajęcie jest przecież, tak bliskie samodzielnemu pisaniu. Tylko muszę się nauczyć oddzielać pracę od reszty zajęć. Lepiej zarządzać czasem, bardziej się koncentrować na zadaniu, mniej na pierdołach. I będzie lepiej, czuję to i wiem, i wierzę przede wszystkim, że jeszcze nie jedną książkę przetłumaczę i niejedną sam napiszę. Tam mi dopomóż... los.

Trzymajcie się.

0 komentarze:

Prześlij komentarz

 

Ultra Dystans Copyright © 2011 -- Template created by O Pregador -- Powered by Blogger