środa, 19 sierpnia 2015

Chorwacka pustka, a więc witaj rzeczywistości...

Skończyłem trzydzieści dziewięć lat i niemal od dwóch miesięcy idzie mi czterdziesty roczek. I choć rozum nadal nie wyrwał się z dwudziestki (na szczęście są sprawy, o których myślę jak dojrzały facet), to czasem mam wrażenie, że moje życie w zasadzie dobiegło już końca.

Wróciłem trzy dni temu z urlopu. Chorwacja, po drodze trzy dni w Hajduszoboszlo. Kredyt zaufania, miłości i wiary pęcznieje. Dociera do mnie jednak, że dalej tak żyć nie chcę. Muszę się wyrwać z kokonu, zerwać kabelki łączące mnie z Matrixem i stawić czoła rzeczywistości, w której prawdopodobnie jestem nikim. Żaden ze mnie Neo najwyraźniej. Wciąż odkładam, przekładam, wymyślam. Coś się rodzi, zbyt szybko dojrzewa i umiera tak szybko, że nie wiem nawet czy istniało naprawdę. Jeszcze wczoraj wydawało mi się, że ten powrót znoszę wyjątkowo dobrze. Bez leków, które odstawiłem na czas wyjazdu, bez porannych dołów podczas wstawania z łóżka. A dziś się zaczęło. Dziś, czyli w dniu, w którym od rana miałem wziąć się do pracy. Czternaście zadań pisemnych na studia, dwa egzaminy, autorska korekta tłumaczenia, plan treningowy, własna powieść... a ja od dziewiątej rano nie zrobiłem nic poza tym wpisem. A jest niemal dwunasta! Ile w tym czasie zrobiłby Richard Branson? Albo Ola? Ola pewnie mniej od Richarda, ale w porównaniu ze mną i tak przepaść...

Czy to w ogóle da się zmienić? Czemu nie potrafię wykorzystać tego daru, jakim jest składanie liter w zdania? Bo bieganie to walka. Wiem o tym za każdym razem, gdy wychodzę biegać. Nie ma między nami chemii miłosnej, nie ma endorfin, wylewających się zewsząd za każdym razem, gdy na ręku pojawia się Garmin. Jest za to chemia bitewna, pierwotna żądza krwi, sprawdzenia się, udowodnienia czegoś sobie, że jednak można, że da się, że głowa i nogi wytrzymały...

I wciąż to samo pytanie: skoro mogę się zmusić, żeby ukończyć w limicie Babią Górę, to dlaczego nie mogę napisać książki? Czymże różni się jedno od drugiego? Jakby nie patrzeć, Babią ukończyłem - ledwo bo ledwo, ale jednak - co nie wszystkim się w tym roku udało. Były błędy, były braki w treningu, ale jednak się nie poddałem na trasie, nie zszedłem, nie usiadłem, nie zawróciłem. Więc czemu? Czemu zamiast przewijania w kółko pieprzonego fejsa nie usiądę i nie zacznę pisać? Przecież pomysł mam, zdolności również. Czas też, bo żadnej roboty, do której chodzić muszę na osiem godzin, nie mam. Strach przed porażką? Że mnie wyśmieją wydawnictwa, redaktorzy, krytycy zmielą z piachem i ptasim gównem?

Nie wiem.

Lubię Chorwację. Podoba mi się to, jak wygląda - choć oczywiście trudno powiedzieć, że przez dziesięć dni zobaczyło się całą. Tym bardziej, że tych kilka godzin spędzonych w podróży na wybrzeże wskazuje na istnienie tam co najmniej dwóch różnych krain. Tej nad Adriatykiem właśnie, ciepłej, suchej i wypalonej przez słońce, oraz tej po drugiej stronie Gór Dynarskich, gdzie temperatura spada zimą poniżej zera, częściej pada i wszystko bardziej przypomina znany mi z Polski świat. Dużo tam nie pobiegałem. Na wybrzeżu znaczy. Duchota i nachylenie Zadaru skutecznie pozbawiały mnie sił, a wycieczka biegowa na wyspie Pag zamieniła się w walkę o zachowanie w całości stóp i stawów skokowych, którą stoczyłem z popękanymi skałami na wzgórzach okalających plażę Świętego Ducha. Do tego jeszcze kolczaste krzaki, szarpiące skórę do krwi przy każdym nieostrożnym kroku. Zero biegania. Połaziłem tam trochę, spłoszyłem jakąś kozę i dopiero jakaś ścieżka pasterska dała mi możliwość zbiegu jako takiego do płaskiej drogi.

