środa, 17 czerwca 2015

Mammut - Ultra Sky Marathon 2015. Wpie$%@ol raz proszę...

Na Babiej byłem rok temu. Pierwszy raz w górach to był. Teraz miało być trzy razy, bo przecież kozak już ze mnie okrutny, górska kozica niemal, to co się będę rozmieniał i jechał pół kraju. Coś mnie jednak po Gwincie tknęło i po krótkim wahaniu przepisałem się na krótszy dystans. Cud normalnie, cud się stał, że posłuchałem głosu rozsądku, bo w tym diablakowym piekle chyba by mnie w sobotę goprowcy musieli gąbkami gdzieś po drodze zbierać...


Nie wszystko poszło w tym 2015 roku tak jak zakładałem. Pewne rzeczy pojawiły się znienacka, inne musiały przez nie stracić nieco na znaczeniu. I intensywności chociażby, bo z głową zajętą tłumaczeniem nie potrafiłem skupić się na trenowaniu. Efekty zresztą mogłem podziwiać na Gwincie (relacja tutaj), który choć ogólnie wyszedł w miarę przyzwoicie, to wykazał jednak braki w przygotowaniu. Głównie w tym wymagającym najwięcej czasu, czyli wybieganiach, których nie robiłem niemal wcale, bo tych po 20km nie liczę przecież, bo do setki to powinno być kilka takich ze 40 kilosów i więcej...

Drugi raz raz Babia

I przez (a raczej "dzięki") Gwinta przepisałem się z 3xBabia na 1xBabia, znając trasę, górę i przewyższenia, z jakimi trzeba się tam zmagać. Rok temu było ciężko, zgubiłem w tłumie trasę już na początku, potem te kilometry w górę i przez chaszcze (pisałem o tym tu-część1 i tu-część2). Ale się udało. Pół godziny przed limitem (dokładny czas to 9h30:50) wpadłem na metę kosmicznie zmęczony, myśląc chyba na głos, że już nigdy więcej... :)
Pół godziny później myślałem już o powrocie. I wróciłem. Pięć dni temu znów byłem w Zawoi. Odebrany pakiet, nocleg nowy, bliżej, w zasięgu marszu.1 Noc przespana nad wyraz spokojnie, węgle uzupełniane na bieżąco, poranek spokojny. Trochę martwił mnie zapowiadany upał, ale wziąłem czapkę i kark też przed startem posmarowałem. Wszystko przygotowane, chęć jest, nic tylko zapier@#$#ać... :)

Tłumu w tym roku na starcie nie było, coś koło setki zdaje się wystartowało nas tuż po dziesiątej, by przelecieć przez parking pod Mosornym Groniem, przeciąć drogę i zniknąć w lesie.

Szczyt w półtorej i ściana

Już na odprawie Chaszczok zapowiadał, że oznakowanie trasy doprowadzono w tym roku do perfekcji i pierwsze kilometry wspinaczki tylko to potwierdziły. W punkcie, w którym w tamtym roku brakowało strzałki, w tym roku były chyba ze trzy, więc nawet nie musiałem się wytężać, żeby znów nie pobiec prosto. Ależ się czułem! Kijki kijkami, ale naprawdę biegło, podchodziło i wspinało mi się świetnie. Najpierw lasem, potem niebieskim szlakiem granią, odbicie w lewo na żółty, Perć Akademików... Minuty mijały, upał narastał, z daszka czapki kapało mi jak z dziurawej butelki, a ja prułem przed siebie niczym Pendolino jakieś:) Czasem łyknąłem coś z bukłaka, z raz chyba zanurzyłem łapę w strumyczku i przetarłem czoło. Super, super, super!, krzyczałem, wspominając mordęgę, jaką przeżywałem na tym etapie rok temu.
Na szczycie Babiej zameldowałem się po godzinie i 37 minutach od startu, czyli ponad pół godziny lepiej niż przed rokiem. Tyle tylko, że wtedy zgubiłem trasę, o czym pamiętałem oczywiście, ale i tak dałem się zmylić.

mammut ultra sky marathon ultramaraton górski
Jeden z odcinków pod górę, zaraz po wyjściu z potoku
Pierwsze niepokojące oznaki pojawiły się już na pierwszym zbiegu. Długi, prosty i stromy odcinek pokonałem dość zapobiegawczo, choć rok temu szalałem tu lecąc w dół przez te niskie krzaczki na złamanie karku. Tym razem, choć widoczność gruntu była lepsza, bo krzaczki dopiero zaczynały rosnąć i pokrywać się zielenią, było wolniej, ostrożniej. Zacząłem też odczuwać zmęczenie mięśnie czworogłowych. Niby takie delikatne, ale co jest kurde!, pomyślałem w pewnej chwili zaniepokojony. Przecież to początek dopiero, osiem godzin mam złamać, jeszcze 30km do zrobienia, a tu już słabe nóżki się robią?!

