środa, 9 września 2015

Czas z dzieckiem - jak ojciem z synem po lesie hasali

Ostatnia noc wakacji. Las. Niemal wyschnięte jeziorko, w którym kąpałem się jako mały dzieciak. Mój syn śpi, a ja czuwam. Tłumaczę sobie, że nie ma potrzeby, że nic nam nie grozi, bo przecież straszne rzeczy dzieją się tylko w horrorach. Albo na filmikach z uchodźcami, których pełno teraz w sieci. Powoli zapadam w sen. I nagle zrywam się, bo na nasz namiot pada smuga światła...


Niemal codziennie mam takie chwile, w których myślę o tym, jakim jestem ojcem. Chociaż nie, bo właściwie to ja wiem, jaki ze mnie tatuś, a zastanawiam się jedynie nad tym, czy kiedykolwiek uda mi się poprawić. Czy nadejdzie dzień, w którym odłożę wszystko na bok, przestanę myśleć tylko o sobie, zapomnę o komputerze, o Chia Charge, o książce, o bieganiu, o wymyślaniu kolejnych wymówek i zamiast tego wszystkiego poświęcę ten dzień dziecku? Bo teraz to a to wciąż mi coś "wypada" w ostatniej chwili, coś wciąż zalega... Owszem, nie wymyślam sobie głupkowatych zajęć, a wszystko, co odciąga mnie od dziecka istnieje naprawdę (tłumaczenie, studia, Chia Charge), ale coś jest bardzo, ale to bardzo nie tak… Gubimy się z młodym, oddalamy. On wie, że jak siedzę przed kompem, to mam co najwyżej pięć minut, po których mówię, sory dzidziuś, ale muszę wracać do pracy, nie protestuje więc i zauważam, że coraz rzadziej mnie woła (plus dla mnie, że lecę do czegokolwiek, nawet jakichś bzdur na jutiubie, które natychmiast każę mu wyłączać).

Ale nie o tym miałem dziś pisać. Miało być o naszej wspólnej wyprawie do lasu, którą wymyśliłem, bo O. zaczął się coś ostatnio fascynować survivalem (zapytał nawet, czy pojedziemy zobaczyć Czarnobyl). Dwa razy jakoś nam zeszło, aż w końcu nadszedł ostatni dzień wakacji. Poniedziałek. Wciąż ciepło. We wtorek na 10.00 rozpoczęcie. Zdążymy. To jak, pytam, idziemy dziś spać do lasu? Młody patrzy na mnie, a ja biję się z myślami, bo sam w sumie nie wiem, czy tego chcę, czy nie. Nie dość, że pół doby bez prądu i netu, to jeszcze w lesie, gdzie wszystko może się zdarzyć. Idziemy!, pada odpowiedź. Klamka zapadła.

Wieczór

Jakoś daleko nie mieliśmy zamiaru się wypuszczać. Samochodem na leśny parking, może z pięć kilometrów od miasta, dalej na pieszo. Marszu mieliśmy jakieś czterdzieści minut. Ja dźwigam plecak, młody namiot. Mały taki, dwójka, co jak się ją rzuci w powietrze, to się sama rozłoży. Mamy kilka kanapek dla O., kilka batoników dla mnie, jabłko, nektarynki ze dwie, menażkę, łyżkę i chińską zupkę, którą dzidziuś koniecznie chce ugotować nad ogniem. No i czołówki rzecz jasna, bo w lesie nie ma ani gniazdek, ani żyrandoli :)

Jest za to cisza. O ludzie, jak tu cicho… proszę młodego, żeby na chwilę przestał opowiadać mi o Minecrafcie i posłuchał lasu. Patrzy na mnie zdumiony, ale słucha. Minutę chyba i znów nawija o tym, jaką to bazę stworzy jutro, jak tylko wrócimy do domu. A ja słucham. Uszy mi odpadają, ale słucham, bo po to jestem przecież. Jak teraz nie będę słuchał o tym dziwnym kwadratowym świecie, to potem przecież nie przyjdzie do mnie i opowie o nowej dziewczynie, kumplu poznanym przy piwie (na treningu znaczy), czy kłopocie poważnym. A ja tak nie chcę. Nie chcę, żeby było jak ze mną i moim tatą, z którym nie za bardzo umiem pogadać. Chciałbym, ale nie mogę. Coś mnie zatyka i odpowiadam mu półsłówkami, choć wiem, że kiedyś w przyszłości będę tego żałował. 

Ale do rzeczy. Nad jeziorkiem, nad które jakieś trzydzieści lat temu przyjeżdżałem z dziadkiem rowerami, jest czterech chłopaków. Świetnie, miało być pusto, miał nas nikt nie zobaczyć, mieliśmy w spokoju rozbić się z namiotem, posiedzieć pod gwiazdami, iść spać, wstać tuż po wschodzie słońca i wrócić. Dobra, rzucamy klamoty obok plaży, siadamy, rozmawiamy, czekamy. W końcu tamci wsiadają na rowery, a my rozkładamy namiot, rozwijamy maty i zabieramy się do zbierania małych gałązek. Wiem, ognisko w lesie to przestępstwo i głupota, ale usprawiedliwiam się tym, że rozpalimy je małe, maluteńkie, na plaży, niemal na linii wody i w dziurze której dno to właściwie błoto. Byle zagotować wodę na herbatę i na to chemiczne coś, co na opakowaniu zwie się gulaszem. 