Inov Trailoc 255 bieganie kamienie chorwacja
Inov Trailoc 255 kontra kamyry

Nawet na godzinę bałem się w tych warunkach leźć bez wody

Krzaczory, kamory, upał

UD to nie blog podróżniczy1, ale skoro już w tej krainie byłem, to czemu by nie napisać o niej trochę. Tak więc dziką Chorwację polecam. Tę oddaloną od autostrady, od parków z wodospadami, gdzie za całkiem niemało kasy ciężko jest się przepchać do wody (same wodospady są ładne, ale nie w tym tłumie i za takie pieniądze), gdzie dwa osiołki chodzą sobie luzem wokół jedynego domku w okolicy, gdzie Chorwat nie zna ani jednego słowa po angielsku, ale chętnie częstuje papierosem i wskazuje palcem drogę, gdzie iść, żeby kanion rzeki Zrmanja wyglądał najpiękniej. Gdzie rozbicie namiotu i mieszkanie przez kilka dni w ciszy i bez prądu byłoby najlepszym urlopem we wszechświecie. I kiedyś tak zrobię. Jak już syn pójdzie swoją drogą, zmieni kolejny kraj, znajdzie następne cudne miejsce, to my z M. wsiądziemy w auto i znów tam pojedziemy. Może będą już inne osiołki, inny Chorwat i innego kota weźmie na ręce, ale miejsce powinno zostać. Bo mam nadzieję, że ludzie wciąż będą woleli wybrzeże...

Miejscówka marzeń - na dom murowany
Miejscówka marzeń 2 - na namiot

Miejscówka marzeń 3 - do siedzenia w ciszy

I jeszcze troszkę o bieganiu. Wczoraj rano z Maćkiem wybrałem się na Strzelnicę. Dramat. Nogi jak z drewna, sił zero. Co się dzieje? Niecałą dychę w godzinę wymęczyłem, a dziś mam jakieś uderzenia gorąca, duszno mi się robi, spać bym polazł. Przecież nie anemia chyba, bo raczej w dwa miesiące się nie pojawia. Badania krwi pokazały, że tylko B12 nieco za mało, ale zastrzyki były potem. Choć dwa miesiące to dużo, ludzie odchodzą w krótszym czasie lub z wysportowanych supermenów przemieniają się we wraki. Natura jest okrutna. Da się ją na krótko oszukać, ale na wygraną nie ma co liczyć. Więc co? Jak nie przejdzie do września, nic się nie zmieni do Biegu Fabrykanta to kolejne badania. Do Krynicy nie jedziemy, ale Przejście jest we wrześniu, a potem ŁUT, któremu złamać się nie dam.

PS I jeszcze na koniec dwie fotki z Parku Narodowego Krka z jego słynnymi wodospadami, które długo jeszcze będą mi się odbijały czkawką...

park narodowy krka wodospady chorwacja
Jedno trzeba Chorwatom przyznać - umiejom doić przyrodę na maksa :)

park narodowy krka wodospady chorwacja


Przypisy:
1 - sam już nie wiem, jakim blogiem jest UD. Ani to blog biegowy, ani poradnikowy czy - broń losie - lajfstajlowy. To dziennik taki, miejscami osobisty, lekko intymny, ale trochę tylko, by nikt mi bliski nie poczuł się urażony. Piszę w necie, bo pisać w zeszycie już mi się nie chce. A kto wie, może kiedyś uda się coś osiągnąć, wyjść z doła i ktoś przeczyta. Też wyjdzie...


0 komentarze:

Prześlij komentarz

 

Ultra Dystans Copyright © 2011 -- Template created by O Pregador -- Powered by Blogger