Na punkcie aż przysiadłem z wrażenia i własnej głupoty. Zdjąłem plecak, otworzyłem bukłak i zauważyłem, że wypiłem może z pół litra wody. Pół litra! W połowie czerwca, w temperaturze przekraczającej w słońcu 30 stopni i podczas ultramaratonu w górach. Ale przecież tak dobrze mi się biegło, co nie?

Idiota.

Przecież rok temu było to samo...

Dość powiedzieć, że za punktem było już tylko gorzej. Niektóre kilometry (te pod górę oczywiście) zajmowały mi nawet 25minut, na co patrzyłem nie tyle ze wściekłością, co z narastającą bezsilnością. Nawet łykane co godzinę Salt Sticki nie pomogły, bo choć skurczów nie miałem - raz, tuż po wyjściu ze strumienia próbowało mnie coś złapać w przywodziciele - to jednak sił już nie odzyskałem. Najgorzej chyba działo się ze mną podczas podejścia stokiem Jedle (chyba tak się ta góra nazywa) i przy włażeniu na Małą Babią. Miałem wrażenie, że wlokę się noga za nogą, że ledwo udaje mi się je unieść nad ziemię, że wierzchołek Małej Babiej wciąż się oddala, że nogi zaraz w ogóle przestaną mnie słuchać i zamiast schodzić, będę musiał się stoczyć po kamienistej ścieżce w stronę schroniska Markowe Szczawiny.

Walka o dobry wynik zamieniła się w walkę o przetrwanie... I ukończenie nawet, choć widmo niezaliczenia biegu szybko udało mi się odegnać spięciem dupska po trzecim punkcie odżywczym. Bo moment zwątpienia był, przyznaję z pokorą, chciałem nawet żeby mnie ta któraś z zapowiadanych na odprawie żmij dziabnęła w łydkę, żebym usiąść mógł i poczekać na ratunek :)

Mammut ultra sky marathon ultramaraton górski
O rany... ;) Fot:. FotoFast.eu
Ale trasa wciąż piękna

Ale muszę przyznać, że pomimo strasznego łomotu, jaki dostałem, trasa Babiej wciąż wydaje mi się piękna. Trudna, ciężka, piekielna, ale piękna... I wolę ją w czerwcu, bo w sierpniu co i rusz ktoś do mnie gadał i pozdrawiał, a ja wolę lanie dostawać w samotności. Choć obiecuję, że to już ostatni raz, bo przecież do trzech razy sztuka, za rok nie dam się już zaskoczyć, bo i trasę znam, i wiem, że pić trzeba od początku, i jeść też (oprócz niepicia, mało też jadłem, dużo za mało - dwa batony od Chia Charge Polska to na taki bieg zdecydowanie za mało do garści rodzynek, bułki z serem i kilku kawałków pomarańczy). I nogi będę miał zdecydowanie lepiej wybiegane, silniejsze, sprawniejsze po tym całym crossficie jaki sobie wplotę w trening już od lipca. 

Podsumowując:
1- buty Inov-8 trailroc 255 w starciu z butami Walsh PB Elite Racer przegrywają sromotnie jeśli walka toczy się na mokrych kamieniach. Ślizgają się koszmarnie, praktycznie nie szło na nich ustać. Suchy kamień, ściółka, sto kilometrów... proszę bardzo, są świetne. Ale w słowackim strumieniu kilka razy mało nie złamałem nogi, podczas gdy Walshe w tamtym roku trzymały mnie idealnie (tu mój opis Racerów).
2 - w ufarbowanych na czarno compressportach wyglądam jak uczeń pierwszej klasy szkoły podstawowej! Chyba czas pomyśleć o implantach w łydkach :)
3 - trzeba pić, pić i jeszcze raz pić. Szczególnie podczas upału i górskiego ultra.
4 - już czekam na trzecią edycję Babiej.
5 - najwyższy czas wziąć się do pracy przed ŁUTem. I to według planu, czyli crossfit, opona i dłuuugie wybiegania.
6 - ukończyłem drugą edycję Babiej na 38 miejscu (wśród 50 osób, którym się udało zrobić to w limicie). Czas: 09:31:06. Dla porównania: w tamtym roku z czasem 09:30:50 zająłem 65 miejsce... 

Hej ho!

PS Aha, picie wody ze strumieni wokół Babiej nie szkodzi. Zero sraczki, bólów czy wymiotów :)

Przypisy:
1 - zawojka.com, niezdecydowanym śmiało mogę polecić. Blisko bazy, czysto i spokojnie. Właścicielka miła, ceny normalne (30zł od głowy za dobę). Czego chcieć więcej?:)

sokolica babia góra ultra dystans
A to już drugi dzień, Sokolica, punkt widokowy... O. robi zdjęcie:)

0 komentarze:

Prześlij komentarz

 

Ultra Dystans Copyright © 2011 -- Template created by O Pregador -- Powered by Blogger