środa, 8 lipca 2015

Jak wygrać z gniewem i przestać być żałosnym

Urodziłem się dokładnie w połowie roku. Idealny termin, myślałem kiedyś, bo już po zakończeniu roku (nie musiałem łazić do szkoły z torbą cukierków), a jeszcze nie kalendarzowe wakacje. I dziś też myślę, że to fajna pora. Półmetek przecież to kolejny, można więc siąść i przyjrzeć się swoim dokonaniom. Może w tych ostatnich sześciu miesiącach uda mi się znaleźć odpowiedzi na pytania postawione w tytule?

Tylko czy jest czemu się przyglądać? Niby tak, wszak nieplanowane wielkie wydarzenie w postaci tłumaczenia pojawiło się w kwietniu. Wydarzenie, dzięki któremu niemal trzy miesiące zlały się w jeden chyba tydzień, praca, praca, praca, na początku wolniej, potem szybciej, i znów wolniej, by skończyć kilka dni przed terminem.
Tak, zdecydowanie otrzymanie i wykonanie tej pracy to jeden z moich większych sukcesów w ogóle, nie tylko w tym roku. Dałem radę. Skończyłem, ukończyłem, wysłałem. Tekst powstał moim zdaniem dobry, może nie wybitny, ale to nie Finneganów Tren czy kolejna wersja Stu lat samotności przecież, a kolejna (choć ciekawa) książka dla biegaczy (choć nie tylko).

Coś jeszcze? Syn kończący czwartą klasę z dwoma tylko trójkami? Syn unikający nauki jak ognia? Syn kochany lecz rozpieszczony, udający już, mimo swych jedenastu lat dopiero, dorosłego? Buntujący się i wykłócający niemal o wszystko? Ale też i syn bystry, obserwujący, przenikliwy? Pytający, wyrażający własne zdanie, broniący swego? Ciężka mieszanka dla kogoś, kto jest średniej klasy ojcem, borykającym się z własnym życiem i wciąż szukający swojego kawałka miejsca...

A co z bieganiem? Jak w życiu niestety. Biegam - bo trenowaniem tego nazwać niestety nie można - czasem gdzieś wystartuję nawet, ale wyniki wszystkie niemal z tego roku są jakby grubo poniżej moich nadziei. Może poza ZUKiem (TU relacja), gdzie co prawda szału czasem nie zrobiłem, to jednak był to start w nowych warunkach, co przynajmniej częściowo mnie usprawiedliwia. No i czułem się po nim świetnie!

Przyznam, że tracę trochę motywację do prowadzenia tego bloga. Nie mam chęci bawić się w porady, bo sam zbyt wiele muszę jeszcze przyswoić i osiągnąć, aby móc cokolwiek doradzać. Nie lubię też tych wszystkich blogów kopiujących w kółko te same tematy. "W jakich butach zimą...", "W czym na deszcz..." itp itd. I nie wiem też, czy mój ekshibicjonizm jest aż tak silny, żebym pisał o sprawach intymnych. Może będąc celebrytą wrzucałbym codziennie jakiś kawałek szczególnie pikantny, wulgarny czy szokujący, żeby wrzawę i harmider tłumu podtrzymywać. Nie jestem jednak i jakoś nie zanosi się, abym miał jakiekolwiek szanse wyjścia poza tę zamgloną strefę, w której się znalazłem. Problemy psychiczne to ciekawy temat, łatwo jednak pomylić je ze zwyczajnym lenistwem lub olewaniem. Czy naprawdę cierpię na jakieś zaburzenia, czy też jestem zwyczajnym leniem? Ktoś zna odpowiedź? Biorę od dziś nowy lek. Odwieczny wydawało by się Andepin (choć przez ostatni rok brałem go naprawdę sporadycznie), zastąpiony został przez Anafranil SR 75, co brzmi trochę jak jak nazwa jakiegoś stuningowanego auta. Ma mi ten chlorowodorek klomipraminy pomóc się otrząsnąć, pozbierać, dojść do siebie, poukładać jakoś klocki rozrzucone w czaszce, których nie daję rady sam poskładać.

A może w tę stronę iść właśnie? Pisać więcej o tym, jak to się próbuję szamotać w tym swoim bagienku, machając na wszystkie strony łapkami w poszukiwaniu rzuconej przez kogoś liny lub odłamanej gałęzi? Jak to ciężko się czasem wstaje z łóżka, jak przytłacza świadomość tego, ile się w życiu spieprzyło, w jak głębokiej dupie przez to znalazło, i jakim się jest słabym psychicznie człowiekiem? O tym, że monitor zmienia się czasami w wykrzywioną szyderczym grymasem maskę, wykrzykującą bluzgi i wyśmiewającą kolejny zmarnowany dzień?

I jeszcze ten gniew. Dziś już nie ma po nim śladu, ale wczoraj na ten przykład, bliżej było mi do żywej bomby z podpalonym lontem, niż człowieka. Straszne uczucie. Czuć w sobie coś ciężkiego, kłębiącego się tuż pod skórą, zupełnie jakby było się naczyniem wyposażonym w jeden malutki, słabiutki zawór bezpieczeństwa i wypełnionym wrzącą substancją. Jadąc przez miasto miałem chęć trąbić na każdego, kto tylko zbliżał się do przejścia dla pieszych, krzyczeć na innych kierowców, wrzeszczeć na taksówkarzy i pokazywać środkowy palec kierowcom autobusów, nie wrzucającym migaczy podczas wyjeżdżania z zatok.

Więc jak to wszystko pokonać? Przeczekać takie dni, jak ten wczorajszy czy specjalnie wyjść z czymś na zewnątrz, znaleźć pracę choćby na kilka godzin dziennie, od rana, żeby wstawać z wyra i musieć się ubrać, musieć wyjść i musieć robić coś przez jakiś czas, coś zleconego przez inną osobę, niechby chociaż na budowie, bo to prawie jak darmowe zajęcia crossfit... Do zimy, potem skupić się na kolejnej sesji, w międzyczasie cały czas oczywiście pracując przy batonikach Chia Charge, tych niewielkich cudeńkach kulinarnych, w którym może drzemać szczęście, choć jeśli tak jest, to wciąż poza moim zasięgiem, ale w końcu jak się nie sięgnie, to się nie ma, jak mawiają mądrzy i szczęśliwi przy każdej okazji.

Więc spróbuję jeszcze i sięgnę. Już mam na wpół wyciągniętą rękę, trzeba teraz jeszcze tylko zacząć się prostować, wstawać, potem jakaś drabina, schody, kręta ścieżka i na końcu będą drzwi z napisem "Kraina Szczęśliwości", które otworzę po krótkiej walce z zardzewiałym zamkiem, przejdę na drugą stronę i tam już pozostanę...

0 komentarze:

Prześlij komentarz

 

Ultra Dystans Copyright © 2011 -- Template created by O Pregador -- Powered by Blogger