sobota, 26 września 2015

Pierwszy rok zakończony - niby zwycięstwo, a jednak nokaut

Straszne to uczucie, gdy kobieta mówi mi, że taki inteligentny facet powinien odpowiadać bez problemu, a nie dukać, jak wystraszony przedszkolak. I choć dostałem tróję - za którą rano jeszcze dałbym się pokroić - to tym jednym zdaniem zmieciona została cała moja radość z zamknięcia pierwszego roku magisterki.

Te dwa egzaminy wisiały mi nad głową od czerwca. Wtedy odpuściłem przez tłumaczenie, rojąc sobie, że przez dwa miesiące wykuję się teorii literackich i historii "polaka" na blachę. Sierpień i wrzesień znaczy, bo lipiec z założenia miał być miesiącem resetowania mózgu. I był, tyle tylko, że reset w sprawach uczelnianych przeciągnął się był o jakieś sześć tygodni dłużej. Cały ja, wszystko na ostatnią chwilę, w pośpiechu, z nożem niemalże przy gardle i strachem w oczach. Równo siedem dni temu wziąłem się więc za czytanie, notowanie i wkuwanie. Nowa praca niespecjalnie mi to ułatwiała, ale nie mogłem chyba lepiej trafić, więc nie narzekam. Siadałem do notatek trochę rano i trochę więcej wieczorem. Dadaizm to, intertekstualność tamto, a grafia złożona to już w ogóle odrębna bajka. Godzina za godziną, dzień po dniu... Uczyłem się wszystkiego naraz, czyli - prawie jak w powiedzeniu - niczego. Mętlik mi tylko i szum informacyjny w głowie narastał do tego stopnia, że co jakiś czas musiałem przeglądać Aliexpress w poszukiwaniu półdolarowych wyprzedaży.

I tak minął tydzień. Praca, nauka, sen, praca... Aż do dzisiaj. Dziś rano wstałem, stłukłem nad patelnią cztery jajka, które jak zwykle lekko tylko podsmażyłem i następnie zjadłem, popiłem to kawą i pojechałem. Znów Łódź, znów ta sama trasa, którą regularnie niemal pokonuję już od 2007 roku, kiedy zapisałem się na pierwszy rok licencjatu. Ile lat jeszcze? Rok tylko, czy znów coś mi się w systemie zawiesi i kolejną pracę - choć tym razem magisterską już - przez trzy lata będę bronił? Nie wiem. Nie wiem, bo w tym moim kapuścianym łbie wszystko zdarzyć się może. Z góry przepraszam... M. mówi, że to wszystko sam sobie funduję i wmawiam. Że jestem kompletnie normalny, tylko lenia mam. Albo że jakiegoś robala artystycznego załapałem, który zżera mnie od środka tylko brak mu talentu, żeby ze mnie drugiego Marqueza zrobić. Choć teraz to mi bliżej do Palachniuka raczej, lub Gombrowicza - nie moje to drugie porównanie, od razu zaznaczam, jeno Pani Doktor od literaturoznawstwa, tej samej, która mnie dziś na egzaminie tak znokautowała. Taki z Pana inteligentny facet, pióro ma Pan gombrowiczowskie prawie, a duka Pan... No nie przejdzie mi to przez kilka dni chyba. A tak się cieszyłem, gdy z Historii języka polskiego czwórę dostałem! I jakby tego wstydu było mi mało, to jeszcze z drugiej strony dostałem w mordę - choć widać przecież było, że gardę już opuszczam i lecę w kierunku podłogi: Godzi się Pan na tróję, czy widzimy się innym razem? O losie! Wypadł mi zębów ochraniacz, gumka w szortach pękła, a z nosa pociekło rzadkie coś, krew z gilem i mózgiem chyba wymieszana, bo wybełkotałem tylko, że "niech będzie ta trója" nim z plaśnięciem walnąłem o matę. Sędzia nawet nie musiał liczyć do dziesięciu, widać było, że już do walki nie stanę...

PS O tym, jak kształtowała się polszczyzna pewnie kiedyś zapomnę, tak samo pewnie, jak i o tym, co różni grafię prostą od złożonej, ale tego, że według Freuda dzieło literackie jest nie tylko formą autoterapii, ale również parą upuszczaną przez mózg w celu zmniejszenia ciśnienia wewnątrzczaszkowego, powstałego w wyniku gromadzących się tam lęków, frustracji i zboczonych marzeń, to nie zapomnę już nigdy! :)

0 komentarze:

Prześlij komentarz

 

Ultra Dystans Copyright © 2011 -- Template created by O Pregador -- Powered by Blogger