wtorek, 29 września 2015

Przejście dookoła... świata - część pierwsza

Dziś minął tydzień od chwili startu, a ja wciąż zastanawiam się, ile bym stracił gdyby znajomy nie wspomniał kiedyś na FB o tej imprezie. Było tam wszystko: miłość, rozstanie, walka, kosmiczna euforia i nieziemskie wręcz wkurwienie. A nawet zdrada, której odżałować nie mogę...

I znów, poza wstępem, nie wiem jak zacząć. Od wyjazdu z domu? Od pakowania dzień, a właściwie, wieczór, wcześniej? Czy może od radości z powodu tego, że jedziemy tam razem? Ja i M., której przedstartowy lęk prześwietnie uchwycił jeden z fotografów? Tylko po co ta rozgrzewka? Nie lepiej od razu wyprowadzić prosty sierpowy, opisując piękno setek czołówek rozciągniętych w świetlistego węża od Szrenicy aż po Śnieżne Kotły, majestat pogrążonej w mroku Śnieżki, boski smak żurku w Domu Śląskim o pierwszej w nocy, cudowny poranek na Skalniku, czy smutne rozstanie w Janowicach Wielkich? I dobić jeszcze chwiejącego się już od nadmiaru wrażeń czytelnika wiązką bluzgów wykrzyczanych najpierw pod bramą elektrowni wodnej, a potem na szczycie Wieżycy? A co z przenikliwym chłodem Polany Jakuszyckiej, pękającym pęcherzem na zejściu od Kamieńczyka i zwidami, pojawiającymi się co chwilę po trzydziestej godzinie marszu? Nie, zbyt wiele tego, by w to wskoczyć bez przygotowania uprzedniego, zahartowania oczu, przyzwyczajenia uszu, oswojenia mózgu...

Piątek rano

Kilka minut temu wyjechaliśmy z Pabianic. Przed nami S8, kierunek Wrocław. To mój ulubiony moment każdego wyjazdu. Za nami codzienność, przed nami przygoda. Wspólny weekend w górach, wspólny start, wspólne niemal 140 kilometrów dookoła Jeleniej Góry. Bez noclegu, bez prysznica i bez wyżywienia. Start dziś wieczorem, baza w niedzielę rano, powrót. Taki plan mamy i aż morda mi się jarzy, jak sobie pomyślę, co też nas w najbliższych godzinach czeka...

Piątek po południu

Od czterdziestu minut stoimy w korku. Nici ze spokojnego przyjazdu do Szklarskiej, pogadania o trasie, drzemce, kolacji. Co chwilę ktoś przed nami traci cierpliwość i zawraca. Przez chwilę też korci mnie, żeby skręcić w boczną uliczkę, sprawdzam szybko na mapie, no da się niby, objazd jest, nawet nie taki duży, ale odpuszczam, nie mogę się zdecydować, nie lubię takich kombinacji, wolę jeszcze trochę postać niż potem denerwować się, że znów wylądowaliśmy w środku świeżo zaoranego pola.

XII Przejście dookoła Kotliny Jeleniogórskiej
Chia Charge, Inov-8, Garmin, Samsung, MacTronic, Lidl... czego tu nie ma :)

Piątek wieczór

Coś wyrywa mnie z drzemki. Nie śpisz?, pytam, a M. kręci głową. Patrzę na zegarek: 18:40. Prawie godzina do odprawy, ale skądś wiem już, że i tak znów nie zasnę. No to co, przebieramy się chyba? Plecaki spakowaliśmy już wcześniej, zaraz po odebraniu pakietów i wizycie w Netto. Swojego nowego Inova-8 ledwo dopiąłem. Niby taki pojemny miał być, a bluza, spodenki, dwie pary skarpet, batony Chia Charge, słoik Nutelli, opakowanie słonecznika w karmelu i cztery bułki wypełniły go po brzegi. Wychodzimy z auta. Obok nas stoją już trzy samochody - kolejni uczestnicy Przejścia. Część już przebrana, część, tak jak my, zaczyna właśnie wciskać się w naszykowane wcześniej skarpety, obcisłe gacie i termiczne koszulki. Do bazy mamy stąd jakieś sto, może dwieście metrów. Za dwie dychy co prawda, ale zapewniony przez organizatora darmowy parking na tyłach Netto wydał nam się podejrzanie dziwny. Z dwóch powodów: pierwszy to taki, że nikt w Netto o darmowym parkowaniu nie wiedział (pytałem, bo na parkingu wisiały tabliczki, że tylko godzinę można stać), a drugi taki, że trochę daleko od mety. Kto wie, jak będziemy wyglądali za półtorej doby?, zapytałem retorycznie M., gdy powiedziała, że spokojnie dojdziemy...