 
Zapada zmierzch. Rozpalamy. Kurde, myślałem, że szybciej się ta woda zagotuje. Co chwilę nerwowo rozglądam się wokół. Czy leśniczy już czai się gdzieś między drzewami? Chyba nie, bo i po co miałby to robić, ma nas przecież na widelcu. Zapowiedziałem młodemu, że w razie wpadki bierzemy to na klatę. Wykroczenie to wykroczenie. Choćby i tak zabezpieczone, jak nasze.
W końcu zalewam dwie herbaty i gulasz. Starannie zalewamy tych kilka gałązek wodą i zasypujemy mokrym piachem. Idziemy do namiotu. Młody kładzie się w środku, wcina gulasz i wygląda na zadowolonego z życia. Fajnie. Nie marudzi, że chciałby zagrać, że nie obejrzy CSI, że sikać musi iść w las, a nie do wyłożonej kafelkami toalety z bieżącą wodą.


Czytamy. Trochę rozmawiamy, trochę patrzymy jak niebo robi się coraz ciemniejsze, choć nie jest tak ciemno, jak się spodziewałem. Łuna od miasta jest wyraźnie widoczna. Trudno, następnym razem pojedziemy gdzieś dalej.
Ale duchota. Otwieramy całkiem namiot, bo zwyczajnie zaczynamy się pocić. Młody zasypia. Mnie też kleją się oczy, ale nagle zrywam się pod wpływem jakiegoś szelestu. To nic, tylko synuś przekręcał się z boku na bok. Wychodzę w samych majtkach na dwór, łażę sobie chwilę po plaży, patrzę na księżyc, na namiot, na moje śpiące dziecko i zastanawiam się, jak długo będzie ten wieczór pamiętał. Czy w ogóle? Czy ten nasz wypad ma szansę przebić się przez te wszystkie Minecrafty, jutiuby i całą tę dzisiejszą resztę? 



Noc
Wracam do namiotu, ale nie mogę już zasnąć. Trochę czytam, trochę leżę tylko i wyobrażam sobie, co będę robił w najbliższym czasie. I nagle sen sam przychodzi. Biegnę gdzieś w południowej Anglii (to mój ulubiony ostatnio motyw do wizualizacji przed zaśnięciem) po porośniętym trawą wzgórzu, przeskakuję nad kolejnymi kamieniami, mgła unosi się coraz wyżej i… nagle zrywam się, bo przez powieki przeciska się snop światła. Motocykl. I dwie osoby. Widzę je, bo wciąż nie zamknąłem namiotu. Kierowca przekręca kluczyk i światło gaśnie. Jak ja nie usłyszałem tego warkotu?! To on i ona. Chyba są równie zaskoczeni co ja, bo stoją chwilę – nie widzę w sumie, czy patrzą na mnie, czy mnie w ogóle widzą teraz, po wyłączeniu silnika i światła – ale po kilkunastu sekundach on stawia motocykl na stopce i schodzą nad wodę. Siedzę i obserwuję ich cały czas. To pewnie normalna para, która przyjechała sobie w nocy (jest tuż po północy) na romantyczny spacer, ale nie zamierzam ryzykować, że okażą się jednak psychopatycznymi świrami, którzy zaczają się w mroku, poczekają aż zasnę, po czym wrócą, rzucą się na mnie, zwiążą, obezwładnią, zakneblują i każą patrzeć na te wszystkie straszne rzeczy, które będą potem robić mojemu dziecku. Chyba czują mój wzrok, bo mija jakieś pięć minut, po czym wracają, odpalają motor i odjeżdżają. Chyba z pół godziny siedzę jeszcze w wejściu do namiotu i czekam…


Takiego snu to nie miałem już dawno. Rozbiliśmy namiot w jakimś dziwnym miasteczku, co prawda miejsce jakby to samo, też lekko w górze, teren przed namiotem opadał w dół, ale wokół nas było pełno domków/budek jakichś, w których działy się różne rzeczy. Gdy O. zasnął wybrałem się na spacer. Chodziłem po tym dziwnym miasteczku i zaglądałem do domków przez okna. To musiał być cyrk albo teatr, bo w jednym domku na przykład dwóch mężczyzn przebranych za rycerzy szykowało się walki na miecze. Ale nie rycerzy w zbrojach, a takich raczej w stylu Pana Wołodyjowskiego, w kubraczkach materiałowych dziwnych. I miecze to były szable. Chyba. Sporo już nie pamiętam, ale sen był świetny. Magiczny taki, lekko ponury, lekko dziwny… Chodziłem, chodziłem, aż w końcu wróciłem do namiotu, położyłem się obok syna i zasnąłem nasłuchując przechodzących co chwilę ludzi. I obudziło mnie nagle czyjeś dotknięcie przez materiał namiotu. Ktoś macał na oślep, sprawdzał chyba, co znajduje się w środku. A gdy i ja wyciągnąłem rękę i tego kogoś dotknąłem, to ten ktoś przestraszył się, stracił równowagę i zaczął trząść się jak przysłowiowa osika. I te wstrząsy właśnie obudziły mnie naprawdę. Było już jasno…



0 komentarze:

Prześlij komentarz

 

Ultra Dystans Copyright © 2011 -- Template created by O Pregador -- Powered by Blogger