środa, 24 czerwca 2015

Głodówka, bieganie i powrót na start

Postanowiłem się dziś pogłodzić. Nie zupełnie tak bez żarcia, ale jest piąta prawie, a zjadłem małą porcję sałatki warzywnej, jednego banana i wypiłem szklankę zmiksowanego buraka z jabłkiem, wodą i dwie łyżkami odżywki białkowej. Z grochu. Aha, i pobiegałem dość mocno - na pusto oczywiście - dzięki czemu głowę mam świeżą, choć zmęczoną.


Ten kaloryczny deficyt to akcja spontaniczna. Jeszcze nawet budząc się nie miałem tego w planach. Po prostu wstałem, zobaczyłem która jest godzina (była dziesiąta prawie!), zakląłem pod nosem i nagle sama ta myśl o niejedzeniu śniadania wpadła mi do głowy. A potem, siedząc przy kawie z jednej łyżeczki - od dawna nie wypijam już więcej niż dwie płaskie łyżki kawy dziennie (nie chodzi o napój, a o proszek:) - przypomniał mi się wpis czyjś na FB z wczorajszego wieczora, w którym padło coś o jedno- lub dwudniowych głodówkach. Wpisu nie znalazłem, ale chęć uspokojenia układu trawiennego pozostała...

No dobra, przyznam się. Nie bez znaczenia jest też masło orzechowe z Lidla, które wczoraj przed spaniem zeżarłem w ilości łyżek dużych chyba z czterech. Co poradzę. Już tak mam czasem, że wieczorami mnie nachodzi ochota na jedzenie. I tak dobrze, że nie nutella :)

A jak trening? Całkiem nieźle chyba, pierwszy kilometr rozgrzewkowy (5:30 tempo), następne cztery średnio po 4:40, w międzyczasie lasek, gałęzie, obok ścieżek, nie powiem, że nie miałem dość po piątym, słabo z tą wydolnością moją, ale czy ja chcę się na dychę ścigać, że mi ta szybkość potrzebna? :) Dobra, wiem, w ultra też się przydaje. Potem gdzieś z kilometr do górki w Piątkowisku mi został, gdzie zrobiłem dwa szybkie podwójne podbiegi (na obie górki), przeszkadzając jakiejś parze w konsumpcji zawartości pięciu chyba toreb z Maca, i na koniec cztery km spokojnego biegu do domu, gdzie na piłce trochę się jeszcze powzmacniałem.

Czerwiec się kończy, pół roku mija, urodziny, może by tak jakieś podsumowanie zrobić? Lepiej teraz przecież, na spokojnie, gdy nikt nie patrzy, nie zagląda jak to bywa w sylwestra i tuż po, kiedy to wszyscy chyba robią nowe plany, biją się w piersi, obiecują i przyrzekają... Nie wiem, z trudem czasem wstaję, z trudem działam, zmuszam się do życia, do pracy, do uśmiechu... Leki brać inne jakieś? Nie chcę chemii łykać, chcę się sam pozbierać, zaplanować coś, mieć po co wstawać, plan jakiś, bata nad dupą porządnego poczuć, może wtedy by coś drgnęło, bo gdy sam sobie panem, sterem i okrętem jestem to słabo idzie mi to żeglowanie... Cztery dychy za rok już stukną, co do tego czasu się stanie? Czterdziestka to nowa trzydziestka, mówią - czy jakoś tak - czasy się zmieniły, teraz jestem mądrzejszy, z długami, ale mądrzejszy, więc czy ta druga połowa życia lepiej mi wyjdzie? Nowa Zelandia to jest jakiś pomysł, z dala od Polski, od rodziny, od rodaków... nie wiem, sam nie wiem, książkę przetłumaczyłem, więc teraz pasowałoby napisać własną w końcu, ale najpierw magister do zrobienia, CCP do rozwinięcia, dziecko do wychowania, forma do zbudowania...

Połowa roku, skończyłem tłumaczenie, czuję się jakbym znów stanął na starcie. I dobrze, plan muszę tylko jakiś zarysować i spróbować się go trzymać, może nic go nie rozwali, nie rozsadzi gwałtownym nadejściem i uda się, w końcu się coś uda, zrobię to, skończę ŁUT w limicie, przeżyję, dziecko mnie będzie szanowało, M. kochała, choć w miłość chyba oboje dawno już wierzyć przestaliśmy, ale partnerami chcemy być oboje, tak mi się przynajmniej zdaje, że ona również, jak i ja, chce dobrze, byśmy się szanowali, umieli ze sobą rozmawiać i nie chcieli rozejść kiedyś, jak dziecko już podrośnie, pójdzie, znajdzie swoje miejsce.

Czas wystartować, zaczynam kołowanie...

0 komentarze:

Prześlij komentarz

 

Ultra Dystans Copyright © 2011 -- Template created by O Pregador -- Powered by Blogger