XII Przejście dookoła Kotliny Jeleniogórskiej
Za godzinę start, a w bazie tłumy...
Start

To nie będzie zwykła impreza, pomyślałem, gdy o godzinie 20:00 ruszyliśmy wśród kilku setek ludzi w stronę czarnego szlaku. Tak, jak staliśmy na odprawie, każdy ze swojego miejsca, bez przechodzenia na linię startu, bez odliczania, bez wystrzału, bez krzyków. Cisza, spokój, skupienie. Nawet gdy weszliśmy między pierwsze drzewa podniosła atmosfera z końca odprawy wciąż wisiała nad nami i tylko nieliczne rozmowy zaczynały ją powoli przerywać. Przejście poświęcone jest pamięci Daniela Ważyńskiego i Mateusza Hryncewicza, członków Grupy Karkonoskiej GOPR, którzy w lutym 2005 roku zginęli w lawinie w Kotle Małego Stawu. To dla nich staliśmy minutę w ciszy, dla nich ruszyliśmy w skupieniu i dla nich był ten sznur światełek, rozciągający się od wodospadu Kamieńczyka, aż po schronisko na Hali Szrenickiej.

Fot. Anna Więckowska - XII Przejście dookoła Kotliny
Ruszamy... - fot. Anna Więckowska

Żur pod Śnieżką

Ledwo ruszyliśmy, a już się zaczyna - z trudem przełknąłem przekleństwo, gdy po trzystu chyba metrach M. stwierdziła, że bukłak wciąż przecieka. To nie dziura tylko zamknięcie, mówię, za dużo nalaliśmy wody i gdy dociskasz plecami to zamknięcie przepuszcza. Pomaga wylanie połowy zawartości, tyłek M. przestaje w końcu moknąć, a ja w duchu proszę otaczające nas leśne duszki, żeby oszczędziły nam przygód przynajmniej do świtu.

Po godzinie i piętnastu minutach od startu zostawiamy w tyle Szrenicę. To w tym miejscu szlak zaczyna opadać po chwili jesteśmy więc pośrodku świetlnego węża rozciągającego się na kilometr w każdą stronę. Niesamowity widok. Idziemy, trochę rozmawiamy, trochę patrzymy w roziskrzone gwiazdami niebo. Uśmiecham się do M., wciąż ciesząc się, że robimy to razem. Mijamy Śnieżne Kotły, Przełęcz Karkonoską i Słonecznik, przed którym ja zjadam pierwszą bułę z żółtym serem, a M. originalsa :)

W Domu Śląskim pojawiamy się kilka minut po pierwszej w nocy. Niezły czas, zważywszy na fakt, że latem ten sam dystans zrobiliśmy podczas wycieczki biegowej zaledwie godzinę krócej. Zaczynamy od gorącej herbaty (już koło północy zaczęła marznąć mi prawa dłoń i musiałem schować ją pod bluzę), a potem idę po żurek dla siebie i pomidorówkę dla M. Ależ to smakowało...

Daniel Koszela Photography XII Przejście dookoła Kotliny Jeleniogórskiej
Jest moc, prawda? - fot. Daniel Koszela Photography

Pierwsza noc

Piętnaście minut później wracamy na szlak i zaczynamy cisnąć bokiem pogrążonej w mroku Śnieżki Drogą Jubileuszową (choć wg mapy powinniśmy pakować się na szczyt stromym podejściem), szybko zostawiając Królową Karkonoszy za plecami. Na zejściu z Czarnej Kopy przypominam sobie, jak bardzo miałem tego zbiegu dość na ZUKu, choć trzeba przyznać, że zimą jest w tym miejscu łatwiej. Jakby nie patrzeć śnieg amortyzuje dużo lepiej niż kamienie, drewniane belki i ubita ziemia.

Na Przełęczy Okraj (2 Punkt Kontrolny) meldujemy się w okolicach trzeciej piętnaście. Strata do prowadzącego - trzy godziny. Biegł?, pytam. Biegł, odpowiadają wolontariusze... Trochę wody, jakieś ciasteczko i równiutkim asfalcikiem lecimy dalej. Chcemy trzymać się trójki "starszych" panów, ale Ci już po chwili zaczynają truchtem oddalać się, po czym znikają nam za kolejnym zakrętem. Bieg to czy marsz, marudzę pod nosem, ale M. uspokaja mnie, że to nie nasza sprawa. No może nie nasza, ale jak chcieli sobie pobiegać, to rano startuje BIEG właśnie, a to jest zdaje się PRZEJŚCIE...

Świt zastaje nas na zejściu ze Skalnika, pod który wchodziliśmy w towarzystwie czterech chłopaków naprawdę stromym podejściem. To już jedenasta godzina marszu i gdzieś 45-46 kilometr trasy (jakiś niestety, bo tak zwlekałem z kupnem power banka, że ostatecznie włączałem garmina co jakiś czas, chcąc posklejać to potem w całość, czego widzi mi się, chcieć mi się robić nie będzie chciało :) M. zaczyna powoli pękać. Jeszcze trochę, do punktu, dasz radę, powtarzam, ale po którymś razie odwracam się i widzę, że albo zluzujemy, albo moja połowa padnie mi w pół kroku...

XII Przejście dookoła Kotliny Jeleniogórskiej Skalnik marsz ekstremalny
Świt okiem moim i obiektywem Lumii widziany ze Skalnika

Rozstanie

Półleżąc, półsiedząc obserwowałem przez kilka minut mijających nas ludzi. Jedna grupka, druga, trzecia. M. wsuwała bułkę z nutellą, a ja postanowiłem zamknąć na chwilę oczy. Chrapnąłem nawet podobno!, za to dziewczę to moje dzielne nawet nie zmrużyło oka. W końcu ruszyliśmy. Do PK3 był niecały kilometr.

Kolejny postój zrobiliśmy w Janowicach Wielkich, przy małym spożywczaku, w którym cierpliwie odczekałem swoje, przyglądając się i przysłuchując miejscowym paniom, kupującym wędlinkę na plasterki i rozważających świeżość pieczywa. M. została na zewnątrz, buzię swą wystawiając ku słońcu, chłód poranka odszedł był bowiem w niepamięć. Ekstra jest, pomyślałem wychodząc uśmiechnięty z bohatersko wyczekaną colą w garści!

Trzysta metrów dalej M. rozwiała moje marzenia o wspólnej przygodzie. Narastające kłucie w kolanie i pęcherze na stopach zmuszają ją do zostania w Janowicach Wielkich. 55 kilometrów przez Karkonosze i Rudawy Janickie połknięte w 13 godzin. Mogę?, pytam zmieniając poprzecierane na śródstopiach skarpetki i chyba widać to błaganie w moich oczach, bo M. uśmiecha się tylko i kiwa twierdząco głową.

Odchodząc odwracam się jeszcze kilka razy, siedząca na krawężniku M. maleje z każdym krokiem, aż w końcu tracę ją zupełnie z oczu. No dobrze, myślę sobie zaciskając palce na rękojeściach kijków, wciąż możesz złamać te trzydzieści godzin...

CDN.                

XII przejście dookoła kotliny jeleniogórskiej 2015


0 komentarze:

Prześlij komentarz

 

Ultra Dystans Copyright © 2011 -- Template created by O Pregador -- Powered by Blogger